Featured

Dziecko idealne – czyli Rekiniątko poszło do żłobka

Haniebnie długo nie pisałam żadnej notki, ale w międzyczasie działo się tyle. Ale naprawdę, działo się tyyyyyyyyle, że ciężko mi było spłodzić w swoim umyśle coś więcej niż pomysł na obiad z papierka, a i to rodziło się w bólach.

I cóż to się działo u Szarasi, że wielmożna pani napisać niczego nie mogła?

Wysoki sądzie! To wszystko z głodu! Bo Szarasia postanowiła w końcu doprowadzić się do stanu względnej używalności, a to jak wiemy misja prawie jak skolonizowanie Saturna (nie że tego sklepu, tylko tej gazowej kulki w kosmosie).
Przeglądając oferty namiotów wojskowych, w celu poszerzenia garderoby jesiennej, Wasza ulubiona blogerka światopoglądowo-parentingowa stwierdziła, że o nie, nie Szarasiu, odłóżże ten siedemnasty kawałek ciasta karmelowo-czekoladowego, spójrz na siebie, do czego się doprowadziłaś, pora coś ze sobą zrobić. No i zrobiłam – przeszłam na dietę… A że podaż wartości energetycznej była rozpaczliwie poniżej poziomu popytu na nią, udało się póki co pozbyć około 10 kg. Nie powiem. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś tam, poniżej mojego pępka, istnieje druga część ciała… ba czasami, kiedy stanę przybierając odpowiednio żenującą pozę, rodem z jakiegoś celebryckiego talentshow, mogę nawet tą dolną część swojej osoby zobaczyć! Tyle wygrać!

 angry healthy diet cookie monster salad GIF

Codzienność Szarasi

Poza tym  zdążyłam wrócić do stada spełniających się samic sukcesu – czyli wróciłam do pracy.

I powstrzymując falę oburzenia, że jak to, przecież kobiety, które zostają z dziećmi w domu też pracują i to pierdyliard razy ciężej i się spełniają i są super, odpowiadam: otóż ja się totalnie z tym zgadzam, bo uważam, że każda matka to ultrasamica absolutnego ultrasukcesu, ja natomiast świadomie postawiłam na regres. No bo ile można być żywym obrazem chodzącej perfekcji? No ile? Do znudzenia?

Poza tym, moje masochistyczne alter ego, aż wpada w drgawki samozachwytu, po usłyszeniu po raz czterysta pięćdziesiąty ósmy zdanio-pytania „ojej. Tomuś poszedł do żłobka… hm… a nie chciałaś z nim zostać?”.

I żeby czasem nie doprowadzić swojej psychiki do niebezpiecznego stanu zadławienia się niepohamowaną falą radośnie rozhisteryzowanych emocji, w związku z ciągłym powtarzaniem tego samego, odpowiadam publicznie iż:

Owszem. Chciałam zostać z Tomkiem w domu. Najchętniej zostałabym z nim w domu tak do 37 roku życia i karmiłabym go piersią dopóki grymas obrzydzenia i pogardy otoczenia, nie towarzyszyłby mi na absolutnie każdym kroku, ale niestety mój upośledzony instynkt macierzyński nakazuje mi robić karierę kosztem mojej poszkodowanej, pozbawionej troski rodziny.

Tak gwoli wyjaśnień.

I w związku z powyższym, dzisiaj będzie o plusach wysłania dziecia do instytucji zwanej żłobkiem.

Wiem…

Znam ten światopogląd, że żłobek to najgorsze zło, źródło zarazków i najgorszego cierpienia biednych i strapionych tęsknotą za rodzicami maluszków, ale postanowiliśmy jednak podjąć to ryzyko i Rekiniątko na te głębokie wody puścić.

I wiecie co?

Młody absolutnie zakochał się w tym miejscu. Po dniu adaptacyjnym, kiedy poszedł na parę chwil, by oswoić się z nowym miejscem, nie bardzo miał ochotę wracać do domu.

Kolejne dni przebiegały i nadal przebiegają bez żadnych problemów.

Oczywiście zdarzają się incydenty, jak krwawa walka o zabawki z popychaniem, gryzieniem i drapaniem na czele, ale my podchodzimy do tego bardziej jak do kursu przygotowawczego do prawdziwej gehenny jaką jest ŻYCIE.

Szarątko uczy się wielu pożytecznych rzeczy w żłobku, i nawet nie wiecie jaką dumą napawa matkę widok pierwszego dzieła malarskiego swojego pierworodnego, pod postacią trzech kleksów na wyrysowanym drzewie, które to kleksy mają obrazować jesienny obraz spadających liści z drzewa, będących metaforą ulotności chwili, a zarazem być alegorią tempa zmienności pokoleń. Bogactwo barw, jakie zaobserwować można na tym, jakże wybitnym dziele, przywołuje symbolikę marzeń sennych, które przybierają różne odcienie w zależności od nałożonego na nie filtra codzienności.
Ja nie wiem… Tak mały człowiek, a tak wiele potrafi swoim artystycznym przekazem zobrazować. Geniusz… Po prostu Geniusz.

20170926_154934I niech mi ktoś powie, że to nie jest arcydzieło!!

Kolejnym plusem jest dbałość malucha o to, by czasu spędzonego razem nie tracić na jakieś tam pierdoły typu zmywanie naczyń, czy sprzątanie mieszkania. Kiedy tylko staję przy zlewie, dziecko wchodzi między mnie, a centrum dowodzenia brudnych naczyń i wyraźnie odpycha mnie od niego jak najdalej. Wszelkie próby sprzątania kończą się wymuszonym płaczem, by natentychmiast wziąć Rekiniątko na ręce i przytulać, przytulać, przytulać. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to sytuacja typu win! Win! win!

Dzieciok nauczył się też sprzątać, a już szczególnie upodobał sobie wyrzucanie śmieci. Cokolwiek znajdzie na swojej drodze, czego nie jest w stanie zaklasyfikować do kategorii zabawka, ląduje w śmieciach. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile rodzinnego majątku zostało wywiezione przez gminną spółkę zarządzającą odpadami, na wysypisko. W każdym razie, pedantyczne dążenie do pozbycia się z podłóg jakichkolwiek niezidentyfikowanych przedmiotów należy zaliczyć na plus.

20171002_190658

Żeby nie było, że Rekiniątko się nagle takie idealne stało. To za nim to efekt jego
3-minutowej pracy

I żeby nie było, że żłobki to takie przetwórnie małych potworków w dzieci idealne, to niestety, są też minusy.

Pierwszym są choroby.

Cóż. Od kiedy tylko Tomek wymaszerował na podbój żłobkowego świata, cała nasza rodzina, efektem kuli śnieżnej zaczęła chorować. Najpierw młodzież chora – tydzień w domu. Potem przeszło na Matkę Polkę, a kiedy już dzieciok i mać poczuli się lepiej, to złapało Ojca Rodziny. Po tej zabawie w chorobowe domino, wszystko rozpoczęło się od nowa, tylko w innej kolejności i trwa do dzisiaj. Bo ja już, już się cieszyłam, że oto dwa dni czułam się absolutnie rewelacyjnie, po czym obudziłam się pięknego piątkowego poranka z pieśnią pochwalną na ustach, a tu cisza….. Cały świat zamarł. Bo Szarasia nie ma głosu. Wszelkie sprawy formalne załatwiał Mąż, a ja raczyłam się drinkami z majeranku i soli. Teraz, może nie że od razu mówię, bardziej można dźwięki wydobywające się z mojej skromnej osoby, przyrównać do nienaoliwionej i podrdzewiałej szafy pancernej, ale przynajmniej mogę się komunikować. Brawo ja!

Drugim są postawy buntownicze.

Znacie ten obrazek, kiedy jesteście w sklepie z dzieckiem, które rozkosznie tupta między asortymentem, zrzucając co poniektóre pozycje z półek, pociesznie chichrając się w rytm tłuczonego szkła? A kiedy tylko wyrażacie jakąkolwiek, choćby najmniejszą, formę dezaprobaty dla Waszego potomstwa, spotykacie się z rozrywającym serce płaczem, tarzaniem się po ziemi, tupaniem nogami i obrzucaniem wzrokiem pełnym bólu i poczucia niesprawiedliwości?

Bo ja tak.

Ale nic tam. Bunt dwulatka u 15-miesięcznego dziecka, to nie jest jeszcze taki dramat, prawda?

PRAWDA?!

I tym optymistycznym akcentem skończę dzisiejszą notkę.

Reklamy
Featured

Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg

Featured

Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉

Featured

Wojny męsko-męskie, Freud, pułapka na faceta – czyli o porządkach słów kilka

Mam w domu dwa antagonistyczne obozy, zwalczające się z równą zaciekliwością.

Z jednej strony Mariusz – mąż mój, który jest raczej duszą pedantyczną. Może nie składa bokserek w kostkę przed snem (a nawet jakby to robił, to pozbawione byłoby to najmniejszego sensu, bo od kiedy Szarątko nauczyło się otwierać szuflady, samo ustala jak wyglądać ma ich wnętrze… i bynajmniej, nie uświadczymy tam niczego złożonego w kostkę), ale ma podejście perfekcjonistyczne do otaczającej go rzeczywistości, co przy mojej osobie jest jeszcze bardziej zauważalne, bo z pedantycznych rzeczy to ja bardzo poważnie podchodzę do kwestii doprowadzania kształtu mojego ciała do perfekcyjnej kuli.
W każdym razie Mariusz, jak tylko zbliża się jakaś bardziej znacząca data w naszym kalendarzu, to planuje porządki. Bo wiecie. Ja jestem na macierzyńskim. Codziennie sprzątam w mieszkaniu i mój mąż to bardzo docenia. Ale Mariusz, lubi jak posprzątane jest w jego stylu. Mi nic nie powie, bo wie, że obudziłby bestię, i potem foch przez trzy dni, na obiad ziemniaki z solą i zwracanie się do siebie w sposóbformalny, ale widzę, jak wielka walka czasem toczy się w jego czyściutkim serduszku, kiedy widzi, że po moich ostatnich kuchennych rewolucjach, ściany w kuchni pokryte są malowniczymi plamkami tłuszczu, kefiru, pomidorów, czy innych składników naszej strawy. Także jak już mój Mąż planuje porządki, to można spodziewać się fajerwerków z drobnymi pracami remontowymi włącznie. Po jego porządkach, można śmiało zapraszać gości na ucztowanie prosto z podłogi, bo żaden drobnoustrój nie ma prawa, ani najmniejszej szansy w starciu z filozofią pedantyzmu mojego męża.

Z drugiej strony Tomasz – syn nasz, który ewidentnie kieruje się w życiu filozofią chaosu. To nie jest tak, że damy Młodemu zabawkę, choćby i najbardziej multifunkcjonalną, i on momentalnie zostaje wciągnięty w wir zabawy na najbliższe godziny. Otóż nie. Tomasz lubi tworzyć wokół siebie przestrzeń pełną… wszystkiego. Czasami zastanawiam się, jak to małe urocze stworzonko, potrafi tak szybko przekształcić pustą podłogę w festiwal kolorów. Kiedy z pokoju Szarańczy nie wydobywa się żaden dźwięk, to my już wiemy, że prawdopodobnie młodzian demontuje panele, rozmontowuje okno, albo reorganizuje przestrzeń w naszej szafie. Cóż… Gen bałaganiarstawa… tfu… twórczego nieładu, ma ewidentnie po mamusi.

Dlatego, jeżeli kiedykolwiek chciałabym zastawić pułapkę, na któregoś z moich chłopaków to wystarczyłoby, albo zostawić na środku pokoju jakiegoś paprocha, albo pozostawić coś w idealnym porządku. Ani jeden, ani drugi, nie pozwoliłby sobie na taką zniewagę. I nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo swoich nieco rozbieżnych stanowisk w kwestii trzymania porządku, Mariusz i Tomek, doskonale się ze sobą dogadują… No chyba, że działa to na zasadzie istnego perpetuum mobile – Tomek rozwala, Mariusz układa, Tomek rozwala itd. I każdy ma co robić w tej relacji.

I tak o tym wzajemnym zwalczaniu się, dzisiejsza notka. Otóż, kiedy byłam jeszcze młodą, piękną i beztroską ptaszynką, szukającą swojej drogi życiowej, otarłam się o studia psychologiczne. Ostatecznie porzuciłam uczelnię, obrażając się na nią do odwołania, ale zamiłowanie do pewnych aspektów psychologii rozwojowej pozostało. A będąc na studiach psychologicznych nie sposób ominąć pewnego pana, który stał się niejako wizytówką współczesnej psychologii, niekoniecznie ją definiując. Mowa oczywiście o Zyziu Freudzie, który miał kilka teorii, które nieodwracalnie wryły się w historię psychologii. Między innymi stworzył, znaną chyba każdemu, choćby ze słyszenia, teorię Kompleksu Edypa (lub też Elektry, wprowadzoną przez pana Junga, do czego pan Freud nie podchodził zbyt entuzjastycznie). W skrócie, teoria ta opiera się na domniemaniu, iż na pewnym etapie rozwoju malucha pojawia się zazdrość o matkę, podszyta przesłankami seksualnymi. Stąd, na którymś etapie życia (dość wczesnym bo w okolicach 2-3 roku) synkowie roszczą sobie prawa do mam, chcąc eliminować rolę ojców. Z drugiej jednak strony pojawia się lęk kastracyjny – Maluch obawia się, że czyniąc sprzeciw ojcu, który jest silniejszy i ma większy autorytet, zostanie narażony na  pozbawienie swojej męskości. Dlatego też, przy odpowiednich relacjach matka – syn – ojciec, dziecko jest w stanie prawidłowo wykształcić w sobie składnik osobowości zwany superego (odpowiedzialny za moralność i kulturowe ideały), jeżeli konflikt ten nie zostanie prawidłowo rozwiązany, dziecko narażone jest w przyszłości na problemy osobowościowe, które przez pana Zygmunta były tłumaczone bardzo często właśnie nierozwiązanym kompleksem Edypa.
Z drugiej strony jest jeszcze Jungowska teoria Kompleksu Elektry, dotyczącego dziewczynek, które na podobnym etapie, co chłopcy, odkrywają różnice płciowe i pojawia się zjawisko zwane „zazdrością o penisa”. Tutaj z kolei rozpoczyna się rywalizacja między mamą, a córką o ojca. I według tej teorii, o ile chłopcy są w stanie całkowicie wyrosnąć z Kompleksu Edypa, o tyle dziewczynki nigdy do końca z tego nie wyrastają, przez co superego kobiet jest słabsze. Także wiecie kobitki…. Morale to u nas moooocno kuleją, i co gorsza, nie mamy za bardzo nadziei na poprawę.

Oczywiście teorie te nie mają żadnego naukowego potwierdzenia w prowadzonych badaniach. Są wręcz mocno krytykowane, chociażby przez psychologów ewolucyjnych, którzy zarzucają teoriom tym wiele nieścisłości oraz ewolucyjnych sprzeczności.

W każdym razie nie sugeruję, że moje dziecko wchodzi w etap ewentualnego kompleksu Edypa, bo trochę mi ta teoria nie podchodzi, a poza tym to jednak dużo za wcześnie. Rzeczywiście jednak przechodzimy etap totalnej mamozy, oraz zazdrości, która przejawia się w dość dosadny sposób – Rekiniątko, kiedy tylko Mariusz chce mnie pocałować, odpycha go rączkami, uwieszając się na mnie jak mała małpka, nie mówiąc już o sytuacjach kiedy widzi mnie w trakcie zabawy z tatą… Momentalnie rzuca wszystko i domaga się obecności mamy.
Dlatego też mimo, że moje chłopaki należą do dwóch przeciwległych obozów, zwalczających siebie nawzajem pod kątem wizji otoczenia, walczę jak lwica o to by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Dzięki temu, ja mam troszkę czasu dla siebie, a moi mężczyźni rozwiązują, ewentualne rozwojowe konflikty interesów 😊.

Featured

O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!

Featured

Olimpijskie złoto – czyli o zakupach z wózkiem

Naszła mnie ostatnio myśl i nie żeby to było byle jakie wydarzenie, bo po ciąży, podczas której podobno obkurcza się kora mózgowa, powrót do myślowej formy idzie mi nieco pod górkę.
Wracając jednak do tematu, naszła mnie ostatnio taka myśl, że ja i mój mąż, to jesteśmy wyjątkową parą. Bo widzicie, drodzy moi, jesteśmy tak skrajnie różni, ja i mój mąż, że chyba teoria o przyciągających się przeciwieństwach była wzorowana na naszym przykładzie.
Kiedy ja mówię, że coś zrobię, to owszem robię to, ale wtedy kiedy już nie mam innego wyjścia. Komputer kupuję jak mi się popsuje, ale już tak popsuje, że informatyk dostaje zawału i apopleksji na jego widok. Zaczynam się uczyć, kiedy termin egzaminu jest bliższy niż termin kolejnego mycia dziecka. Włączam okap, kiedy para z obiadu, zaczyna skraplać się do postaci wzburzonego oceanu na naszych panelach i tak dalej.
Mariusz z kolei nie pozwala sobie na czekanie, ani tym bardziej na sytuację zaskoczenia. Coś świszczy w samochodzie? Jeszcze tego samego dnia Mariusz bierze udział w porywającym panelu dyskusyjnym między trzema mechanikami a nim na temat genezy różnych samochodowych odgłosów, po czym decyduje się na natychmiastowe działanie naprawcze. Trzeba zapłacić rachunki? O każdej porze dnia i nocy, można podejść do mojego męża, zapytać o termin zapłaty rachunku za prąd, a on odpowie bez mrugnięcia oczkiem z podaniem kwoty należnej za miesiąc bieżący, oraz analizą tendencji wzrostowej opłat z ostatniego kwartału.

Sytuacja jest o tyle, dla mnie, pogrążająca, że miłość mojego życia, potrafi zajść mnie znienacka o 7 nad ranem i oświadczyć mi z wyrzutem, że za chwilę skończy się moja odżywka do włosów i dlaczego ja jeszcze sobie nie kupiłam nowej? Nie żebym narzekała, bo to szalenie miłe, ale ja chyba nigdy nie wyhoduję w sobie genu zapobiegawczości. Na szczęście mam męża!

I ostatnio tak mnie właśnie przyatakował mój mąż, że o kończy ci się peeling, że ten balsam co tak ładnie pachnie też jakby na wykończeniu i że, tak w ogóle, to by ci się chyba przydały jakieś nowe buty.

Ktoś ze zdumienia przeciera oczka? Otóż mój mąż właśnie taki jest, ale żeby nie było, że to taka idylla i że bomba, mąż sam mnie wysyła na zakupy, to ja akurat z zakupów to lubię tylko te w cukierni. Bo jakby on powiedział, że kochanie, tak coś za mną chodzi smak na sernik, albo kremówkę, to ja już, już biegłabym do najbliższego sklepu i opróżniałabym półki z całego cukierniczego asortymentu. Natomiast chodzenie, mierzenie, lamentowanie nad nieodwracalnością procesów jakie zaszły w moim ciele po 2-letnim odpuście, szukanie sklepów z plandekami na tira, bo tylko takie są w stanie okryć mnie w przyzwoitym stopniu, wybór wyszczuplającego printu na plandece… No dramat.

Dlatego jak już mam chodzić na zakupy, to wybieram te spożywcze, a resztę załatwiam przez Internet (omija mnie, przynajmniej, ten cały festiwal bolesnego upokorzenia w przymierzalni). A zakupy spożywcze, z małym Rekinem w wózku, można by śmiało zakwalifikować równocześnie do triathlonu, połączonego z turniejem sztuk walki, z elementami jazdy figurowej. Śmiganie z 2 wózkami jednocześnie, pchając jeden przed, a drugi ciągnąc za sobą, jest niebywałym  sprawdzianem koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej. Że niby kobiety mają problemy z parkowaniem, a w mikrowąskich alejkach sklepowych, potrafią zaanektować całą przestrzeń i się w niej doskonale odnaleźć.
Osobliwie musi wyglądać obraz Szarasi w tej pozycji, podśpiewującej dziaciarowi, po raz setny, piosenkę Majki Jeżowskiej, bo Rekiniątko czuje się już lekko poirytowane całym faktem robienia zakupów i z nudów zaczyna demontować sklep, na tyle na ile pozwalają mu pasy w wózku i jego krótkie, acz bardzo sprawne rączki.

I ja tak zwinnie lawiruję w tym sklepie, w tych maleńkich alejkach, doskonale odnajduję się w labiryncie kartonów i regałów, rozmawiając niby to z Rekiniątkiem, niby to z sobą, kto wie? No i jest. Zakupy zrobione, teraz tylko kasa i fru do domku.

Kasa… O matko z córką i wszystkimi rybkami! To jest dopiero walka o przetrwanie, bo w sklepie, z którego korzystam, tylko i wyłącznie dlatego, że jest najbliżej domu, w kolejkach dzieją się sceny dantejskie. Tutaj nie ma żadnych zasad. Tu jest wojna!
Także ja sobie stoję, jak ten mały pociąg z wagonikami przed i za sobą, śpiewam „wszystkie dzieci nasze są”, wokół lekko nerwowa atmosfera, pani stojąca za mną ciężko sapie i mruczy, że to jakiś żart, że codziennie to samo, że po co 6 kas jak zawsze tylko jedna otwarta, że ona ma rosół na gazie, żelazko na koszuli i kotkę w rui. Pan przede mną rozmawia przez telefon, w sensie krzyczy, bo zasięg słaby i może, jak będzie krzyczał głośniej, to go rozmówca usłyszy, w końcu mieszka parę ulic stąd. I nagle słyszę dzwonek. Ja nie do końca obyta w tych sklepowych zwyczajach, sygnał ten zignorowałam, ale nie mogłam zignorować nagłej zmiany atmosfery w kolejce. Gwar jakby ucichł, pan z telefonem, w końcu uznał, że dalsza konwersacja nie ma sensu, pani od koszuli na gazie i kotki na żelazku zaczyna nerwowo się rozglądać, a dalsza część kolejki uważnie stroszy uszy. I nagle wyłania się zza winkla pani kasjerka z kasetką drobnych i z pieśnią na ustach „zapraszam do kasy numer 6”. Świat dookoła zamiera na jakieś pół sekundy….

I jak nie ruszą! Wyłamują się z kolejki. Ostatni będą pierwszymi. Naiwnie stwierdzam, że skoro stoimy w jednej kolejce, to rozłożymy się po równo i wszystko pójdzie szybciej. O ja głupia! O ja naiwna! Manewruję więc wózkami tak, by przejść grzecznie do kasy numer 6, już prawie ustawiam się za panem od telefonu, i jak mnie nie przepchnie pan Janusz, Wojownik z Dyskontu, jak się nie wepchnie… Lekko zaskoczona mówię, naiwnie, że chyba jakaś kolejka obowiązuje, zwłaszcza że szanowny pan to chyba stał na samiutkim końcu. Sklepowy Conan Barbarzyńca patrzy na mnie jak na kosmitkę, prycha (autentycznie prycha, jak kotek) i woła „Halina!!! Chodź no tu szybko, bo ja kolejkę zajęłem”. A Halina potulnie podchodzi, zwinnie omija mój kompleks wózków i zaczyna wykładać zgrzewkę mleka i całą paletę kefirów na taśmę. Wzdycham więc i czekam, bo mimo, iż dziecko mi zaczyna ciężko rozpaczać w związku z jednostajnością otaczającego go obrazu, nie będę przecież wchodziła w konflikt z lokalnymi, nabiałowymi potentatami.

Nachodzi mnie jednak taka refleksja,  że ja to wolałabym, żeby zakupy spożywcze, były tak samo dostępne przez Internet jak inne usługi, bo wojowanie z Januszami w dyskontach jest nie na moje nerwy. Na szczęście zakupy tylko w poniedziałki!

20170311_120118

To już poniedziałek?!

Featured

O wykastrowanym pudelku – czyli Instamatki celebrytki

Moi drodzy, oto ja, powracam!

Ostatni weekend upłynął mi pod hasłem Blog Conference Poznań, a że działo się tam wiele, to i mi udzielił się klimat bycia influencerem (tak jakbym już nie wpływała znacząco na Wasze życie).

W każdym razie, nie wiem który to już raz czytacie u mnie na blogu, ale…

Uwaga, uwaga!

Będą zmiany.

Może nie w formie, bo całkiem swobodnie się w takiej, a nie innej, czuję, ale w systematyce (w założeniu 1-2 posty na tydzień) oraz po trochu w tematyce, ale wiadomo, ja już dawno udzieliłam sobie mandatu na wypowiadanie się w każdym możliwym temacie, także od czasu do czasu mogę odskoczyć na chwilę z tematów okołodziecięcych, ale nie martwcie się, nie na długo.

Tyle w kwestii formalnej.

Ostatnio postanowiłam podreperować swoje braki w kwestiach niecierpiących zwłoki, czyli poprzeglądać portale plotkarskie. Szusuję ja sobie między szalenie istotnymi wiadomościami ze świata celebrytów, gdzie spora część artykułów poświęcona jest frywolnemu penisowi Roberta Lewndowskiego oraz nieudanym próbom znalezienia nowej, życiowej miłości przez Edytę Herbuś, aż tu nagle… moje oczy zatrzymują się na tytule bliskim memu sercu: „Internetowa strona macierzyństwa. Tak instamatki sprzedają swoją prywatność”. Czytam ja sobie ten tytuł i mówię do siebie „Oho! Zaczyna się! Pudelek wziął się i za mnie, w końcu moja oszałamiająca liczba obserwatorów na Instagramie, w postaci 70, z pewnością nie przeszła bez echa w świecie instamatek celebrytek”. Ostatecznie okazało się jednak, że jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, pozostałam pominięta przez autora wspomnianego artykułu.

W tej, jakże porywającej i edukacyjnej, literackiej przygodzie przeczytałam o tym, że celebryci, tacy których znamy z nagłówków poczytnych gazetek, dzielą się z nami swoim nudnym życiem, i że nagle, zwykłe kobiety odkryły, iż dzielenie się swoją prywatnością może przynosić pieniądze, poprzez promowanie różnych produktów na swoich profilach i, kto wie, może kiedyś uda im się zarabiać na swoich dzieciach, jak to aktualnie czyni żona najpopularniejszego polskiego piłkarza. Najbardziej wzruszył mnie jednak fragment opisujący owe, zwykłe, kobiety, jakoby jedynym ich osiągnięciem życiowym było urodzenie dziecka.

Otóż, kochana redakcjo Pudelka, jeżeli bierzecie się już za profile zwykłych, jak sami określacie, kobiet, w celu analizy krytycznej ich działalności, powiedzcie proszę gdzie Wy się do tej pory uchowaliście, skoro kwestia ewoluującej reklamy, wychodzącej poza schematy sztucznych celebrytów z gadającego pudełka, jest Wam obca? Skoro krytykujecie już kobiety bez większych osiągnięć, poza urodzeniem dziecka, to zorientujcie się, czy czasem, poza wrzucaniem zdjęć na portale społecznościowe, kobiety te, nie zajmują się przekazywaniem bardziej merytorycznych i wartościowych treści niż Wy, droga Redakcjo.

Wśród instamatek celebrytek wymieniliście między innymi Martę z bloga Superstyler, którego prowadziła na długo przed pojawieniem się dzieci. Owszem pokazuje ona dużą część swojego życia prywatnego, ale nie bawi się w pudrowanie rzeczywistości, poprzez kreowanie nierealnych obrazków codzienności. Że ludziom się to podoba, a to z kolei prowadzi, nieuchronnie, do zainteresowania reklamodawców, to jest jej wina? Cóż. Takie mamy czasy. Reklamy wyszły już dawno ze standardowych ram i z coraz większą śmiałością, wchodzą w nasze życie codzienne.
Druga instamatka celebrytka na waszej liście to Nicole z Mamaginekolog. Pozostawię tę kwestię bez większego komentarza… Nicole pisze o sprawach szalenie istotnych i robi to w sposób przystępny dla każdego. Skoro dzielenie się z milionami kobiet (i nie tylko) wiedzą ginekologiczną, głównie ciążową, nie jest większym sukcesem życiowym, to przyjrzyjmy się temu co Ty nam proponujesz szanowna Redakcjo.

Oto kilka tytułów z Waszej głównej strony:

  • Dekolt Edyty Herbuś na imprezie z „wiecznym pacjentem” z „Daleko od noszy” [ZDJĘCIA]
  • Nieruchoma twarz Mai i fryzura Krzysztofa na imprezie [ZDJĘCIA]
  • Magda Gessler prawie jak diabeł [FOTO]
  • Paris Hilton w bikini tęskni za Ibizą [ZDJĘCIA]
  • Pupa brazylijskiej gwiazdy… ZGNIŁA od nadmiaru wypełniaczy [FOTO]
  • Lara Gessler pozuje w toalecie [FOTO]
  • Jessica Mercedes pokazała stopy na tle Monako [ZDJĘCIA]
  • Kinga Rusin i Rozenek nadal się nie lubią
  • Koroniewska siedzi okrakiem na Dowborze [FOTO]

 

Tak drogi Pudelku, oto są osiągnięcia godne nagrody Pulitzera i największego społecznego uznania.

Wiadomo, media społecznościowe sprzedają nam zakrzywioną wersję rzeczywistości. Instamatki pokazują macierzyństwo jako najpiękniejsze lukrowane ciasteczko, które jest tylko i wyłącznie przyjemnością. I z zasady jest. Nie znam jednak żadnej matki, która ma życie jak z takiego internetowego obrazka. Dzieci, poza tym, że są słodkie jak małe tabliczki czekolady z karmelem, masłem orzechowym i wszelkimi innymi dobrami natury, potrafią też być męczące, złośliwe, marudne, czasem nawet śmierdzą, ale to tak śmierdzą, że wycieczki, jakie odbywałam w ramach studiów, do obory pełnej świnek, krówek i całej reszty zwierząt gospodarskich, wydawały się być, przy możliwościach małego Rekina, wycieczką do perfumerii. Dodając zdjęcia przerzucone przez pierdyliard filtrów i okraszone bazylionem hasztagów, nie liczę na to, że ktoś mi uwierzy w to, że moje macierzyństwo jest tak słodkie, łatwe i przyjemne, ale w przyszłości, kiedy będę już jeść masło przez kroplówkę, miło będzie wrócić do takiej właśnie wizji przeszłości.

20170526_095834

Featured

Macierzyństwo – oczekiwania a rzeczywistość

W końcu wiosna!

Wymieniamy rajstopki na skarpetki. Czyli teraz oprócz ciągłego chronienia potomka przed popełnianiem typowych błędów dzieciństwa, jak wkładanie języka do kontaktu, biegam za Rekiniątkiem i naciągam mu skarpety, które po 30 sekundach od nałożenia, w towarzystwie triumfalnych okrzyków radości, lądują 3 metry dalej.

I tak się zastanawiam… Czy to tak miało wyglądać?

Myślałam, że błąd obliczeniowy, dotyczący oczekiwań, jak coś ma wyglądać, został daleko za nami – na Sali porodowej (Klik), czyli, że nie było radośnie merdających jamniczymi ogonkami szczeniaczków oraz rozmów na poziomie o rozwoju kultury wysokiej w okresie międzywojennym, przy jednoczesnym uczestniczeniu w bajkowym Cudzie Narodzin. Była natomiast próba ucieczki ze szpitala, oceany łez oraz przysięganie, że następnym razem tylko cesarka.

Cóż… Każdy się może delikatnie pomylić.

 jennifer lawrence oops yikes mistake uh oh GIF

Jednak, kiedy byłam młodą, pląsającą po beztroskim życiu sarenką, wyobrażałam sobie macierzyństwo, jako mistyczne doświadczenie, gdzie dziecko jest wiecznie rozkoszne, nie ma humorków, codziennie uczy się nowych rzeczy, ja przykładam najwyższą uwagę do jego rozwoju, dostarczam mu tylko intelektualnych rozrywek, tak by jego komórki nerwowe były wiecznie stymulowane w kierunku superzrównoważonego rozwoju. Jak maleństwo płacze, to zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu, codziennie jest stylowo ubrane i otoczone hipertrendywypasionymi gadżetami. W tej wizji macierzyństwa ja malowałam siebie, jako elegancką, uśmiechniętą, bardzo cierpliwą supersexy mamę, która już w 2 tygodnie po porodzie wróci do wagi sprzed 4 lat.

Nie żeby coś, ale chyba nie wszystko pyknęło. Bo dziecko ma humorki, czasem płacze bez jakiegokolwiek powodu (ot powód prosto sprzed 2 minut – Tomek wpadł w szał dzikiej rozpaczy po tym, jak magnes lodówkowy nie chciał przyczepić się do drewnianej łyżki, a do nogi od taboretu, już owszem), ulubiona zabawa to gryzienie butów, albo lizanie okna, ubranka są wiecznie poplamione, bo hektolitry śliny płyną rwącymi strumieniami po całym mieszkaniu, a najbardziej funkcjonalnym gadżetem jest karton po jakimś wypasionym, dziecięcym sprzęcie (który oczywiście nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu). Ja, jako mama, staram się jak mogę, ale to wracanie do formy to nie jest wcale taka bułeczka z masełkiem (mmmmm…. Węglowodany…  Tłuszcze… stop! Szarasiu, nie daj się ponosić emocjom!!!  mniam…), bo jak tu ćwiczyć, kiedy Maluch widząc matę do ćwiczeń i mamę na niej, zaczyna toczyć się po całej długości tej drugiej albo wyrywać włosy, bo w końcu jak już się nadarza odpowiednia okazja, to czemu nie? Albo, jak trzymać się diety, kiedy co chwilę jest jakaś okazja do podjadania (bo urodziny, bo święta, bo goście, bo wtorek)?  Ja się pytam jak? No jak? Nie da rady!

 funny baby window licking GIFTak to mniej więcej wygląda 🙂

Ale czy to, że coś nie idzie zgodnie z moimi wyobrażeniami, sprawia, że jest gorzej?

Na przykładzie chociażby porodu, który był raczej traumatycznym (na tamte chwile) przeżyciem (szczególnie dla mojego Męża, który musiał trzymać fason, w przeciwieństwie do swojej żony, która zachowywała się jak amatorska wersja filmu „Egzorcysta”), uważam, że nie. Bo nie wykluczam, a wręcz nastawiam się na poród naturalny przy kolejnych Rekiniątkach (po przeczytaniu tych słów, prawdopodobnie w Mariuszu toczy się zażarta walka między zgrozą a rozpaczą).
I tak samo jest z macierzyństwem, bo co mi po tym, że moje dziecko będzie jak z najpiękniejszego zdjęcia na instagramie otoczone pastelowymi kolorami, ubrane w ciuszki droższe niż cała garderoba rodziców razem wzięta? Co mi po otoczeniu pełnym edukacyjnych, naturalnych, ekologicznych, politycznie poprawnych przedmiotów? Czy moje dziecko, albo ja będziemy dzięki temu szczęśliwsi?

 parks and recreation beautiful scary makeup april ludgate GIFTak było. True story.

Jestem wdzięczna za to, co mam, za to, że Tomek pokazuje cały wachlarz emocji, za to, że często muszę ruszyć głową, żeby zrozumieć, o co mu chodzi, że mam wieczny bałagan w domu, bo pisklę nauczyło się otwierać wszystkie nadające się do otwierania meble w domu i z szewską pasją reorganizuje nam przestrzeń.
Jestem wdzięczna za naukę płynącą z macierzyństwa, bo nigdy, w żadnej innej sytuacji nie nauczyłabym się tak kreatywnego myślenia, nie potrafiłabym tak bez niczego zebrać się w sobie i pomyśleć nad tym, jaki przykład daję swojemu dziecku, nie podchodziłabym aż tak refleksyjnie do wszystkiego, co robię, nie pracowałabym nad swoją organizacją aż tak bardzo. Przede wszystkim nie myślałabym o wielu konsekwencjach różnych działań.

Macierzyństwo zmienia kobietę diametralnie i mimo, że czasem mam wrażenie, że mamusieję, to wiem, że jest to okres przejściowy, który pozwoli mi być coraz lepszym człowiekiem w przyszłości. Także oczekiwania a rzeczywistość to są dwie różne bajki, ale z tym samym Happy Endem :).

Featured

Jak podróżować z dzieckiem i nie zwariować?

Pierworodny nauczył się mówić „Mama”, ale nie że mama, mamusia, moja ukochana mateczka, która w bólach wydawała mnie na świat przez kilka godzin.

Nie.

Mama w słowniku Rekiniątka oznacza „jestem głodny, weźże mnie nakarm kobieto”. I dochodzę do wniosku, że sąsiadów oszukam, znajomych oszukam, nawet męża słynącego z ponadprzeciętnej dociekliwości oszukam, ale dziecka nie oszukam.
Dziecko zauważy, że moja dieta istnieje bardziej w teorii niż w praktyce. Trudno zresztą nie zauważyć, jak wiecznie coś w jamie gębowej przeżuwam i mogę, logicznym ciągiem myślowym, kojarzyć się mojemu malutkiemu Pączuszkowi tylko z żarciem. A że siła genów psychopatycznej adoracji jedzenia jest wielka, Tomek przez cały dzień, w różnej tonacji i z godnym podziwu entuzjazmem, odśpiewuje hymn pod tytułem „Mama!”.

Także osnuta melodyjnością syna mojego (póki co) jedynego, postanowiłam ruszyć szare komórki i napisać notkę.

Paramount Movies movies thinking think clueless GIF

Dzisiaj miał być temat harmonogramu dnia 10 – miesięczniaka, ale jesteśmy aktualnie w trakcie reorganizacji naszych przyzwyczajeń, łącznie z nauką samodzielnego zasypiania (co idzie nam dosyć horrorystycznie) i dlatego ten temat przesunę na bliższą przyszłość, jak już w pełni będę mogła dumnie zakrzyknąć, że tak, moje metody wychowawcze są jedyne i niepodważalne i przynoszą spektakularne efekty, Tomek jest całkowicie samodzielny, potrafi komunikować się w 3 językach nowożytnych oraz języku migowym, a my z Mariuszem mamy czas na łechtanie naszego kulturalnego ducha w operze, możemy w spokoju zjadać ciepłe posiłki, a kawa nigdy nie ma szansy ostygnąć.

W związku z tym, będzie o podróżowaniu.

Bo wiecie. Zasadniczo są 2 teorie.

Pierwsza mówi o tym, że jak się ma małe dziecko, to siedzi się na dupsku w domku i czeka aż młodzież, chociażby usiądzie, co by w samochodzie nie odkształciły mu się plecki w foteliku. I o ile zgadzam się z kwestią pozycji wymuszonej w foteliku, o tyle nie jestem fanką całej teorii, że jak dziecko to koniec, the end, finito, ende zamykamy się na świat i wyłonimy się, MOŻE, jak młody wejdzie w okres dojrzewania.

 feel free to use GIFPo tych wszystkich latach, w końcu wolność!

Druga mówi, że nie należy się ograniczać. Że żyjemy w XXI wieku, a nie w średniowieczu. Że nie przewozimy już dzieci w skrzynkach po burakach, tylko w przetestowanych fotelikach z atestami wszelkich możliwych organizacji. Że owszem, pozycja wymuszona jest szkodliwa, ale dla dorosłego człowieka również, dlatego warto podróżować z głową! I ta teoria przemawia do nas w 100%.

Przez pierwszy miesiąc życia Tomka postanowiliśmy, że nigdzie dalej jechać nie będziemy. Byłoby to zresztą dosyć problematyczne ze względu na ilość posiłków oraz zmian pieluch. Jednak od drugiego miesiąca wyruszyliśmy na podbój świata.
Tak się nasze, moje i Mariusza, ścieżki przecięły, że spotkaliśmy się akurat w Poznaniu, ale ja pochodzę z miejscowości oddalonej od Poznania o 100 km, a Mariusz z miejscowości 170 km w zupełnie przeciwległą stronę. Tym sposobem jedni dziadkowie od drugich oddaleni są od siebie o niespełna 300 km. Wiedzieliśmy, że musimy to jakoś pogodzić, chociażby ze względu na święta, które naturalnie chcemy spędzać z jednymi i drugimi.
Dlatego postanowiliśmy przyzwyczajać Rekiniątko do podróży stopniowo. Najpierw wycieczka na 20 km, później na 40 km i tak dalej. W końcu udało nam się bez większych problemów doprowadzić do sytuacji, że i jedni i drudzy seniorzy zostali zaszczyceni naszą obecnością. Sukces!

Oczywiście w trakcie takich podróży, musieliśmy liczyć się z licznymi przystankami, nie tylko ze względu na potrzeby fizjologiczne bejbika, ale również zwykłe przystanki, tak żeby młody mógł chwilę odpocząć od fotelika. Ale udało się! Tomek tak przyzwyczaił się do podróżowania, że przeważnie jak tylko usłyszy dźwięk odpalanego silnika, zapada w sen, czasami nawet na kilka godzin i nie przeszkadza mu wtedy, że już dawno dojechaliśmy, został wyjęty z fotelika, rozebrany i nieświadomie zapozował do pierdyliarda śmiesznych (tylko w naszym uznaniu) zdjęć, którymi będziemy go szantażowali, kiedy przyjdą mroczne czasy buntu nastolatka. Nevermind.

W podróżowaniu z dzieckiem jest jeszcze jeden aspekt. Warto wyrobić sobie papiery na prowadzenie samochodów ciężarowych, ponieważ ilość gadżetów, jakie TRZEBA zabrać ze sobą, często nie mieści się w standardowym bagażniku. Kiedy wyjeżdżaliśmy na weekend (2 dni, jedna noc, jakby ktoś nie wiedział) do rodziców, starsza sąsiadka z naprzeciwka, widząc nas uwijających się przy samochodzie z całym podróżnym pierdolnikiem, z troską zapytała „Państwo znowu się przeprowadzacie?”.
Znowu, bo kiedyś w porywie naszych idealistycznych serc zapakowaliśmy cały (!) dobytek i wyprowadziliśmy się ze wszystkim (!!) na 4 dni (!!!), czule pielęgnując w naszych umysłach wizję sielankowego życia w porcie nad rzeką, jak jacyś amisze, gdzie ja codziennie witałabym dzień rytualnym patroszeniem, złowionego przez Mariusza, dorsza, a mój (wtedy jeszcze) narzeczony heroicznie zarzucałby kotwicę, pomagając zbłądzonym statkom znaleźć bezpieczną przystań. Zrezygnowaliśmy, jak tylko okazało się, że przysłowiowe życie amiszów, okazało się być boleśnie prawdziwe. I o ile życie bez ogrzewania bylibyśmy w stanie jakoś przeboleć, o tyle brak wody bieżącej, zdatnej do jakiegokolwiek użytku okazał się być przeszkodą nie do przeskoczenia. Więc, zapakowaliśmy z powrotem nasz dobytek i wróciliśmy do naszego cudownego podpoznańskiego mieszkanka z ogrzewaniem, wodą i innymi  ekskluzywnymi dobrami.

Wracając do tematu, samo łóżeczko turystyczne, wózek i zwykły bagaż zajmują ¾ samochodu, a weź tu jeszcze fotelik do karmienia, bujaczek, zabawki, ulubiony kocyk, pół metrowego Misiaka, podgrzewacze do butelek, zapas mleka, kaszek i kleików. Dorzuć do tego jeszcze całą apteczkę (na wszelki wypadek) i kilkanaście pozycji wydawniczych dla najmłodszych. Siłą rzeczy, zabraknie miejsca dla Ciebie. Dlatego nasz bagaż to mała tytka z biedry wypełniona, zasadniczo, tylko majtkami na zmianę, bo reszta i tak by się nie zmieściła. Dziecko doskonale nauczyło nas jednej ważnej rzeczy- nie potrzebujemy 90% rzeczy, które wydawały nam się niezbędne przed pojawieniem się naszego małego Robaczka. Ubrania na zmianę? Po co? I tak za chwilę, mała łapka wytaplana w bananie odbije się na samym środku koszulki. Kosmetyczka? Żeby młody zlizywał ze mnie warstwy tapety? Perfumy? Jak młody zrzuci bombę, to choćby i najintensywniejsze olejki eteryczne, nie pomogą…


Piątek, piąteczek, piątunio- czyli jedziemy na weekendzik (zdjęcie TU)

A jakie są Wasze doświadczenia z podróży?

 

 

Featured

Internetowe mamy – czyli dajcie mie strzelbę bo nie wytrzymię

Ostatnimi czasy przechodzimy, w sensie ja i Mariusz, poważne zmiany życiowe. Otóż postanowiliśmy zamienić opony zimowe na letnie. I już, już, pewnie, co wierniejsi czytelnicy bloga, podnoszą się z impetem z krzeseł i zakrzykują: „ale jak to? Przecież to już miało następować dawno! Co najmniej od nowego roku!”.
Owszem.
Miało.
I nawet tak się działo… Dzieje.
Co tydzień.
Od poniedziałku do czwartku.

A potem przychodzi weekend…

Bo młodzi rodzice formalnie nie mają weekendów. Bo do maluchów nie bardzo dociera filozofia piątku, piąteczku, piątuniunia. Bo i tak rytm dnia i nocy pozostaje taki sam. Bo na nic nam radość z wolnych dni, bo ich po prostu NIE MA!

Dlatego nasze, mój i Mariusza, sprytne organizmy wraz z nadejściem czwartkowego wieczoru, nagle przestawiają się na tryb weekendowego obżartuszka.
Po czterech dniach heroicznego wysiłku umysłowego, pod tytułem „z czym by zjeść ten topinambur na kolację oraz jak przyrządzić polędwiczki z piersi kurczaka, tak by były jak najbardziej bez kalorii”, wycieńczony głodówką mózg postanawia podjąć ostateczną próbę buntu. Niestety udaną. I tak przez kolejne 3 dni pływamy w oceanie węglowodanów, z radością nacieramy się różnymi olejami (z palmowym na czele), a w przerwach skaczemy po trampolinach sztucznych konserwantów i barwników.

HULU tv snl saturday night live nbc GIF

I przychodzi poniedziałek. Płacz i zgrzytanie zębów, że olaboga, dlaczego ja, ukryta prawda i szpital w jednym.

No.

Także od dzisiaj walczymy i w czwartek uprzejmie prosimy o wyjątkowo mocne trzymanie za nas kciuków, co by nasze postanowienia nie utonęły w hałdach tkanki tłuszczowej, która to ostatnimi czasy szturmem opanowuje okolice moich ud i podbródka.

I ja tak sobie siedzę i gmeram w Internecie, w poszukiwaniach szybkich i tanich sposobów na chudnięcie. Nieoceniony jest oczywiście stary, dobry wujaszek Google, ale ciocia Forum Internetowe bardzo zgrabnie dotrzymuje mu kroku.

Każdy, kto kiedykolwiek korzystał z Internetu wie, że wystarczą nanosekundy, chwila nieuwagi, leciuteńkie zboczenie z kursu myślowego i nagle znajdujemy się w tej części globalnej sieci, w jakiej nigdy znaleźć byśmy się nie chcieli, a nawet nie bardzo chcielibyśmy wiedzieć, że taka część istnieje. W związku z tym, ja na przykład nie bardzo wiem jak z tematu o detoksie organizmu, znalazłam się w tej części forum gdzie ludzie wysyłają zdjęcia różnych części swoich członków z pytaniami, czy ta plamka w okolicy lewego pośladka, to nie jest czasem objaw policystycznych jajników, a pytanie zadane jest przez użytkownika o tajemniczej nazwie „królewicz_rozkoszy69”.

 reaction wtf wut steve harvey dumbfounded GIF

I generalnie wszystko byłoby ok, bo co ja się będę mądrzyła, w końcu, od kiedy tylko istnieje Internet, ludzie szukają tam odpowiedzi na każde możliwe pytanie, łącznie z tymi dotyczącymi kwestii zdrowotnych, ale… No właśnie jest to ale. Bo o ile dorosły człowiek bierze pełną odpowiedzialność za siebie i swoje wybory, o tyle, jak widzę pytania mam, albo też tat, z całą galerią zdjęć pupek, cipuszek, penisków, z całą gamą pytań, czy konsystencja kupki jest prawidłowa, czy wysypka na policzkach jest ok, czy ta ropiejąca rana jest normalna, to natychmiast wpływa na moje usta soczyste KURWA MAĆ!

 fuck frustrated table flip fuck this shit GIF

Ludzie! Co jest z wami?! Czy konsultacja z lekarzem parzy?! Czy to naprawdę taki wielki problem, spiąć poślady i przejść się do pediatry, jak macie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące Waszych dzieci?! Ja rozumiem, że czasami lepiej nie panikować, i owszem nie mam nic przeciwko szukaniu w internecie możliwych diagnoz, ale na litość boską, serio myślicie, że mama, czy tata, czy ktokolwiek tam jest po drugiej stronie kabla, ma większe kompetencje od lekarza, by ocenić, na podstawie zdjęcia kupy Waszego Szkraba, czy wszystko z nim w porządku?! Serio?! SERIO?! NA PODSTAWIE ZDJĘCIA KUPY?!

Quo vadis świecie? Quo vadis??!!

I byłabym hipokrytką jakbym powiedziała, że nie korzystam z takich stron. Należę do chyba każdej możliwej grupy zrzeszającej mamy z różnymi artefaktami macierzyństwa. Fitmamy, Mamy z Warszawy/Poznania/Gdańska/Koszalina/Starej Dziedziny (bo w każdym z tych miejsc gdzieś kiedyś byłam, choćby przejazdem), rozszerzanie diety po 4 miesiącu, rozszerzanie diety po 6 miesiącu (obydwie grupy zwalczają się nawzajem z determinacją godną rolnika zwalczającego stonkę ziemniaczaną), mamy z włosami blond, mamy bez kolczyków, naturalne mamy, plastikowe mamy, mamy alergików, mamy żarłoczków, mamy niejadków i wiele, wiele innych. I zasadniczo uważam, że każda z tych grup ma ogromną wartość merytoryczną i można bardzo wielu rzeczy z nich się dowiedzieć, ale niektórzy mocno przeceniają ich możliwości.

Błagam, zatem! Jak widzicie zbłąkaną duszyczkę w internetowym świecie, wysyłającą zdjęcia części intymnych swojego dziecka, proszę zareagujcie, postarajcie się jej uświadomić, że Internet to nie jest idylliczne miejsce, w którym puchate króliczki, żyją w zgodzie z mądrymi wilczkami. Nie! Tak nie jest! Internet to ciemny las pełen nieprzyjaznych bestii i to, że zdarzają się miłe i pomocne stworzonka, nie znaczy, że zaraz nie trafimy na wilka w owczej skórze, który ze zdjęcia naszego Skarbeńka zrobi bardzo brzydki użytek.

Notka tak ku przestrodze, bo mnie już strzela.

Featured

Od pupy strony – czyli przypowieść o kupie

Dzisiaj jestem zła.

I daleko mi do urządzania sobie podśmiechujków z macierzyństwa.

Dlatego notka jest spóźniona o dzień.

Dlaczego jestem zła? Otóż, nie wchodząc w szczegóły, zostałam, bez pardonu, zdzielona z otwartej ręki, prosto w twarz polityką prorodzinną. I nie, nie zamierzam, póki co, tłumaczyć całej sytuacji, bo w głębi swojego urażonego serduszka liczę, że moralność i honor mają jeszcze jakieś znaczenie w dzisiejszym, zepsutym do jądra świecie.

To tyle gwoli wstępu i usprawiedliwienia, dlaczego notka dziś a nie wczoraj.

A że humor mam popsuty to i temat dzisiaj będzie z gatunku tych mniej apetycznych, ale jakże ważnych i życiowych.

Dziś będzie o kupie.

Tak. Dokładnie. Także wszystkie osoby, które imaginują sobie, że dzieci to generalnie jedzą tęczę i kupkają szczeniaczkami, mogą, w tym momencie, śmiało się wycofać i wrócić tramwajem słodkich wyobrażeń do swojej strefy komfortu. Bo ja tu będę mówić o ŻYCIU!

 serious GIF

Do momentu, w którym dziecko jest z gatunku stacjonarnych, my rodzice, mamy WZGLĘDNĄ kontrolę nad tym, co dostaje się do naszej latorośli i możemy, MNIEJ WIĘCEJ, przewidzieć, co z tej latorośli się wydostaje. Kiedy małolat staje się mobilny, mój Boże, pieluszka przeobraża się nagle w komorę maszyny losującej totalizatora sportowego. Nigdy nie wiadomo, cóż to ukrywa się w, jakże aromatycznym, pampersiku.

 shocked eddie murphy GIF

I niech pierwszy rzuci zasypką rodzic, który nigdy nie miał do czynienia z kupą ekstremalną. Niech wyjdą z ukrycia ci, którzy nigdy nie znaleźli w pieluszce niczego dziwnego. Niech zbłąkane owieczki pieluchowych rozterek odnajdą swą drogę i przyznają, że w kupie jest prawda zawarta!

O tym, jak ta jakże powszednia czynność fizjologiczna potrafi skomplikować życie, możecie sobie poczytać TUTAJ.

Tymczasem my zmierzamy nieuchronnie do meritum sprawy, czyli do faktu niezaprzeczalnego:

Kupa prawdę Ci powie!

Każda mama i prawie każdy tata wie, że obserwacja, niewątpliwych, dzieł sztuki, jakie codziennie znajdujemy w powijakach, może wiele powiedzieć nam na temat tego, co z naszymi małymi artystami się dzieje. Żadną tajemnicą nie jest też fakt, że co innego niepokoi nas przy dziecku karmionym piersią, a zupełnie co innego przy maluchach karmionych mlekiem modyfikowanym. Struktura oraz przede wszystkim aromat zmieniają się również wraz z wiekiem.

Nie oszukujmy się, od kiedy rozszerzyliśmy dietę Tomka o owoce, warzywa i mięsko, w kwestii zmiany pieluch, to ja jestem barmanem na tym dansingu. Mariuszowi zdarza się wymienić ściółkę młodemu, ale przy obecności kupy po prostu wymięka. Oczywiście jak mus to mus. Zrobi to, ale robi to w bardzo holyłódzkim stylu. Niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce. Stróżki potu ryją kratery w rozgrzanej do czerwoności skórze, mojego kochania, przy cichym akompaniamencie wstrzymywanego przez kilkadziesiąt sekund oddechu. Po całej czynności spektakularnie oddaje mi dziecko, po czym przystępuje do dezynfekcji całego pomieszczenia, w którym czynność zmiany pieluchy miała miejsce. Uzbrojony w odświeżacz powietrza i determinację, z pasją dezaktywuje gazy złowonne w całym domu.

 bruce willis GIF

Ok wiem, że to z Armagiedonu

Dlatego też, jak już przychodzi co do czego, samolot wyląduje na płycie lotniska, dziecko zgrabnie ląduje w moich rękach, bo tyyyyyyle jest rzeczy do zrobienia na około, że no ja bym bardzo chciał, ale po prostu nie mogę, kratki wentylacyjne same się nie oczyszczą i nie kochaniuj mi tu Kitku, że są czyste od wczorajszego szorowania. My mamy maleńkie dziecko i, doprawdy, mogłabyś zwrócić większą uwagę na warunki, w jakich owoc Twego łona dorasta, no chyba, że chcemy żeby Tomasz wdychał ten cały syf, który tylko czai się na jego delikatne, niczym nieskalane płucka, to owszem, odpuśćmy, zarośnijmy brudem, proszę bardzo.
I ja powalona siłą argumentów męża mego, zbieram się w sobie i pieluchę zmieniam. Tak, żeby nie zarzucić sobie w przyszłości, żem złą matką była, która to dziecko, całym złem z kominów wentylacyjnych, wypełniała.

Dlatego też, niezwykle ważną, o ile nie najważniejszą, decyzją w życiu każdego rodzica jest wybór odpowiednich pieluch. Bo nic nie boli tak bardzo jak kupa pozbawiona jakiejkolwiek kontroli. OCZYWIŚCIE pragnę tutaj ostrzec wszystkich przyszłych i obecnych rodziców przed jednym faktem. ZAWSZE zdarzy się, chociaż raz, kupa stulecia, której żaden pampers nie będzie w stanie udźwignąć. W związku z czym, warto być przygotowanym na KAŻDĄ ewentualność i przy każdym wyjściu mieć koło ratunkowe pod postacią ubranek na zmianę. Najlepiej paru, bo kupy chaosu lubią chodzić stadami.

 dump daughter response diaper GIF

To tyle. Mam nadzieję, że nie przekroczyłam przyzwoitej normy użycia słowa na k. A jak tak, to uprzejmie przepraszam. Taki dzień.

Featured

O nadopiekuńczości słów kilka

Stało się.

Tomasz osiągnął nowy level rozwojowy. Zaczął wchodzić po schodach, póki co, za pomocą wszystkich dostępnych mu kończyn, ale fakt pozostaje faktem, dziecko przemieszcza się oprócz po linii poziomej, to i pionowej.  A jak po schodach to i kanapa nie stanowi dla niego żadnej przeszkody.

Tym sposobem pozbyłam się ostatniego miejsca w domu, gdzie mogłam w miarę bezpiecznie położyć torebkę. Wiem też, że mimo mojej rozpaczy, mój mąż, w głębi swojego pedantycznego serduszka, bardzo cieszy się z nowej umiejętności owocu naszej miłości, bo ja uczę się (! Nie, że jeszcze to robię!) odkładać rzeczy na miejsce. Problem polega na tym, że na moje torby miejsca nie ma, bo nigdy o to miejsce nie zadbałam…. Po przekroczeniu progu mieszkania, torba automatycznie lądowała na podłodze i grzecznie czekała, tam gdzie ją zostawiłam, na kolejne wyjście. Od kiedy pisklę szturmem opanowało podłogę, torba zmieniła miejsce na krzesło w salonie, a następnie na oparcie kanapy… A teraz muszę główkować, bo wiadomo, w damskiej torebce znajduje się cały warsztat przydatnych rzeczy, ale w rękach niespełna 9-miesięcznego szabrownika, mogą to być narzędzia globalnej zagłady. Także, nie wiem, jak wy, ale ja mam co robić… Najczęściej szukam torebki.

The Oscars oscars academy awards looking searching GIF

I zastanawiam się jakby to było, gdybym na przykład zrobiła dziecku strefę bezpieczeństwa. W sensie wydzieliłabym mu kwadrat o powierzchni 2×2, odgrodziłabym barierkami, wyściełała miękkimi kocykami, podłożyła pod spód monitory oddechu, włączyła elektroniczną nianię, na głowę pierworodnego wcisnęła kask i okutałabym go folią bąbelkową, to czy ja byłabym spokojniejsza?

Kiedy kobieta wydaje na świat potomstwo, w jej mózgu wyrasta nowa strefa o roboczej nazwie: ŻEBYDZIECKUSIĘNICNIESTAŁO. I tak każda najmniejsza umiejętność, jaką nabywa dziecko, okraszona jest z jednej strony ochami i achami, jakie to ja mam cudowne dziecko, a z drugiej strony przerażeniem, jak to teraz będzie?!
Od pierwszych dni jest to lęk o to czy dziecko nie zapomni w trakcie snu oddychać. Nawet jak, niczego nieświadome maleństwo, spokojnie sobie śpi, rodzice sterczą pół nocy nad dzieckiem i wytężają zmęczone gałki oczne w poszukiwaniu unoszącej się klatki piersiowej. I my się niby wycwaniliśmy, bo pożyczyliśmy od znajomych monitor oddechu i chociaż ten strach nas ominął… No może nie do końca, bo żyliśmy w strachu, co to będzie, jak rozładują się baterie w monitorze i nie będziemy o tym wiedzieli… Zatem i tak pół nocy nieprzespane bo patrzymy, czy diodka na monitorku miga.
Później przychodzi obracanie się z brzuszka na plecy i na odwrót, czyli strach, że w nocy dziecko się przewróci na boczek, zapomni jak się wraca i będzie mu niewygodnie całą noc.
Każdy kaszelek, zachłyśnięcie, czkawka, lekkie uderzenie urasta do rozmiaru tragedii… Tu muszę nadmienić, że znajomi posiadający potomstwo w ilości większej niż jeden mówią, że z każdym kolejnym potomkiem to przechodzi, także jest i dla nas nadzieja!
Aż przychodzi wstawanie… Jeny jeny jeny. On już wstaje, on już sięga sobie rzeczy ze stoliczka kawowego (my już się nauczyliśmy nie zostawiać niczego w zasięgu małych łapek, a wy? :)), on już ściąga książki z regału (my już pozbyliśmy się zawartości dwóch dolnych półek, a wy? :)), on już otwiera szuflady w kuchni (my już mamy zabezpieczenia na meblach, a wy? :)), on już uwiesza się na nocnym stoliczku (my już przymocowaliśmy wszystkie meble do ścian, a wy? :)). Strach pomyśleć, co my zrobimy z mieszkaniem jak Rekiniątko zacznie chodzić?!

 pizza community donald glover chaos troy GIF

I szczerze powiedziawszy, jestem trochę zła na tą naszą nadopiekuńczość, ale z drugiej strony, wydaje mi się, że dajemy dziecku całkiem spore pole manewru, bo… nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Młody człowiek wpada na pomysły, na które większy człowiek nawet po długich rozważaniach by nie wpadł. I wiem, że nie uchronię dziecka przed całym złem tego świata, bo się nie da. Dlatego z każdym kolejnym tygodniem odpuszczamy trochę z naszą dbałością o bezpieczeństwo malucha. Nie, żebyśmy dawali mu od razu piłę łańcuchową do zabawy, czy wpuszczali na wybieg z tygrysami, coby się dziecko z kotkami pomiziało,  ale nie biegniemy też za każdym razem, gdy dziecię robi coś, co w nas budzi lęk, by go powstrzymać.  No chyba, że robi coś wyjątkowo głupiego (jak otwieranie gorącego piekarnika w trakcie jego pracy).

 chaos GIF
Zjedz, Żabko, owocka

Pamiętam, z jakim przerażeniem patrzyłam, jak Tomek przy pierwszych swoich próbach raczkowania, schodził z piankowej maty, którą dla niego, dzień w dzień rozkładaliśmy. Jak wizualizowałam sobie te wszystkie bakterie na podłodze, po której on teraz zasuwa rączkami, a później wkłada je sobie ochoczo do buźki. Tym sposobem wyrobiłam w sobie nawyk, dosyć regularnego odkurzania. I gdy zobaczyłam, że dziecku nic się nie dzieje, postanowiłam zrezygnować z maty, bo ani to funkcjonalne nie było, ani estetyczne, ani dla dziecka szczególnie interesujące. Teraz Tomek przemieszcza się po całym terenie mieszkania, bez żadnych ograniczeń i myślę, że na dobre mu to wychodzi. Codziennie odkrywa coś nowego, co niekoniecznie jest odbierane euforycznie przez sąsiadów. A to odkryje, że w salonie panuje idealna akustyka do rzucenia najcięższą zabawką, jaką ma o ziemię (wewnątrz Mariusza dzieją się wtedy dantejskie sceny, bo biedna podłoga), z kolei w kuchni doskonale szura się drabinką, bo wydaje ona tak cudownie irytujące (i głośne!) dźwięki. Natomiast w jego pokoiku najlepiej na świecie stuka się drewnianą łyżką w różne elementy wystroju, a przede wszystkim w podłogę i świetnie liże się okna (także jak zobaczycie kiedyś małego glonojada, dokładnie wylizującego centymetr po centymetrze okno, to duże prawdopodobieństwo, że jest to mój glonojad). Korytarz to taki trochę zakazany owoc dla Tomeczka, bo stoją tam, niczym niezabezpieczone buty. To miejsce to święty Graal młodego Rekina. Za każdym razem, gdy rodzice nie patrzą, niby przypadkiem Tomaszek akurat tamtędy przechodzi, a ten but w jego buzi to niewiadomo jak się w niej znalazł.

 baby what confused awkward huh GIF
Ja nic nie wiem

No ale cóż, inaczej się dziecko życia nie nauczy. Trochę uodporniliśmy się już na jego upadki, które swoją drogą młode szarątko doskonale kontroluje. Nie wpadamy w popłoch, kiedy w jego buzi ląduje element mieszkania, który w buzi raczej znaleźć się nie powinien. I nie siejemy paniki, kiedy dziecko z jakiegoś, bliżej nie określonego powodu zaczyna płakać, bo coraz częściej jest to klasyczne wymuszanie, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę  J.

Featured

Jak pies z dzieckiem – o roli zwierząt w życiu Malucha

Starym sharkmumowym zwyczajem, notkę zaczynam od lekcji wychowawczej, czyli od obiecanek, jak to ja zamierzam pracować nad swoją prokrastynacją i systematycznością wpisów.

Także, uwaga, uwaga – zamierzam.

I aby nie pozostać gołosłowną, zrobiłam sobie nawet miesięczną rozpiskę wpisów na bloga oraz zarys tematów na przyszłość.


WIN! WIN! WIN! Plus milion do ogarniętości.

W każdym razie dzisiaj chciałam poruszyć temat, który od dawna truchtał mi po głowie- a mianowicie o pogodzeniu życia dziecka z psem lub innym zwierzem domowym.

Zatem dzisiaj będzie notka czysto teoretyczna, ponieważ my, póki co, tego typu rozkmin nie prowadziliśmy, ani nie prowadzimy, ale może w przyszłości tak się właśnie stanie, a przygotowanym trzeba być. I już!

Poza tym, helloł! Jestem w końcu blogerką parentingową, a to daje mi dożywotnią wizę na wypowiadanie się w ABSOLUTNIE KAŻDYM temacie około dziecięcym. Od zagwozdek ginekologii położniczej, po ocenę etyki metod wychowawczych amiszów szwajcarskich. I nikt mi mojego świętego prawa mądrzenia się w tych sprawach (i innych również, bo niepisane prawo mówi, że bloger parentingowy może wypowiadać się na ABSOLUTNIE KAŻDY temat, także nie około dzieciowy), nie odbierze. Hawgh! Powiedziałam!

Jest i drugi argument, przemawiający za moim niezaprzeczalnym prawem wypowiadania się w temacie eukariontów w życiu dziecka. Jest nim fakt wykształcenia, jakie nabyłam dawno dawno temu w swoim życiorysie, czyli magister inżynier zootechnik. I jeżeli zastanawiacie się, czym zajmuje się magister inżynier zootechnik, śpieszę, czym prędzej, z odpowiedzią. Otóż nie mam najmniejszego pojęcia czym zajmuje się magister inżynier zootechnik. W sensie wiem, jaką wiedzę posiadam, ale nie jestem pewna, czy studia na tym kierunku, dają jakiekolwiek uprawnienia do hodowania zwierząt gospodarskich (i nie tylko), bo w sumie to robić może każdy. Ale mniejsza o większość. Istotą powyższych dywagacji jest fakt, że ja w zawodzie nie pracuję, ale lubię przedstawiać się tytułem magister inżynier zootechnik Szarasia, bo jest czadowe. No i jak inżynier to wiadomo – umysł ścisły. Także możecie śmiało okrzyknąć mnie Michaelem Faradayem światowej blogosfery parentingowej. Nie obrażę się.

A wracając do meritum, wiemy już, że mimo, iż wiedzy praktycznej nie posiadam, jestem jak najbardziej kompetentną osobą do wypowiadania się w temacie zwierząt. Niczym Kinga Rusin wypowiadająca się na temat niskich zarobków w Polsce, czy Janusz Korwin Mikke o zasadności równouprawnienia na świecie. Także tego…

To, że czworonoga w domu nie posiadamy, nie znaczy, że Tomaszek nie ma kontaktu z sierściuchami. Zasadniczo ma i właśnie wchodzi w taki etap zainteresowania otoczeniem, że psy/koty i inne stworzenia futerkowe stanowią dla niego źródło niepohamowanej ekscytacji.

Najczęściej Rekiniątko spotyka się z Malibem. W teorii moim jamnikiem (a jakże!), w praktyce psiakiem moich rodziców, którzy to stwierdzili, że ja mogę sobie z gniazda wyfruwać, ale Malibu zostaje z nimi i nie ma żadnej dyskusji. I ja powalona siłą ich determinacji, musiałam przystać na tę propozycję nie do odrzucenia. Tym sposobem już na parę lat przed pojawieniem się pierworodnego, moja mama miała niesamowitą okazję trenowania bycia babcią. Dziś pies jest rozpuszczony jak dziadowski bicz i nie bardzo radzi sobie z konkurencją pod postacią Tomeczka.
Nie znaczy to absolutnie, że darzy, swego mniej kudłatego brata, jako wroga. Ich relacja przypomina, w istocie, relację czysto braterską. Malibu, starszak, teoretycznie ignoruje, irytującego Malucha, starającego się, za wszelką cenę, obrać go z sierści, ale jak tylko Tomek stęknie, rozpłacze się lub krzyknie niespodziewanie, ten staje niemalże na baczność i obserwuje sytuację. Jeżeli stan rzeczy jest niezmienny, włącza alarm. Będzie biegał od jednej osoby do drugiej, nawołując o pomoc dla swojego dziwnego, obłego przyjaciela. Tym sposobem, mimo, że na dźwięk płaczu swojego dziecka jestem wyczulona jak komar na moje łydki latem, jestem bombardowana rozpaczliwym nawoływaniem o pomoc w wersji stereo – Tomek i Malibu razem brzmią wyjątkowo przekonująco. I choćbym aktualnie ratowała świat przed zagładą, muszę rzucić wszystko i gnać z misją ratunkową do pierworodnego, inaczej w trybie pilnym sąsiedzi wezwaliby do nas policję, opiekę społeczną i CBŚ, w celu sprawdzenia, czemu znęcamy się nad dziećmi i zwierzętami.

Możemy być zatem pewni, że choćby pies był wyjątkowo zazdrosny o sralucha, nie pozwoli by stała mu się krzywda. I żadna elektroniczna niania nie jest nam potrzebna… Wystarczy Malibu.

dog police costume cops cop
Halo policja? Tomaszek w opałach!

Poza tym psy mają w sobie ogromne pokłady opiekuńczości i cierpliwości do małych istot. Na przykład, Malibu jest wyjątkowo wyczulony na kwestie trymowania (usuwania martwych włosków, w przypadku psów szorstkowłosych) i każda próba dokonania na nim tego czynu kończy się albo ucieczką, albo groźbami karalnymi z jego strony. Kiedy Tomaszek, w swoim stylu, wyrywa pieskowi sierść garściami, ten czeka cierpliwie aż dziecko skończy, ewentualnie oddali się, gdy ma już dość zabiegów kosmetycznych Rekiniątka.  I tu mam pewność, że pies dziecka nie skrzywdzi, choćby nie wiadomo co.

Oczywiście nie twierdzę, że do zwierząt nie należy podchodzić z odpowiednią dozą dystansu, bo nie. Pies/kot/świnka morska/wombat  to jednak zwierzę, po którym trzeba spodziewać się wszystkiego i zdrowy rozsądek wymaga by podchodzić do tematu z odpowiednim dystansem… Tylko, po głębszym zastanowieniu myślę sobie, że z ludźmi tym bardziej trzeba uważać.

I tym optymistycznym akcentem kończę, chociaż pewnie do tematu jeszcze wrócę, bo kto mi zabroni? 🙂

Featured

Bigos – czyli o odstawianiu Rekina od piersi

Mama zawsze mówiła, że mogę być kim chcę.

No więc, ja zostałam bigosem.

Już, już zbierałam się do pisania notki o odstawieniu malucha od piersi, że idzie mi to tak cudownie, że bez problemu, bez zbędnej farmakologii, że Szarasia – naczelny doradca laktacyjno-rozwojowy Rzeczpospolitej Polskiej.

I BAM!

Zapalenie piersi…

Także chodzę sobie obłożona z każdej strony liśćmi kapusty, niczym najsoczystszy gołąbek świata, wypijam oceany ziółek i cichutko łkam po kątach po każdym nokaucie pierworodnego, który niczym kotek przytula się do chorego miejsca… główką… z całej siły… często.


Oto ja. Mniamniuśne zdjęcie pochodzi stąd

I nie wiem gdzie błąd popełniłam, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowa perturbacja, a nie spektakularny upadek mojej nieinwazyjnej metody.

 

Kiedyś już wspominałam, że raczej nie należę do laktacyjnych wojowniczek walczących o to, by karmić dziecko wszędzie i zawsze, aczkolwiek jak już dane mi było dobrodziejstwo żywienia dziecka własnym mlekiem, nie zamierzałam z tego rezygnować.
Założenie jednak miałam jedno – odstawić po 6 miesiącach. I wiem, że w tym momencie wiele Matek Walczących łapie się z oburzeniem za pierś, że WHO, że flora bakteryjna, że bliskość, rozwój fizyczny i emocjonalny etc.
Well… Nie żebym się tłumaczyła nieprzebranym tłumom moich ukochanych czytelników, raczej usprawiedliwiam siebie przed sobą, ale niestety ze względów zdrowotnych po prostu MUSZĘ odstawić dziecko od cycka w czasie szybkim. I nie. Nie mam innego wyjścia.

Wiecie jak to ze mną jest?

Wiecie.

Otóż moje plany z rzeczywistością pozostają raczej, w dość luźnych stosunkach… Rzekłabym antagonistycznych.

Nowy Rok miał być momentem przełomowym, czyli że miałam odzyskać wolność dla piersi…
Dojechaliśmy do marca, a ja dalej karmię. Marginalne ilości, ale nadal karmię. Bo uparta to ja może jestem, ale… cóż… jak patrzę na tą małą pijawkę, która z taką pasją dopada do ukochanego cycusia, nie mam serca wprowadzać drastycznych metod odstawiennych.

Albowiem zasadniczo są właśnie 2 szkoły:

  1. Terapia szokowa- praktycznie z dnia na dzień. Dziecko ma absolutnego Bana na pierś, a mama ściąga mleko tylko po to by odczuć ulgę, uciszając tym sposobem laktację.
  2. Spokojne odstawienie- mocno rozłożone w czasie. Tak, by z tygodnia na tydzień zmniejszać ilość karmień piersią i zwiększać zainteresowanie malucha innymi pokarmami, już bardziej „dorosłymi”.

Ja wybrałam to drugie. I szczerze powiedziawszy to bardziej moja psychika cierpi niż Rekiniątka. No bo, to był taki NASZ czas, taki wyjątkowy i nierozerwalny. A teraz? Jedno karmienie. W nocy. Kiedy i ja i on, jesteśmy półtomni. Smuteczek.

Małe przechodzi cały proces praktycznie bezboleśnie. Być może dlatego, że odziedziczył, po mamusi, miłość absolutną do jedzenia… Jakiegokolwiek. Dlatego zastąpienie jednego karmienia, dajmy na to, soczkiem, nie stanowiło dla niego żadnego problemu.

Jednak do wszystkiego trzeba było się odpowiednio przygotować. Dlatego znając swoją sytuację, wiedziałam, że rozszerzanie diety będę musiała rozpocząć dosyć wcześnie. Stąd już od 4 miesiąca Pierworodny dostawał różnego rodzaju przeciery. Reagował różnie. Nie było jakichś większych problemów, do momentu rozpoczęcia ząbkowania. Wtedy nasze wybredne maleństwo postanowiło robić nam demonstracje wegetariańskie. W sensie wszystko, co miało w sobie, choćby śladowe, ilości mięsa, było automatycznie wypluwane i okraszane rzekami łez.
Ostatecznie jednak wstręt do mięska mu przeszedł zaraz po tym, jak wyrżnęły się jedynki. Mięsko pokochał miłością szczerą i czystą.

Właściwie, od kiedy rozpoczęłam rozszerzanie diety Tomeczkowi, ja zdobyłam dla siebie sporo wolnego czasu. Wcześniej, na każde zawołanie małego człowieka, biegłam przez mieszkanie, przeskakując zgrabnie, niczym gazela po afrykańskim stepie, hałdy złożone z zabawek, pieluch i ubranek, wydobywając z, przystosowanej do karmienia, odzieży pierś, by zaspokoić podstawową potrzebę mojego maleńkiego pączuszka. A miało to miejsce jakieś 18 razy dziennie.

Podobny obraz
Pączuszku nadchodzę.

Po wprowadzeniu stałego pokarmu, mój codzienny maraton skrócił się o jakieś 21 km. Także wszystko na plus, łącznie z rozmiarem spodni.

W tak zwanym międzyczasie, zaczęliśmy wprowadzać mleko zastępcze (dla alergików ze względu na AZS) i udało nam się w dzień wyeliminować karmienie piersią.

Laktacja ładnie się wyciszała, nie było żadnych problemów, aż do teraz.

W każdym razie dzięki mojemu Mężowi Akcja-Reakcja, szybko udało się zdiagnozować problem i podjąć odpowiednie kroki.

Także ja płaczę, dziecko się tuli, mleko płynie a Mariusz, chyba czuje się tak, jak ja przy ich ostatnich zębowych perypetiach.

Stare porzekadło mówi: jak nie urok to…

 

 

 

Featured

8 miesięcy z życia nieopierzonej mamy

Jakby ktoś się zastanawiał, co to się stało z Waszą ukochaną Szarasią. Tą, która to ostatnio zarzekała się, że co najmniej 2 notki w miesiącu, że noworoczne postanowienia, że dieta, że generalnie miss ogarniętości.

Informuję…

Otóż aktualnie znajduję się w oku cyklonu nienawiści.

Duży mężczyzna (czyt. Mariusz) całkowicie świadomie (na dodatek odpłatnie) pozbył się zęba, mały mężczyzna (czyt. Tomek) całkowicie nieświadomie (i bezpłatnie) zęby nabywa w ilości sztuk dwa (póki co). Całokształt sytuacji dopełniają lęki separacyjne młodego i nadmiar wolnego czasu starszego, który od razu czas ten pragnie wypełniać różnymi misjami.

A zatem, z jednej strony, mam w domu małego człowieka, dla którego każda najmniejsza rzecz idąca nie po jego myśli (w tym: za mało jedzenia na łyżeczce, za dużo jedzenia na łyżeczce, mama stanęła o 2 cm za daleko, mama stanęła o 2 cm za blisko, radio ustawione o 3 stopnie za głośno, radio ustawione o 3 stopnie za cicho, kaloryfer przekręcony na 5, kaloryfer przekręcony na 3, sweterek zapięty o jeden guziczek za mało, sweterek zapięty o jeden guziczek za dużo… i tak, w absolutnie, każdym aspekcie dnia codziennego) urasta do kryzysu o zasięgu globalnym.
Z drugiej zaś strony, mam dużego człowieka, który gardzi środkami przeciwbólowymi i woli przeżywać swój ból jak jakiś jaskiniowiec, pragnąc przy tym, jak zawsze, zbawiać świat, dbać o interesy, wyręczać mnie w obowiązkach domowych, robić przemeblowania, malować ściany czy majsterkować, kompletnie ignorując możliwości swojego, zatopionego w bólu, organizmu.

I ja. Istota delikatna niczym dmuchawiec na irlandzkim pastwisku. Miotam się między jednym a drugim, starając się zaradzić narastającym kryzysom wagi międzynarodowej.

W każdym razie, jak już udało mi się znaleźć chwilę, postanowiłam nie bacząc na nic (łącznie z pierworodnym, urządzającym sobie na moich włosach wspinaczkę życia, śmiejąc się przy każdym moim okrzyku bólu, jakby miał do czynienia z najlepszym stand upowym występem EVER), napisać nową notkę.

Dzisiaj nadchodzę z podsumowaniem. Jako, że okres około noworoczny, sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom, to i ja sobie strzelę jakiś bilansik.

Gdzieś tam kiedyś, planowałam zrobić podsumowanie pierwszego półrocza życia malucha, ale że Rekiniątko za dni parę kończy 8 miesięcy, postanowiłam troszeńkę rozszerzyć moje wywody.

Także zapraszam.

Miesiąc I – Jak ja się w ogóle nazywam?!

Patrząc z perspektywy czasu myślę sobie, nie mogło być przecież tak źle. I nie było. Jednak starając się przypomnieć sobie, jak wyglądało nasze życie przed pojawieniem się narybku, nie jestem w stanie zwizualizować w swojej głowie sytuacji, w której mogliśmy kłaść się spać o godzinach, które my uznawaliśmy za odpowiednie, bez wyrzutów sumienia, że oglądając film o 22, zabieramy sobie cenne 2 godziny snu.

Pierwsze dni z pierworodnym pamiętam jak przez mgłę. Może właśnie dlatego, że w pierwszym tygodniu życia Tomka spałam łącznie jakieś 6 godzin. I o ile ja zdążyłam się przyzwyczaić do sytuacji w szpitalu, o tyle dla Mariusza, była ona doświadczeniem, co najmniej, szokującym.  Żaden film, reklama, książka, czy opowieść znajomych, nie uprzedziła nas o tym, że dziecko może tak dużo (i głośno) płakać.

Zanim złapaliśmy jakiś rytm dnia (i nocy), chodziliśmy jak zombie. Wszystkie obowiązki domowe spadły na Mariuszka, bo ja WIECZNIE karmiłam dziecko. Serio. Miałam wrażenie, że Młody nie odrywa się od mojej piersi nawet na pięć minut. A jak już to robił, to po to by oddać (różnymi wylotami) to, co wchłonął.

W tym miesiącu też, po raz pierwszy złamaliśmy żelazną zasadę ustaloną przed porodem. NIE BĘDZIEMY DZIECKU PODAWAĆ SMOCZKA. Cóż… już drugiego dnia w szpitalu, napisałam do Mariusza błagalnego smsa, by przywiózł ze sobą smoczki, bo ja nie wytrzymie tej presji.

Tomek niestety (albo i stety) smoczka odrzucił. I po dziś dzień, kiedy dajemy mu smoczek, traktuje go raczej jak jakąś dziwną zabawkę, która idealnie wpasowuje się na przykład w oczodół jednego z rodziców.

Miesiąc II – chyba opanowałam potwora

Drugi miesiąc zapowiadał się całkiem obiecująco. Udało nam się opanować sytuację nocą. Wypracowaliśmy system wyciszania wieczornego i usypiania oraz szybkiej reakcji nocnej,  by dziecko nie zdążyło się zorientować dlaczego się rozbudziło.

Wszystko szło gładko.

Małe powoli zaczynało reagować na twarze, gdzieś tam pojawiały się pierwsze uśmiechy a w nas narastało poczucie, że tak, jesteśmy stworzeni do rodzicielstwa, jak nikt inny…

Miesiąc III – to potwór opanował nas

Dziecko przejęło nad nami kontrolę absolutną. Czasami zastanawiałam się czy sąsiedzi nie zainwestowali już w profesjonalny sprzęt nagrywający, by tworzyć z ukrycia filmiki z naszym udziałem i wysyłać je do National Geographic, jako niesamowicie rzadki pokaz tańców etnicznych, mających na celu zdobycie łaski i zadowolenia małego bożka.  Prześcigaliśmy się w pomysłach, jak wywołać uśmiech na małym pyszczku Rekiniątka.

Ostatecznie jednak nagroda, jaką był bezzębny uśmiech pierworodnego, wynagradzała absolutnie każdy, najgłupszy pomysł, na jaki mogliśmy wpaść

Miesiąc IV – macierzyństwo to najwspanialsza praca EVER!!!

Cudowny, wspaniały, karmelowo-czekoladowy miesiąc w rozwoju Tomeczka. Maleństwo jest słodkie, puchate, kontaktowe, samodzielne i wygląda już jak mikroczłowieczek z reklamy rodzicielstwa.

Moja mała krówka, mój słodki pączuszek, mój najmądrzejszy króliczek rozumiał już absolutnie wszystko, co do niego mówiłam, praktycznie wszystko potrafił przekazać (nie używając przy tym słów, a to już jest geniusz). Podejrzewam, że jakbym dała mu w tym czasie arkusz sudoku poziom hard i ołówek, machnąłby rozwiązanie bez najmniejszego zastanowienia, zapisując na marginesie wzór na kwadraturę koła.

Genialne umysły łączy, jednak, wspólny mianownik, jakim jest słaby popyt na sen. Tak też było w przypadku Szarątka.

Miesiąc V- genialne dziecię jest prawie samowystarczalne

Dokładnie. Zwłaszcza jak rozszerza się dietę Malucha od 4 miesiąca życia. Tym sposobem, moje piersi dostały względną wolność. Znaczy, że nadal były okupowane przez młodocianą pijawkę, ale już nie tak intensywnie. Mogłam nawet na 2 godziny zniknąć z pola widzenia dzieciowi. Ale tylko w teorii.

Tak jak wspomniałam, w poprzednim miesiącu. Sen był raczej u nas rzadkim rarytasem niż codzienną pomidorową. Dlatego ponownie zaczynaliśmy chodzić jak zombie.

Rekiniątko nadal było słodyczą samą w sobie. I posiadało nieopisany plus – tam gdzie go zostawiłam, tam, mniej więcej, znajdowałam Malca po 30 sekundach.

Miesiąc VI – Aaaaaaaaapokalipsa!!!!

Kochane, puchate, słodziutkie maleństwo zmienia się w Syna Chaosu Absolutnego. Próbuje: siadać, wstawać, raczkować, pełzać, turlać się – wszystko to w jednym czasie, na dodatek rozpoczyna się proces intensywnego ząbkowania.

I nie działa tutaj stwierdzenie, że jak dziecko zmęczy się w dzień, to będzie dobrze spało w nocy. W przypadku Młodego, im więcej przeżyć za dnia, tym większe były wariacje w nocy. Już dawno zapomniałam, co to znaczy spać ciągiem 4 godziny (nie mówiąc o dłuższych sesjach).

Miesiąc VII – Czas na reorganizację przestrzeni.

Stało się. Tomaszek stał się mobilny. Raczkuje z prędkością światła, wstaje podpierając się o wszystko, co uzna za stosowne i nie przejmuje się takimi drobnostkami jak kontrola, czy podłoże jest stabilne (szafka) czy ruchome (samochodzik pchacz).

Na co mi zatem karnet na siłownię? Pierworodny urządza mi w domu takie centrum sportu i fitnessu, że Chodakowska z Lewandowską mogą mi tylko pozazdrościć i błagać mnie o udzielenie franczyzy (tą drugą coś- albo ktoś- ostatnio wzięło tknęło i poczuła biznes nosem 🙂 ).

Wszystko w zasięgu małych rączek musiało znaleźć nowe miejsce, albo właściciela. Jest niewątpliwy plus tej sytuacji- dziecko pomaga w bardzo dużym stopniu wyeliminować z mieszkania zbędne elementy.

Miesiąc VIII – Mały nastolatek

Tak jak na początku. Wiedziałam o buncie dwulatka, wiedziałam o buncie nastoletnim, ale o buncie 8 miesięcznego dziecka nie słyszałam, a jestem jego największą ofiarą. Tomek buntuje się przeciwko wszystkiemu, co nie jest mamą. Swego rodzaju luksusem jest dla mnie korzystanie z toalety bez kibicującej publiczności.

Cóż… 9. Miesiąc maluje się całkiem ciekawie…

Poniżej: samodzielne dziecko robi porządek na swoich półkach.20170211_105701-1

Featured

Noworoczne postanowienia – czyli o tym jak po raz kolejny zmieniamy swoje życie

Nowy rok.

Nowe postanowienia.

Nowa notka!

Postanowienia, jak to postanowienia. Lubią być łamane. Ja na przykład, byłam silnie zdeterminowana by w pierwszym tygodniu stycznia wrzucić notkę i BAM. Na horyzoncie już widać luty i… oto ja! Objawienie polskiej blogosfery.

Czterotygodniowe opóźnienie… To już całkiem nieźle rokuje. Tak trzymaj Szarasiu, tak trzymaj! W końcu uda się dotrzymać jakiegoś dedlajnu jaki sobie ustanowiłaś w swojej głowie.

Ale tak po prawdzie, po prostu, nie chciałam Was za bardzo zaszokować moimi powalającymi zmianami i MUSIAŁAM (no musiałam) trochę z notką odczekać.

Poza tym… Im człowiek bardziej głodny, tym lepiej mu danie smakuje. Nawet najgorszy paździerz.

Ok, pośmieszkowaliśmy, a notka sama się nie napisze. A że temat całkiem wdzięczny to dzisiaj będzie o… pamparapampapam… oczywiście noworocznych postanowieniach.

Z Mariuszem (moim najwspanialszym mężem, jakby ktoś jeszcze nie wiedział) w wielu aspektach jesteśmy bardzo wyjątkowi, jeżeli jednak chodzi o silne postanowienie poprawy wiążące się z nadejściem nowego roku, to jesteśmy całkiem przeciętni i owszem, tworzymy sobie noworoczne listy rzeczy do zmiany.

Wraz z pojawieniem się w naszym życiu Rekiniątka, wiele rzeczy po prostu musiało się u nas zmienić. Tym sposobem, z każdym kolejnym miesiącem ciąży, musieliśmy, na przykład, oboje zaopatrywać się w sklepach odzieżowych w okrycia o coraz to większym rozmiarze. Gorzej, że po rozwiązaniu, tendencja zwyżkowa postępowała, we wcale nie wolniejszym, tempie. Tym sposobem, doprowadziliśmy się do stanu, do jakiego nigdy byśmy nie chcieli się doprowadzić. W sensie ja, bo Mariusz nawet z dodatkowymi kilogramami wygląda niczym ten Mars – mityczny bóg wojny…

Mars…

Mmmmm… Pyszności…

Mimo tego, miłość mojego życia uważa, że nie chce tych dodatkowych kilogramów i chce wyglądać jak w dniu naszego ślubu…

Ojjj… W moim przypadku to było jakieś paręnaście (dziesiąt?!) kilo temu…

Także pierwsze postanowienie to oczywiście:

DIETA

I wiecie co? Odkryłam, że mój umysł ma jednak jakieś masochistyczne zapędy. No bo, przecież JA CAŁY CZAS JESTEM NA DIECIE w związku z alergią pierworodnego i jem wyłącznie chrust, to jeszcze sobie ten chrust ograniczam do chrustu dietetycznego.

Co tydzień w niedzielę zasiadamy przy moim ukochanym BuJo (wspominałam w poprzedniej notce) i planujemy posiłki na kolejny tydzień, tworząc przy okazji listę zakupów, coby nie dorzucać do koszyka niepotrzebnych produktów.

Tym sposobem nie mamy już w domu żadnych niezdrowych przekąsek.

No dobra…

Są ciasteczka Pierworodnego, które z każdym tygodniem diety wydają się coraz głośniej krzyczeć „weź jednego, Tomek jest przecież za mały żeby zauważyć, a tym bardziej żeby czynić ci wyrzuty!!” .

Twardo się jednak trzymamy postanowień i tylko od czasu do czasu podkradamy Młodemu owocowego gerberka do zrobienia owsianych(=dietetycznych) ciasteczek.

I są efekty!

Także trzymajcie kciuki!

Ale dieta to taaaaaaakie banalne postanowienie na nowy rok. Zatem kolejne to:

ORGANIZACJA

Na punkcie której zdążyłam już mieć swego rodzaju obsesję (dowody: TU, TU i TU).
I nieocenioną pomocą okazuje się być mój ukochany wynalazek 2016 roku- Bullet Journal (oprócz polecanych ostatnio instagramów, pinterestów czy youtubów możecie o tym, i nie tylko o tym, poczytać też u pooderniczki :)).

Organizacja mojego BuJo przekłada się w dużym stopniu na moją produktywność w życiu, a już absolutnym hitem moich poczynań jest Habit Tracker. Coś jak tablica motywacyjna dla przedszkolaków z uśmiechniętymi i smutnymi buźkami, tylko dla dorosłych. Dla mnie bomba! Nigdy nie sądziłam, że z dziką radością będę codziennie odkurzać w mieszkaniu, tylko po to by zamalować kolorowym pisaczkiem krateczkę w zeszycie.

Czasem się zastanawiam, czy ja aby na pewno powinnam opuszczać przedszkole w wieku 6 lat…

W związku z tym, że im więcej postanowień tym większa szansa na spektakularny upadek, ostatnią rzeczą na mojej liście jest:

BLOG

I tutaj, odnosząc się do przydługiego wstępu, lekko nawaliłam. Ale styczeń niech będzie okresem przejściowym dla mnie i dla Was, abyśmy wszyscy tę, jakże ważną zmianę, przeszli bezboleśnie.

Założenie jest takie by w miesiącu były minimum 2 notki, ale chcę, poprzez moją hiperekstrawywalonąwkosmos organizację dojść do 1 notki tygodniowo.

Także trzymajcie kciuki i nie obawiajcie się rzucić we mnie korzeniem pietruszki, jakbym znikała na dłużej. Po pierwsze się ogarnę, po drugie, zawsze to coś do jedzenia.

Do zobaczenia w lutym 🙂

2017

Featured

Oaza spokoju- czyli jak dziecko zmieni Twój charakter

Pamiętacie poprzednią notkę?
Tę o niezawodnych sposobach usypiania dziecka?

Otóż możecie śmiało ominąć ten post szerokim łukiem, zwłaszcza kiedy Wasze dzieci postanowią ząbkować/raczkować/wstawać/siadać/wszystko jednocześnie.

Nie wiem w jak absurdalnym stanie świadomości musiałam być, kiedy uznałam, że to ja będę decydowała, o której godzinie moje dziecko będzie chodzić spać. Po prostu nie wiem.

Tym sposobem, każdego wieczora staczam bardzo nierówną walkę, w której wynik jest z góry przesądzony. Tomek idzie spać wtedy, kiedy to on (nie ja) ma na to ochotę. Walczę, jednak, dzielnie i z konsekwencją pajączka tkającego niteczka po niteczce swoją pajęczynkę, dziergam w sobie poczucie, posiadania czegokolwiek do powiedzenia w kwestii wychowania własnego dziecka. Wish me luck!

W każdym razie, jeżeli zastanawialiście się, czemu nie było mnie ostatnimi czasy na blogu- macie odpowiedź.

Myślałam też intensywnie nad tematem kolejnego wpisu i pewnego wieczora to po prostu przyszło.

Otóż po którejś z kolei (udanej!) próbie uśpienia Tomka, leżę na kanapie obok miłości mojego życia – Męża mojego najcudowniejszego i pieję nad nim z zachwytu. Moim ochom i achom nie ma końca.
Od czasu do czasu popiskuję niczym nabuzowana hormonami nastolatka na wieść, że jej jeszcze bardziej nabuzowany hormonami nastoletni idol, właśnie rozstał się ze swoją nabuzowaną hormonalnie dziewczynką, która to wygląda jakby była bliżej wieku przekwitania niż w okolicach pierwszego okresu.
Co jest powodem mojego głębokiego poruszenia? Otóż mój mąż gra w Fifę, a ja, jako jego najwierniejsza i najbardziej oddana fanka kibicuję mu najpiękniej jak tylko pozwala mi na to moje kibicowskie serduszko.
I to nie spektakularne gole, obronione bramki czy dokładnie przemyślana, genialna strategia jest powodem mojej niepohamowanej ekscytacji, a jego stoicki spokój.

Drodzy czytelnicy, musicie wiedzieć. Mój mąż jest niczym najsłodszy i najpiękniej zdobiony tort w cukierni, która to jest jedyną cukiernią w całej wsi i wszyscy mieszkańcy schodzą się do niej w każdą niedzielę, po mszy, by podziwiać dzieła lokalnego cukiernika, którego ambicją było robienie najbardziej zapierających dech w piersiach wypieków… i ambicję tę spełnił.
Miał mój mąż jednak jedną mroczną tajemnicę. Kiedy nie szło mu w grze, potrafił ostentacyjnie rzucić padem i przez kilkanaście minut być obrażonym na wszystko i wszystkich, bo Milik gwiazdorzy i nie chce z nim współpracować, robiąc na wirtualnym boisku kaszankę.

Tym razem jednak było inaczej. Milik, swoim fifowym zwyczajem, odwala manianę, a mój mąż, jak gdyby nigdy nic, ze spokojem komentuje (z typową dla siebie dawką ironii) sytuację, odkłada spokojnie pada i wyłącza z uśmiechem konsolę. Ja natomiast pozostaję w szoku na kolejnych parę godzin.  I dochodzę do wniosku, że co jak co, ale dziecko potrafi nas doskonale utemperować, jeżeli chodzi o charakter.
Cóż, kiedy usypiamy dziecko przez około 3,5 godziny, jesteśmy w stanie wyhamować wszelkie negatywne emocje, kiedy dziecko, w swojej łaskawości uzna, że w sumie może już zasnąć. Choćbyśmy z całym impetem wjechali małym palcem u nogi w stolik kawowy, nie pozostanie nam nic innego jak przełknąć łzy i w duszy pozwolić sobie na całą wiązankę pięknych, tradycyjnych słów, które każdy prawdziwy Polak zna, na zewnątrz pozwalając sobie jedynie na jak najcichsze syknięcie, coby nie obudzić młodzieży śpiącej czujnie w drugim pokoju. Taki lajf z dzieckiem :D.

Ja, jak wiecie, postanowiłam się ogarnąć. I, niezapeszając, muszę stwierdzić, że idzie mi całkiem nieźle. Wpadłam w pułapkę bulletjournalingu (o tej metodzie planowania swojego czasu możecie sobie pogooglać, albo poszukać inspiracji na pintereście, instagramie czy youtubie) i wszystkie plany wpisuję w swój piękny zeszycik w kropeczki, który dostosowuję do, tylko i wyłącznie, swoich potrzeb. Dzięki temu udało mi się wypracować jakiś harmonogram dnia, dom jest w miarę ogarnięty, ja mam czas na swoje małe przyjemności, a od przyszłego roku zamierzam totalnie zmienić swoje złe nawyki życiowe i żywieniowe i wykształcić w sobie instynkt mamy idealnej, samicy sukcesu… czy jakoś tak.

Także w duchu nadchodzących zmian, chciałam Wam życzyć, aby zbliżające się Święta Bożego Narodzenia upłynęły Wam we wspaniałej, rodzinnej atmosferze. Niech ten cudowny czas obfituje w mnóstwo pozytywnej energii oraz wiele pomysłów na przyszły rok :).

Tymczasem ja zmykam, bo dziecko moje zaczyna demontować choinkę.

Poniżej zdjęcie przedstawia efekt całonocnych pertraktacji o sen pierworodnego – on śpi, mama dokumentuje 🙂

20161223_085025

Ahoj!

Featured

Jak uśpić rekina – czyli mini poradnik o zasypianiu

Wiem, że mój blog zmienił życie nie jednej osoby, ale nie pomyślałabym, że jestem aż tak wpływową postacią w świecie blogerów światopoglądowych. Ja piszę o poważnej potrzebie zmian w swoim życiu, a tu Brytyjczycy biorą to do swoich arystokratycznych serduszek i organizują sobie Brexit, Amerykanie wybierają na prezydenta pomarańczowego Donalda Trumpa, a moje osobiste dziecko postanowiło przestać spać w nocy.

Siłą rzeczy i ja musiałam przystosować się do nowych porządków ustalanych przez pierworodnego.

Ale ale…

Mimo, że jestem osobą raczej uległą i dosyć elastyczną, to nie dam sobie odebrać dwóch jakże wspaniałych czynności w moim życiu: jedzenia i snu.

Obydwie kwestie, wraz z pojawieniem się Tomka, musiały zostać w dużym stopniu okrojone (pierwsze z mojej inicjatywy, drugie już nie ;(), ale walczę jak wygłodniała lwica, o kawałek jędrnej antylopy, aby jednak zachować jakąś równowagę w życiu.

W związku z powyższym musiałam opracować kilka metod usypiania potomka, a jako że jestem superwspaniałomyślna, postanowiłam podzielić się moimi sposobami z całym światem. Tym sposobem żadna mama na Ziemi nie będzie musiała borykać się już z problemem nieprzespanych nocy, wszyscy tatusiowe będą z zadowoleniem patrzeć na swoje wyspane, świeże i urocze partnerki, dzieci z całego globu będą rosły zdrowo i szczęśliwie, a dookoła latać będą bajeczne słowiki, śpiewając pochwalne pieśni na moją cześć .

Nie ma za co. To drobiazg.

Także przejdźmy do rzeczy.

Sposób I: Żarełko

Tomek po urodzeniu okazał się być małym klonem swojego taty. Absolutnie WSZYSTKO na jego mikrociałku można było odnotować, w większej wersji, na moim lubym. Nie było NIC, co mogłabym uznać za „swoje”. Oczy, uszy, usta, miny, gesty a nawet paluszki na małych stópkach – Mariusz w wersji kieszonkowej. Czułam lekką frustrację po 9 miesiącach ciąży, 7 godzinach porodu oraz wielu nieprzespanych godzinach na karmieniu i lulaniu, że to małe słodkie stworzenie wizualnie nie za bardzo się ze mną identyfikuje.
I, w końcu, odkryłam, że Tomek, ma coś po mnie – kocha jeść w równie dużym, o ile nie większym, stopniu co jego mamusia. Wystarczy, że gdzieś, przez nanosekundę, synek znajdzie się w okolicy (nawet nie bezpośredniej) mojej piersi, od razu jego źrenice kurczą się do rozmiaru główki od szpilki, w kącikach ust pojawiają się pierwsze krople śliny, a z buzi wydobywa się okrzyk bojowy nawołujący do ataku.

Jak tylko dopadnie swojej ofiary, od razu zmienia się nie do poznania – jest łagodny jak baranek, przytulaśny i generalnie najkochańszy mały rekinek na świecie.
Kiedy zestawiam karmienie z wyciszeniem, szumem i delikatnym światłem, sukces mamy prawie murowany.

Czasami niestety jednak to nie działa. Wtedy wchodzą pozostałe metody.

Sposób II: Kołysanki

W sytuacji gdy popyt przerasta podaż, trzeba szukać szybkich rozwiązań. I spokojne, powtarzalne zwrotki kołysanek powinny działać kojąco.

I pewnie działają.

Tylko nie na naszego pierworodnego. Dlaczego zatem uznałam to za skuteczny sposób?

Zawsze kiedy nie działa sposób pierwszy, przechodzę do wałkowania „Na Wojtusia z popielnika”. Śpiewam to w kółko, przez 30 minut do 2 godzin. Po drodze napotykam kolejno:
– spokój
– rozbudzenie
– zaciekawienie
– zaczepianie (poprzez plucie)
– zniecierpliwienie
– rozpacz
– dziką rozpacz
– czarną rozpacz
– pełne wyrzutu piski
– rozpacz
– uspokojenie
– marudzenie
– sen

I cokolwiek by się nie działo, ja dalej spokojnie piłuję Wojtusia. Po takiej walce pierworodny przeważnie śpi już do samego rana.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak, zdarzają się noce kiedy sposób drugi nie przynosi efektu. Wtedy przechodzę do kolejnego półsposobu.
Pół, bo rzadko się zdarza, że wtedy Tomek zasypia, ale jest dobrym podłożem pod kolejną metodę.

(Pół)Sposób III: Zmęczenie przeciwnika

Tutaj pozwalam sobie na absolutny spontan. Robię to co mi przyjdzie do głowy. Tańczymy, bawimy się, wygłupiamy, przedrzeźniamy, rozmawiamy (po swojemu), ćwiczymy… Cokolwiek! Byle mały się zmęczył.

Przeważnie mała krewetka doskonale się bawi przez jakieś 5 minut, po czym zaczyna płynnie przechodzić do dzikiej rozpaczy. Wtedy mam dwa wyjścia, albo wrócić do sposobu nr I (na tyle na ile pozwalają mi możliwości przerobowe moich piersi), albo przejść do sposobu odkrytego przez mojego męża.

Sposób IV: Leżące rodeo na kolanach

Absolutna bomba w usypianiu. Kiedy pierworodny jest już zmęczony, ale jego buntownicza natura nie pozwala mu na coś tak nudnego jak sen, mój mąż podąża z odsieczą.

Kładzie rekiniątko na swoich kolanach, główką do dołu i zaczyna delikatnie podrygiwać.

Uwierzcie mi, to jest absolutna petarda!

Działa niemal w każdej sytuacji. Dziecko zasypia w mniej niż 5 minut. I jedyne co trzeba później zrobić to, przenieść młodzież do łóżeczka, a następnie wytrzeć kałużę śliny z miejsca, nad którym wisiała przed chwilą główka.

Mariusz jest tak zachwycony swoim odkryciem, że postanowił w przyszłości napisać o swojej autorskiej metodzie książkę. Najpierw jednak chce przetestować ją na reszcie naszego przyszłego narybku.

W każdym razie ja już polecam – Szarasia.

Poniżej sposób IV w praktyce:
20161021_193136

Jak widać – działa.

Featured

Z cyckiem na talerzu – czyli krótko o karmieniu

Wiem…
Nie było notki na blogu ponad tydzień.
Notki nie było z prostego powodu.

Rozpaczy.

Rozpaczy mojej głębokiej. Rozpaczy takiej, że nie wyłaniałam się ze swojej podkołdernikowej norki nawet na sekundę. Mariusz podawał mi tylko dziecko do zaaplikowania mu dziennej racji żywnościowej oraz od czasu do czasu rzucił mi jakąś paszę.

Tak. Paszę. Bo moja rozpacz związana była właśnie z jedną z moich najukochańszych pasji – żywieniem mojej osoby.
Przy okazji ostatniej wizyty z pierworodnym u lekarza, wspólnie z pediatrą odkryliśmy, że dzieje się coś niedobrego ze skórą malucha. Krótki wywiad, oględzinki i mamy werdykt. Atopowe zapalenie skóry. Mały prawdopodobnie uczulony jest na białko mleka krowiego i parę innych rzeczy.

No ok Pani doktor, co mamy w takim razie robić?

Otóż nic nadzywczajnego. Musi Pani przejść na dietę…

… Dietę…

To słowo odbijało się w mojej głowie jeszcze przez długi czas, kiedy sympatyczna pani pediatra wymieniała mi czego jeść nie mogę. W sumie prościej byłoby wymienić jej co jeść mogę: chrust, kurz i moje łzy..

Także z racji tego, że dostałam bana na wszystko co lubię, postanowiłam obrazić się na świat i zamknąć się w swojej bazie okalanej poduszkami, kocami i kołdrą. Obraziłam się też na Mel B, bo w niczym mi ta wariatka nie pomagała, a tylko wkurzała… No i skąd tu brać energię, jak się żywi ściółką leśną?

Ale, że jest to powiązane dosyć ściśle z karmieniem piersią, postanowiłam uzewnętrznić się na forum publicznym z moim zdaniem na ten jakże kontrowersyjny temat. Dokładniej na temat karmienia piersią w miejscach publicznych.

Zanim zostałam pełnoetatową mleczarnią, moje zdanie było dosyć liberalne. Nie przeszkadzało mi to, chociaż dziwiłam się dlaczego co poniektóre panie mamy, tak jakby na siłę chciały pokazać otaczającemu je światu, że tak, one karmią piersią, tak, nie wstydzą się zerwać z siebie koszuli na forum i udostępnić dziecku swej kształtnej piersi, tak, są w stanie wykarmić dziecko własnym pokarmem, tak, są najwspanialszymi matkami w związku z tym…

Byłam wręcz lekko poirytowana tym, swego rodzaju, kultem naturalnego karmienia. Na szkole rodzenia, położne przedstawiały to wręcz tak, że TYLKO naturalne mleko jest akceptowalne, że trzeba robić WSZYSTKO aby dziecko jadło z piersi, i jeżeli zależy nam na tym by dziecko rosło zdrowe i mądre to należy przez MINIMUM pół roku karmić je WYŁĄCZNIE piersią, bo inaczej dupa blada… Automatycznie pojawiła się we mnie myśl, że powinnam uznawać siebie za chorą i głupią, bo moja mama, miała czelność karmić mnie mlekiem modyfikowanym. I chyba nawet argument, że najzwyczajniej w świecie pokarmu nie miała, a podejście do karmienia piersią w tamtych czasach było zgoła inne, nie przemówiłby do serca tej prolaktacyjnej sekcie.
W związku z tym i wieloma publikacjami, którymi raczyłam się przed porodem, byłam w ciągłym stresie, czy ja dam radę wykarmić moje dziecko. Czy zdam ten egzamin na „dobrą mamę”?

Kiedy już mały wyszedł na świat, okazało się, że większość moich obaw nie miała racji bytu. Ale to nie sprawiło, że nagle stałam się fanką karmienia piersią. O nie. Parę razy byłam wręcz bliska porzuceniu swoich postanowień i przejściu na sztuczne mleko. Laktacja u mnie przechodziła bardziej niż boleśnie. Przy każdym dostawieniu Tomka, ja odkrywałam w sobie bratnią duszę Mariah Carey z wchodzeniem na coraz wyższe oktawki. Mariusz starał się za każdym razem jakoś mnie zdekoncentrować, ale ja konsekwentnie skupiałam się na swojej niedoli. Mimo to, uznałam, że wielkim nietaktem byłoby gdybym nie skorzystała z tego, że mogę karmić piersią, dlatego postanowiłam nie rezygnować tak łatwo. Wszelkie bolączki przeszły, na szczęście, po 2 miesiącu życia pierworodnego i teraz nie ma nic cudowniejszego niż widok małej pijawki, która z taką radością dopada do piersi jakby to właśnie ona była portalem do cudownego świata mlekiem i miodem płynącego…
Mimo wszystko, całkowicie rozumiem i daleka jestem od piętnowania kobiet, które karmić nie mogą lub, najzwyczajniej w świecie, nie chcą.

Co do karmienia w miejscach publicznych… Coś się w kobiecie po porodzie zmienia, oprócz kilku dodatkowych wałeczków i rozchwiania emocjonalnego. Pewne hamulce moralnego zachowania puszczają. Dlatego nie mamy problemu z tym by rozmawiać przy posiłku o kolorycie i konsystencji kupki swojego dziecka, żyć normalnie z lekko ubrudzonymi okryciami od ulewek, bez jakiegokolwiek obrzydzenia wycierać dziwne płyny wylewające się z różnych otworów niemowlaka i nie mamy też problemu z publicznym karmieniem piersią. Oczywiście, może nie jest to do końca komfortowa dla nas sytuacja, ale też nie budzi to jakiegoś paraliżującego wstydu.

Mimo wszystko, będąc w miejscu publicznym, kiedy młody zaczyna wyraźnie artykułować, że mamo sorry, ale nie jadłem już jakieś 25 minut, nie uważasz, że to lekka przesada, helloł… staram się brać pod uwagę otoczenie i to, że nie każdy ma ochotę patrzeć na to czym obdarowała mnie natura. Szukam wtedy jakiegoś przytulnego kącika, nakrywam się lekko chustą i karmię.

Ale sorry, umówmy się, jest pewna grupa ludzi, która w takiej sytuacji zachowuje się jak dzika zwierzyna na odpuście w Januszkowie Wielkim. Automatycznie wyłapują kawałek nagiej skóry i patrzą się bliżej niezidentyfikowanym wzrokiem tak jakby jeszcze nigdy, never ever, nie widzieli 5 cm gołej (!!!!) piersi. Przeważnie są to panowie w przedziale wiekowym 50+, co wywołuje automatyczną zniesmaczoną reakcję ich połowic, które to głośno później komentują, że olaboga świat schodzi na psy, że cóż to za brak ogłady, i mój osobisty faworyt: kobiety z takim małym dzieckiem to w domu powinny siedzieć, a nie wałęsać się po mieście świecąc cycami tu i tam. Cóż…zdążyłam się już na takie argumenty całkiem nieźle uodpornić. Nie zmienia to jednak faktu, że jak restauracja, lub inne dosyć oblegane miejsca, jak centra handlowe, dysponują pomieszczeniem dostosowanym do spokojnego karmienia piersią, moje serce raduje się jak hipster na widok Starbucks’a, wokół mnie zaczynają wesoło patatajać jednorożce, a nad moją głową pojawia się jaskrawa tęcza w najpiękniejszych kolorach, jakie przyszło widzieć człowiekowi.

Także powoli zaczęłam robić sobie mały ranking miejsc przyjaznych kobiecie karmiącej i z chęcią zapoznaję się z innymi.

Tymczasem poniżej wrzucam wcale nie roznegliżowane zdjęcie autorstwa M. Wegner, ukazujące, że karmienie piersią może być całkiem estetyczne i (szok szok szok!) piękne 🙂

www.uwstudio.eu (20).jpg

Featured

Szkoła życia, czyli jak przetrwać chrzciny

Zastanawiam się jak to jest, że los tak przewrotnie sobie z nami, od czasu do czasu, poczyna.
No bo, jak inaczej nazwać fakt, że tak skrajnie różne jednostki jak ja i mój mąż, trafiły na siebie i postanowiły spędzić ze sobą resztę życia, sprowadzając na świat liczne potomstwo?
Czasem sobie myślę, że miałam być tą kłodą rzuconą pod supermęskie nogi mojego męża, coby mu nieco utrudnić dotychczasowa egzystencje, a Mariusz miał tę kłodę, czyli mnie, przeskoczyć i pognać dalej, a on zaskakująco uznał to za życiowe wyzwanie i wziął mnie, jako tę kłodę, do wybudowania tratwy, aby wypłynąć na głębsze wody, i tak wspólnie dryfować po oceanach naszej egzystencji do końca świata, na co ja, kłoda życia Mariusza, przystałam z ochotą…

Tu daje Wam, drodzy czytelnicy, minutkę na zatrzymanie sie nad powyższym zdaniem i pozachwycanie sie metaforą i symboliką w nim zawartych….

Już?

Świetnie.

Jedną z wielu rzeczy jakie nas różnią jest poziom organizacji. Mariusz potrafi wszystko zaplanować od A do Z, przewidując wszelkie sytuacje, które:

– mogą,
– mogą a nie muszą,
– prawdopodobnie się przydarzą,
– przydarzą się na pewno

I wymyśla też rozwiązania na te sytuacje, a nawet po kilka rozwiązań.

Ja natomiast za sukces życia uznaję sytuację, w której uda mi się zaplanować obiad na kolejny dzień, a za spektakularny sukces życia, jak uda mi się ten plan zrealizować.

W związku z tym, odnosząc sie do poprzedniej notki postanowiłam sie zmienić. Bo zestawienie takiego nieogarka (czyt. Ja) z Mistrzem wszelkiej organizacji (czyt. Mariusz), było przykrym widokiem i wzmagało w ludziach potrzebę zapytania, pod jaki numer wysłać sms o treści „pomagam” żeby jakoś zniwelować ten dysonans w poziomie organizacji.

Doskonałym egzaminem z życia okazał się dzień chrzcin naszego pierworodnego.
Nasza dwójka poważnie podeszła do tematu. Byliśmy, zwyczajem Mariusza, przygotowani na każdą ewentualność…

Tak nam sie przynajmniej wydawało…

Otóż, w swoim kajeciku na zapiski  nowej, zorganizowanej Szarasi, miałam zanotowane wszystko, co po kolei zrobić, tak by obyło sie bez wpadek.
I tak, dzień rozpoczynać sie miał od pobudki i odciągnięcia mleka, coby mieć na później i nie świecić gołym cycem w miejscu świętym. Następnie miałam obudzić pierworodnego, nakarmić i zorganizować mu zajęcia tak, by nie zasnął do wyjścia.
W międzyczasie śniadanko, kąpanko, malowanko, przebieranko itp.

Dziecko zasnęło już w 2 godziny po przebudzeniu. Ale nic tam. Chwilkę się prześpi, nic sie nie stanie.

Nadchodzi godzina wyjścia, Młody wystrojony, awaryjne eleganckie ubranko spakowane, wszelkie przybory niezbędne, jak grzechotki, misiaki i telefon z wgranymi białymi szumami zapakowane. My, rodzice, piękni i pachnący. Ja jeszcze dziecko przed wyjściem nakarmię, bo ładnie zaśnie…

Jedziemy. Dziecko w ryk. Także śpiewamy mu Ogórka w wersji: głęboka depresja (wooooooolno i rozpaczliwie) a w tle wesoło przygrywają nam odgłosy macicy (jedna z wersji białego szumu). Podjeżdżamy pod kościół? Dziecko usypia… uff…

Stoimy pod kościołem, cmok cmok, jaki ładny, jaki duży, ochy i achy otulają nas niczym mgiełka drogich i ekskluzywnych perfum, dzięki którym czujemy sie jak VIPy na gali rozdania nagród za bycie fajnym.
No nic. Wchodzimy do kościoła. Dziecko śpi jak mały aniołek. Podchodzi do nas ksiądz i mówi, że jakby Mały zaczął płakać głośno, to żeby zabrać go do zakrystii i uspokoić. Ok, ok  proszę księdza, Tomek śpi, więc nie będzie potrzeby…

Otóż była.

Msza się rozpoczęła. Dziecko jak zaprogramowane oczy w pięciozłotówki i w ryk. Mariusz próbuje niezawodnego sposobu- gałęzi (dziecko przewieszone przez rękę). Zawiodło. Lulamy, podśpiewujemy, dajemy smoczka. Tomek wykazuje klasyczne objawy wścieklizny. W końcu ksiądz, w trakcie kazania, sugeruje nam przejście do zakrystii.
No to ja myk myk, dziecko pod pachę i juz nas nie ma.

Pierworodny drze sie coraz głośniej. Nie wzięłam ze sobą nic a juz tym bardziej butelki z mlekiem.
No nic, znajduję zydelek, siadam w kąciku i karmię… karmię… karmę… a Mały nawet na sekundę nie chce sie odczepić. Wchodzi Miłość mojego życia. Dziecko w końcu mnie uwalnia, biorę go do odbicia i juz czuje, ze zbliża sie najgorsze.
Mówię:
– Kotek, chyba będziemy musieli go przebrać
Kotek patrzy na mnie z niedowierzaniem
– Tutaj?? Chyba wytrzyma do końca mszy…

I w tym momencie zagrzmiało. I nie, nie był to Gniew Boży. To nasze pierworodne strzeliło w pieluchę dzieło swojego niespełna trzymiesięcznego życia.
Sytuacja była dosyć poważna, bo powoli na widok publiczny zaczęły wychodzić brudy naszego syna, dlatego jako rodzice musieliśmy działać szybko i sukcesywnie.

Tutaj bardzo przydały się nasze umiejętności działania zespołowego. Mariusz na szybko zorganizował prowizoryczny przewijak i wyleciał z zakrystii do samochodu, gdzie znajdowała się druga kreacja „na wszelki wypadek”. Ja w tym czasie doprowadzałam dziecię do względnego porządku. Mariusz, w drodze powrotnej, zdążył załapać się jeszcze na przyjęcie komunii (swoją drogą, nieźle to sobie nasz synek wykalkulował) i przybiegł z zestawem awaryjnym.

Tym sposobem, wyszliśmy z zakrystii akurat na ogłoszenia parafialne.

Poza tym, jakże spektakularnym, incydencie, reszta dnia przebiegła we względnym spokoju.

Także, co tu dużo mówić… Poniekąd udało nam się zapanować nad sytuacją kryzysową, a nawet wzbogaciliśmy się o kolejne rodzinne doświadczenie, jakim jest karmienie oraz zmiana ekstremalnej pieluchy w kościele.

Brawo my!

Aż strach myśleć o pierwszej komunii…

 

 

 

Poniżej: spokojne i szczęśliwe dziecko w kreacji numer 1

20160902_093821

Featured

O zmianach słów kilka

Zmieniam się.

Tak. Macierzyństwo oraz ponad roczne życie w małżeństwie, przymusiło mnie do zmian. A właściwie nie przymusiło, a wzmogło we mnie potrzebę ograniczenia swojej nieogarniętości.

Tym więc sposobem, postanowiłam, że oprócz wprowadzenia większego ładu w swoje życie codzienne, zacznę, a przynajmniej podejmę próbę, pisać na bloga częściej. Może nawet pokuszę się o pewną formę systematyczności, ale nie wiem czy to nie będzie już zbyt potężna zmiana jak na mój prokrastynacyjny organizm. Się zobaczy, jak to mawiają.

Jako blogująca mama z całym arsenałem atrybutów macierzyństwa, pod postacią wiecznie zimnej kawy, odzieży zalanej mlekiem oraz potężnym plecakiem „dobrych rad” uzbieranych przez niespełna 3 miesiące, zasiadam do planowania moich zmian.

I tak. Po 2 miesiącach dopingowania (z tabliczką czekolady w jednej ręce i zimnym kotletem w drugiej) tych biednych ludzi, którzy pocą się ćwicząc z  Mel B, postanowiłam odstawić węgle i powylewać z  siebie wszelkie płyny ustrojowe czyniąc to samo. I tak po 5 minutach rozgrzewki mam wrażenie jakbym dwukrotnie przebiegła maraton, serduszko stuka mi w rytmie drum and base, pot tworzy urokliwą kałużę na podłodze a ja sama leżę i staram się zapomnieć o tym, że moje ciało ma funkcję przemieszczania się. Ale ok. Dzisiaj rozgrzewka, jutro cały trening. W końcu nie od razu Radom zbudowano… czy coś w tym kierunku.

Niestety następny dzień wita mnie dosyć ponuro. Wytaczam się z łóżka. Przecież nie wychodzę, bo nie umiem. W sensie umiem, ale nie mogę, bo po rozgrzewce z byłą spicetką doznałam skrętu karku i absolutnie nie mogę poruszyć szyją. Moja motoryka jest bliższa foce niż zwinnej gazeli, ale ruszyć się trzeba. Tak więc na spacerze z pierworodnym jestem łakomym kąskiem dla lokalnych złoczyńców czających się na zawartość mojej torebki. Jakby taki rzezimieszek chciał nabyć jedną z bazyliona grzechotek, zabawek, smoczków czy gryzaczków znajdujących się w mojej tytce – nic prostszego, wystarczy zakraść się do mnie od lewej strony i brać jak rolnik dotacje. Po pierwsze nic bym nie zauważyła, bo szyją ruszyć nie potrafię, po drugie nawet jakbym zauważyła, zapewne udałabym, że nie widzę, albowiem wymagałoby to ode mnie reakcji, a tego wolałabym uniknąć w obecnym stanie.

Oto i ja- Janusz sportu i fitnessu. Jeden dzień ćwiczeń (hoho! 8 minut rozgrzewki urasta u mnie do rangi całego dnia), a ja natychmiast staję się jednostką niezdolną do jakiejkolwiek formy życia. A mawiają, że sport to zdrowie…

Nic tam. Jedna jaskółka Chodakowskiej ze mnie nie uczyni. Nie poddaję się i wprowadzam dalsze zmiany.

Aż strach się bać…

 

Poniżej: poziom organizacji level Asia… ważne żeby nie zgubić dziecka…20160711_143306

Featured

Porodówka II (ostateczne starcie)

Postawiona przed wyborem: drzemka, prysznic, czy pisanie, postanowiłam ukoić skołatane nerwy moim wiernym czytelnikom i płodzę tę oto notkę.
Mężczyźni na spacerze, więc ja korzystam z nadarzającej się okazji dwóch całkowicie wolnych dłoni oraz dziwnej lekkości u piersi wynikającej z deficytu małego ssaka wiszącego na nich. Przeważnie ten czas wykorzystuję na sen, ale tym razem postanowiłam się poświęcić i jako zapalona blogerka mam nadzieję, że świat Internetu doceni moją heroiczną postawę i wybije mnie na szczyty wszelkich rankingów popularności blogów parentingowych (ha! Oficjalnie jestem rodzicem, więc nikt mi nie zarzuci, że staram się wbić na nie swój rynek). Nie no żart. W moim mniemaniu już dawno osiągnęłam spektakularny sukces wszechczasów tym, że jestem prawie bliska jakiejś systematyczności.

Ale nie o tym.

Jak można się domyślić po tytule, dzisiaj pochylę się ponownie nad kwestią porodu, ale tym razem nie z perspektywy aktywnego słuchacza. Dzisiaj historia będzie o wiele bardziej mroczna… I bolesna.

Mój poród….

Ok. Nie było szczeniaczków. Nie było też żadnych pand, wombatów, jelonków, fok ani żadnego innego uroczego stworzenia… No może finalnie poza jednym.

Co zatem było?

Szok, strach i niedowierzanie.

Serio. W swojej naiwności myślałam, że mój poród, z racji tego, że będzie to MÓJ poród, przejdzie leciutko. Myślałam, że będzie to bardziej formalność i dziecko w kilku zgrabnych parciach pojawi się na świecie w przeciągu paru… no może parunastu minut.

Otóż nie.

Poród trwał 7 godzin. I może to nie był rekord świata, ale w przeciągu tego czasu cierpliwość Mariusza do mojej osoby została wystawiona na poważną próbę. Bo to nie wyglądało tak, że ja natchniona mocą zbliżającego się macierzyństwa walczyłam w pocie czoła o sprowadzenie naszego pierworodnego na świat, a Mariusz rozsiadł się w bujanym fotelu i pykając kubańskie cygaro, komentował, jaki ten cud narodzin jest niesamowity. No nie. W sumie, ostatecznie to nie wiem kto z naszej dwójki wyszedł z porodówki bardziej styrany.
Już w pierwszym kwadransie od momentu, w którym podana oksytocyna zaczęła powolutku siać spustoszenie w moim organizmie (głównie w głowie) można było śmiało zakwalifikować mnie pod zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Ale to tylko w początkowej fazie porodu, kiedy miałam jeszcze siły na wykazywanie pozytywnego pobudzenia.

Także potrafiłam płynnie przechodzić od płaczu, przez wściekłość aż do śmiechu i zadowolenia, że to wszystko takie niesamowite i piękne. Niestety o ile ja czułam się całkiem swobodnie w swoich zmiennych stanach, o tyle Mariusz przechodził prawdziwą szkołę życia. I to taką szkołę dla jednostek służb specjalnych z tarzaniem się po podmokłych terenach, strzelaniem do wroga i odratowywaniu konających partnerów. Jako, że to ja towarzyszyłam mu w tym jakże edukacyjnym doświadczeniu z pełną odpowiedzialnością i świadoma swoich decyzji wystawiam mu absolutnie najwyższą notę. Są dwie możliwości jak skończyłaby się ta przygoda gdyby nie obecność mojego Męża:

  1. Rodziłabym do dzisiaj
  2. Pozbierałabym swoje zabawki i wyszła z porodówki nie mówiąc nic nikomu, licząc na to, że dziecko postanowi jednak jeszcze trochę się wstrzymać… Rok, dwa, no góra 5 lat.

Na szczęście tak się nie stało i w naszym życiu pojawił się On.

Tomasz Aleksander.

Najsłodsza istotka na świecie.
Kiedy przyszedł na świat pachniał jak rybka. Serio. Ale nie jakiś obleśny  nadmorski dorsz, tylko najpiękniejsza i najsłodsza, śpiewająca rybka z bajek Disneya.
Taka mała bezbronna paróweczka.
Taki nieskoordynowany robaczek.

Wszystkie koale, pandy, wombaty, wydry trzymające się za łapki, alpaki, a nawet jamnicze szczeniaczki, niestety musiały oddać palmę pierwszeństwa jeżeli chodzi o słodziakowatość. Tomaszek skradł nasze serca w pierwszej sekundzie swojego życia. Nie znaczy to jednak, że wyżej wspomniane istotki mnie nie ruszają. Owszem cały czas potrafię z oczami wypełnionymi łzami wzruszenia oglądać filmiki na jutubie z wyżej wymienionymi. Po prostu robię to krócej (mniej więcej o jakieś 8 godzin dziennie).

Także tego…

Chyba jednak koncepcja bloga delikatnie się zmieni…

A zdjęcie naszego Skrzata autorstwa M. Wegner z UW Kreatywne Studio

www-uwstudio-eu-27

Featured

Porodówka

Wiem już czego nie powinna robić pierworódka. Być może nawet i bardziej doświadczona ciężarówka też nie powinna popełniać błędu, jaki ja żem popełniła.
Oczywiście o konsekwencji swoich mało przemyślanych czynów dowiadujemy się kiedy jest już za późno, kiedy nie ma już ratunku.
Także leżę. Leżę na porodówce na obserwacji, bo coś mnie tknęło w 39 tygodniu ciąży, że nasze małe szczęście coś niemrawe jak na siebie. Na rejestracji zbadali, pomacali, obejrzeli pod specjalistycznym sprzętem. Jest diagnoza- małowodzie, łożysko brzydkie- zostawiamy na obserwacji.
Normalnie raczej bym się obraziła po tej krzywdzącej ocenie moich wnętrzności, ale moje doświadczenia w byciu ciężarną ograniczają się do jednej ciąży, więc sprawa wydała mi się poważna i przyjęłam krytykę z pokorą.
Poza tym, zawsze w moim nie do końca prostym umyśle, pobyt w szpitalu kojarzył się z szybką akcją i gdzieś tam zatliła się we mnie nadzieja, że oto może już za parę godzin zniosę to jajeczko.
Otóż nie.
Godzina 00:30 w radyjku u położnych gra sobie Zbigniew Wodecki zapowiadając nam rychłe i ekscytujące spotkanie ze śmiałą, zwinną, rezolutną Mają, a na końcu korytarza ktoś morduje kobietę. Ktoś bez pardonu obdziera ją ze skóry, bezczelnie pokrzykując na ten akustyczny obraz nędzy i rozpaczy słowami „dajesz dajesz dajesz!! Już końcóweczka!!”. Jej odpowiedzi zdają się natomiast przeczyć tej teorii, ponieważ do moich delikatnych uszu docierają słowa powszechnie uznawane za mało literackie, i przyprawione są głośnym nawoływaniem, błaganiem wręcz, o litość.
Także ja leżę. Leżę i myślę, czy mnie też to czeka? Czyżby moja teoria, traktująca poród jako miłe spotkanie towarzyskie okraszone rozkosznym popiskiwaniem jamniczych szczeniaczków, okazywało się mieć hipotezę alternatywną, że oto może być zgoła inaczej? I nie czekając na odpowiedź, ja już wiem, że popełniłam błąd. Było siedzieć na dupie w domu i czekać aż akcja porodowa sama się rozhuśta. Wtedy wszystko szło by zgodnie z planem. Nawet jakbym usłyszała wtedy, to co usłyszałam zeszłej nocy, wiedziała bym, że nie ma już odwrotu. Że wrota sali porodowej zaraz otworzą się i dla mnie i będę postawiona przed faktem dokonanym. A tak? Leżę w łóżku i obczajam kątem oka ścieżki ewakuacyjne. Leżę w twardym łóżku, odziana w koszulę, która pamięta zapewne narodziny Nerona, podpięta pod pierdyliardy kabli, wsluchuję się w różnego rodzaju dźwięki porodówkowej codzienności i nie wiem absolutnie nic.
Położne z kolei pilnują swojego oddziału niczym stado sklonowanych Cerberów nie pozwalając nawet nosa wetknąć na sale zatroskanym mężom. Mój co prawda zawsze w takich sytuacjach wykazuje się sprytem liska chytruska, przedostając się do mnie każdą możliwą szczeliną, wykorzystując każdą nanosekundę nieuwagi położnych. Bardzo podnosi mnie to za każdym razem na duchu i bardzo krwawi mi też serduszko jak za chwilę pojawia się Strażnik Porodówki, pod postacią niewysokiej pielęgniarki, który na momencie wyprasza Miłość Mojego Życia z oddziału…
O godzinie 4:23 przychodzi przesympatyczna studentka, która proponuje mi prysznic i ponowne podłączenie pod ktg. Nie powiem, super jest słuchać co tam u Maleństwa się dzieje, ale leżenie w bezruchu przez ponad godzinę w najmniej wygodnej pozycji, bo tylko w takiej łapiemy sygnał, nie bardzo wpisuje się w moją definicję dobrostanu pacjentki. Z drugiej jednak strony, mogłam siedzieć w domu, na zacnych swoich czterech literach i zajadać się czereśniami, czekając aż nasze małe cudo samo raczy oznajmić nam, że oto nadchodzi. Nie mam zatem prawa narzekać, bo sama ten alarm wszczęłam. Cierp ciało co chciało!
Z sali gdzie obdzierają kobietę ze skóry, dobiega mrożący krew w żyłach wrzask, który nijak kojarzy się z cudem narodzin. Bliżej mu do rytualnych afrykańskich egzorcyzmów. Chwila ciszy i dociera do mnie dziwnie kojący pisk nowego obywatela Ziemi.
Wow…
Stado niewidzialnych mróweczek przebiegło mi przez plecy….
Już nie mogę się doczekać!!!
ES-System-PIKTOGRAM-WYJSCIE-W-PRAWO-DOL-MONITOR-1-9693041

Featured

Pułapki ciążowego umysłu

Ok. Pokpiłam sprawę na całej linii. Mogłabym znaleźć co najmniej tuzin wymówek, dla których nie pisałam notek, ale prawda jest taka, że po prostu złapała mnie choroba cywilizacyjna, zwana prokrastynacją. Odkładałam pisanie na kolejny tydzień i tak – przeleciała mi prawie cała ciąża…

Cóż.. konsekwencja nigdy nie należała do moich mocnych stron…

W obecnej sytuacji zapewne łatwiej będzie mi odczekać tych parę tygodni (w założeniu 4) i zestawiać wiedzę teoretyczną z praktyką… Albo w ogóle pokusić się o zmianę pierwotnych założeń, jednak póki co, z racji, że przez stan błogosławiony, ośrodek decyzyjny w mojej głowie (który nigdy nie był szczególnie rozwinięty) jest w stanie spoczynku – pozostanę przy dotychczasowej formule.

W tym miejscu pragnę uczcić minutą ciszy znaczną część moich szarych komórek, które zginęły śmiercią tragiczną pod wpływem potopu ciążowych hormonów, którymi były brutalnie traktowane przez ostatnie 8 miesięcy. Nie wiem czy jest to ogólnie założona norma, czy też tylko wybitne jednostki, takie jak ja, doświadczają totalnej regresji w okresie ciąży, ale momentami mój brak jakiegokolwiek pomyślunku, ciągłe zaniki pamięci czy też intensywne i bardzo konsekwentne unikanie jakiegokolwiek wysiłku umysłowego- bywają bardzo uciążliwe. Pragnę też, w tym miejscu, podziękować mojemu Mężowi za heroiczną, w tej sytuacji, cierpliwość do mojej niezgrabnej osoby. Nigdy nie należałam do istot poruszających, wysławiających i ogólnie cechujących się szczególną gracją czy też obyciem towarzyskim, ale teraz praktycznie każda próba zrobienia chociażby minimalnego dobrego wrażenia okazuje się być katastrofalna w skutkach.
Nie wiem… Może kobiety w ciąży z tak zaawansowanym stopniem regresji powinny być siłą eksportowane na jedną wyspę (odpowiednio oddaloną od rozwiniętych cywilizacji… tych nierozwiniętych zresztą też), gdzie mogłyby w spokoju, bez żadnych tam wstydów czy fałszywych skromności,  epatować swoim chwilowym (żywię ogromną nadzieję, że tak właśnie jest) deficytem logiki i organizować sobie codzienny festiwal absurdu.

Każdego dnia wspinam się na wyżyny swoich intelektualnych możliwości, jednak wędrówka ta wydaje się być wysiłkiem porównywalnym z próbą wytłumaczenia kobiecie czym jest spalony- niby możliwe a i tak kończy się pytaniem „ale jak?”. Także ja się codziennie wspinam i upadam boleśnie na cztery litery. Pal sześć, że mi się obrywa, ale naturalnie prowadzona instynktem podczas upadku, łapię się najbliższego mi obiektu, ciągnąc go ze sobą w otchłań. Tym sposobem w swoją wesołą karuzelę całej gamy emocji wciągam mojego kochanego Męża, który z godnością i jakże wielkoduszną cierpliwością znosi każdy mój, nawet najgłupszy, wybryk. Od wszczęcia (przeze mnie… no bo przez kogo by innego) alarmu, na pół klatki schodowej, że drzwi od domu nam się zacięły z natychmiastową próbą znalezienia rozwiązania palącego problemu, jak chęć otworzenia drzwi sposobem alternatywnym- siekierą, bez uprzedniej próby otworzenia zamka kluczem. Czy też skrzętne planowanie weekendowego wypadu na festiwal baniek mydlanych w pobliskiej miejscowości, gdzie Mąż jako człowiek kochający organizacje wszelkiego rodzaju aktywności, rozpoczął szeroko zakrojoną kampanię promocyjną owego wyjścia, wśród naszych znajomych, zbierając przy tym parę osób chętnych na ten rodzaj sobotniego odpoczynku. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że festiwal baniek owszem odbywa się w wyznaczonym terminie, ale nie w pobliskiej miejscowości a w mieście oddalonym od naszego o jakieś 250 km, u nas z kolei festiwal miał się odbyć owszem w sobotę, ale za 2 miesiące…

Nie znaczy to jednak, że się w ogóle nie rozwijam i nie przejawiam żadnej formy intelektualnego geniuszu. O nie nie. Potrafię wyczarować w kuchni (co prawda bez jakiejkolwiek premedytacji) nowe, zaskakujące potrawy takie jak bigos z brokuła, czy też najbardziej słoną jajecznicę jaką kiedykolwiek przyszło jeść człowiekowi (i znów rykoszetem odbija się to od mojego Wybranka Życia… Dziękuję Kochanie, że znosisz to wszystko, bez nawet najmniejszego cienia zwątpienia w moją osobę).
Zadaję też dużo pytań. Zwłaszcza podczas oglądania z mym lubym meczów piłkarskich, kiedy to całym swoim umysłem i ciałem stara się on być niemalże na boisku razem z naszą reprezentacją, a ja niczym ta okrutna Królowa Śniegu, odciągam jego serduszko od tych wizji, pragnąc zawłaszczyć je tylko dla siebie, zadając pytania typu:
– a czy ci panowie w żółtych kamizelkach co stoją za barierkami (stewardzi, dowiedziałam się) nie mogą nawet na chwilę spojrzeć na boisko? Co im grozi jak im się zakręci w głowie i przez przypadek staną tyłem do kibiców?
– czy temu piłkarzowi nie jest gorąco w tych rozpuszczonych włosach? Bo mi to by było strasznie gorąco, już jest… nie ma tu czym oddychać, przyniesiesz wiatraczek?
– czy trener absolutnie nie może przekroczyć tej narysowanej linii? Co się stanie jak przez przypadek wyjdzie z kojca na 3 centymetry? Dostanie czerwoną kartkę, czy schodzi do szatni?
–  Dlaczego drużyna z Madrytu podaje się za Emiraty? [podobno chodzi o jakiegoś sponsora… nie wiem… nie znam się]

–  PRZYPADEK PIŁKI RĘCZNEJ [Edit po konsultacji z mężem: okazało się, że nie oglądamy piłki ręcznej a SIATKÓWKĘ]
Ja: A to drużyny zamieniają się jednym zawodnikiem?
Mąż (wyczuwając intelektualną pułapkę z mojej strony, lekko niepewnym głosem odpowiada): jak to zamieniają?
Ja: No bo niebieska drużyna ma jednego w czerwonym, a czerwona drużyna jednego w granatowym…
Mąż (po chwili dużo mówiącej ciszy, w której zapewne analizował jak to się stało, że kobietą jego życia została istota pozbawiona jakiejkolwiek wiedzy na temat sportów zespołowych): to jest libero… ale fajnie, że pytasz…

Właściwie mogłabym tak wymieniać długo… Tylko po co? Chyba już dosyć obrazowo przedstawiłam stan mojego intelektu.

Co prawda czytałam o tym, że ciąża może powodować podobne symptomy, ale też, ku mojej ogromnej radości, stan ten przechodzi podobno chwilę po wypuszczeniu na świat swojego dzieła…
Jednak pełnoetatowe mamy, z którymi lubię się konsultować ostrzegają mnie, że to wcale tak różowo nie wygląda, jak przez cały dzień trzeba odnajdować dziką przyjemność w słuchaniu piosenek o wesołych jagódkach…

Coż…

Pożyjemy zobaczymy…
A poniżej wstawię swoje anielskie ciążowe zdjęcie, coby przykryć swoją intelektualną niedyspozycję, wizerunkiem matki opiekuńczej, strażniczki domowego ogniska… czy jakoś tak..
Fot. A.Olbrych
13275501_1292282164133224_93453461_o