Porodówka

Wiem już czego nie powinna robić pierworódka. Być może nawet i bardziej doświadczona ciężarówka też nie powinna popełniać błędu, jaki ja żem popełniła.
Oczywiście o konsekwencji swoich mało przemyślanych czynów dowiadujemy się kiedy jest już za późno, kiedy nie ma już ratunku.
Także leżę. Leżę na porodówce na obserwacji, bo coś mnie tknęło w 39 tygodniu ciąży, że nasze małe szczęście coś niemrawe jak na siebie. Na rejestracji zbadali, pomacali, obejrzeli pod specjalistycznym sprzętem. Jest diagnoza- małowodzie, łożysko brzydkie- zostawiamy na obserwacji.
Normalnie raczej bym się obraziła po tej krzywdzącej ocenie moich wnętrzności, ale moje doświadczenia w byciu ciężarną ograniczają się do jednej ciąży, więc sprawa wydała mi się poważna i przyjęłam krytykę z pokorą.
Poza tym, zawsze w moim nie do końca prostym umyśle, pobyt w szpitalu kojarzył się z szybką akcją i gdzieś tam zatliła się we mnie nadzieja, że oto może już za parę godzin zniosę to jajeczko.
Otóż nie.
Godzina 00:30 w radyjku u położnych gra sobie Zbigniew Wodecki zapowiadając nam rychłe i ekscytujące spotkanie ze śmiałą, zwinną, rezolutną Mają, a na końcu korytarza ktoś morduje kobietę. Ktoś bez pardonu obdziera ją ze skóry, bezczelnie pokrzykując na ten akustyczny obraz nędzy i rozpaczy słowami „dajesz dajesz dajesz!! Już końcóweczka!!”. Jej odpowiedzi zdają się natomiast przeczyć tej teorii, ponieważ do moich delikatnych uszu docierają słowa powszechnie uznawane za mało literackie, i przyprawione są głośnym nawoływaniem, błaganiem wręcz, o litość.
Także ja leżę. Leżę i myślę, czy mnie też to czeka? Czyżby moja teoria, traktująca poród jako miłe spotkanie towarzyskie okraszone rozkosznym popiskiwaniem jamniczych szczeniaczków, okazywało się mieć hipotezę alternatywną, że oto może być zgoła inaczej? I nie czekając na odpowiedź, ja już wiem, że popełniłam błąd. Było siedzieć na dupie w domu i czekać aż akcja porodowa sama się rozhuśta. Wtedy wszystko szło by zgodnie z planem. Nawet jakbym usłyszała wtedy, to co usłyszałam zeszłej nocy, wiedziała bym, że nie ma już odwrotu. Że wrota sali porodowej zaraz otworzą się i dla mnie i będę postawiona przed faktem dokonanym. A tak? Leżę w łóżku i obczajam kątem oka ścieżki ewakuacyjne. Leżę w twardym łóżku, odziana w koszulę, która pamięta zapewne narodziny Nerona, podpięta pod pierdyliardy kabli, wsluchuję się w różnego rodzaju dźwięki porodówkowej codzienności i nie wiem absolutnie nic.
Położne z kolei pilnują swojego oddziału niczym stado sklonowanych Cerberów nie pozwalając nawet nosa wetknąć na sale zatroskanym mężom. Mój co prawda zawsze w takich sytuacjach wykazuje się sprytem liska chytruska, przedostając się do mnie każdą możliwą szczeliną, wykorzystując każdą nanosekundę nieuwagi położnych. Bardzo podnosi mnie to za każdym razem na duchu i bardzo krwawi mi też serduszko jak za chwilę pojawia się Strażnik Porodówki, pod postacią niewysokiej pielęgniarki, który na momencie wyprasza Miłość Mojego Życia z oddziału…
O godzinie 4:23 przychodzi przesympatyczna studentka, która proponuje mi prysznic i ponowne podłączenie pod ktg. Nie powiem, super jest słuchać co tam u Maleństwa się dzieje, ale leżenie w bezruchu przez ponad godzinę w najmniej wygodnej pozycji, bo tylko w takiej łapiemy sygnał, nie bardzo wpisuje się w moją definicję dobrostanu pacjentki. Z drugiej jednak strony, mogłam siedzieć w domu, na zacnych swoich czterech literach i zajadać się czereśniami, czekając aż nasze małe cudo samo raczy oznajmić nam, że oto nadchodzi. Nie mam zatem prawa narzekać, bo sama ten alarm wszczęłam. Cierp ciało co chciało!
Z sali gdzie obdzierają kobietę ze skóry, dobiega mrożący krew w żyłach wrzask, który nijak kojarzy się z cudem narodzin. Bliżej mu do rytualnych afrykańskich egzorcyzmów. Chwila ciszy i dociera do mnie dziwnie kojący pisk nowego obywatela Ziemi.
Wow…
Stado niewidzialnych mróweczek przebiegło mi przez plecy….
Już nie mogę się doczekać!!!
ES-System-PIKTOGRAM-WYJSCIE-W-PRAWO-DOL-MONITOR-1-9693041

Reklamy

Już za parę dni… czyli o ostatnich dniach słów kilka…

Z czystej ciekawości, a tak naprawdę z wrodzoną nadwyżką narcyzmu, spojrzałam na ostatnie statystyki blogowe i zalała mnie natychmiastowa fala entuzjazmu porównywalna ze stanem, kiedy to Mąż przyniósł z zakupów papier toaletowy o zapachu kokosa. No no… 179 wyświetleń ostatniej notki, to już nie byle jaki wynik. Co prawda jakaś jedna trzecia wejść była nabita przeze mnie, ale i tak jestem pod wrażeniem ogromu tej liczby.
Od teraz możecie śmiało, z wypiekami na twarzy, śledzić rankingi największych polskich… khem… europejskich influencerów (nie do końca jeszcze odkryłam, dlaczego określenie „najbardziej wpływowi” zostało bezczelnie zgwałcone przez angielski odpowiednik, ale nie mi oceniać słuszność tej zmiany) i szukać mnie w pierwszej dziesiątce tejże elitarnej listy. To, że jeszcze mnie tam nie ma uznaję za klasyczny przykład niedopatrzenia, które z pewnością w najbliższym czasie zostanie naprawione.

Końcówka ciąży to czas szalenie skomplikowany dla całego otoczenia ciężarnej, ponieważ każdy nieznany dotąd objaw jest, naturalnie, interpretowany przez nią, jako ten, który rozpoczyna show zwane porodem. I tak w minionym tygodniu zdiagnozowałam u siebie 4 rozpoczynające się akcje porodowe, 2 odejścia wód płodowych, 5 skurczów partych, 3 razy czułam jak dziecko wychodzi oraz 7 razy dorzucałam kosmetyczkę do torby porodowej, która leży w pogotowiu już od 1,5 miesiąca…
…W większości przypadków okazywało się, że była to niestrawność, po ostatnim posiłku.

Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy dookoła są postawieni w stan najwyższej gotowości, a za całą część logistyczną odpowiada mój nieoceniony Mąż.
To już nie jest kwestia posiadania planów A i B. W przypadku Mariusza jest to posiadanie także planów C i D i E plus wyciągnięcie jeszcze 2 asów z rękawa. Dlatego też, ja tam czuję się całkiem bezpiecznie.
Niezależnie od dnia i godziny wiem, że dotrę na porodówkę w najkrótszym możliwym czasie, omijając wszelkie wyboje na polskich drogach, nie napotykając na żaden poznański korek, a na miejscu będą na mnie czekały zastępy lekarzy, położnych i pielęgniarek gotowych przyjąć na świat naszego Pierworodnego.  Poród natomiast przebiegnie całkowicie bezboleśnie, w fantastycznej atmosferze, gdzie wszyscy będziemy komentować aktualną sytuację geopolityczną, rozwiązywać problemy współczesnego świata oraz zasypywać się inteligentnym humorem, sącząc powolutku herbatkę z maleńkich filiżaneczek, a dookoła nas będą biegały małe jamnicze szczeniaczki, rozkosznie merdając słodkimi jamniczymi ogonkami i kłapiąc maleńkimi jamniczymi uszkami. Wiadomo.

Nie no żart. W Poznaniu są zawsze korki…

Tak naprawdę ostatnio, zostałam zaskoczona totalnie. Zostałam zaskoczona w sposób taki, że omal wody mi nie odeszły z wrażenia. Zostałam zaskoczona tak, że mój superbystry umysł nie był w stanie, nawet w najmniejszym stopniu, przewidzieć tego co mnie czekało. Otóż nasi najwspanialsi przyjaciele i znajomi zorganizowali nam najpiękniejsze niespodziankowe Babyshower ever (mówiąc nam mam na myśli mnie i pierworodnego, bo Mariusz był wtajemniczony i nawet słóweńkiem nie pisnął). Jestem tak bardzo pod wrażeniem całej logistyki i perfekcji organizacji, że nie jestem nawet w stanie opisać jak skrajne emocje mi towarzyszyły podczas momentu kulminacyjnego niespodzianki (śmiech, płacz, szok i niedowierzanie- to tylko ułamek tego, co działo się w mojej blond czuprynie).

Z tego całego niedowierzania, nie jestem w stanie napisać nic więcej, dlatego w ramach wtorkowej dawki szokującego szoku, wrzucę zdjęcie roznegliżowanej (!!!) pandy na bujaczku.

I jeszcze raz podziękuję.

Dziękuję ❤DSC_0904

Pułapki ciążowego umysłu

Ok. Pokpiłam sprawę na całej linii. Mogłabym znaleźć co najmniej tuzin wymówek, dla których nie pisałam notek, ale prawda jest taka, że po prostu złapała mnie choroba cywilizacyjna, zwana prokrastynacją. Odkładałam pisanie na kolejny tydzień i tak – przeleciała mi prawie cała ciąża…

Cóż.. konsekwencja nigdy nie należała do moich mocnych stron…

W obecnej sytuacji zapewne łatwiej będzie mi odczekać tych parę tygodni (w założeniu 4) i zestawiać wiedzę teoretyczną z praktyką… Albo w ogóle pokusić się o zmianę pierwotnych założeń, jednak póki co, z racji, że przez stan błogosławiony, ośrodek decyzyjny w mojej głowie (który nigdy nie był szczególnie rozwinięty) jest w stanie spoczynku – pozostanę przy dotychczasowej formule.

W tym miejscu pragnę uczcić minutą ciszy znaczną część moich szarych komórek, które zginęły śmiercią tragiczną pod wpływem potopu ciążowych hormonów, którymi były brutalnie traktowane przez ostatnie 8 miesięcy. Nie wiem czy jest to ogólnie założona norma, czy też tylko wybitne jednostki, takie jak ja, doświadczają totalnej regresji w okresie ciąży, ale momentami mój brak jakiegokolwiek pomyślunku, ciągłe zaniki pamięci czy też intensywne i bardzo konsekwentne unikanie jakiegokolwiek wysiłku umysłowego- bywają bardzo uciążliwe. Pragnę też, w tym miejscu, podziękować mojemu Mężowi za heroiczną, w tej sytuacji, cierpliwość do mojej niezgrabnej osoby. Nigdy nie należałam do istot poruszających, wysławiających i ogólnie cechujących się szczególną gracją czy też obyciem towarzyskim, ale teraz praktycznie każda próba zrobienia chociażby minimalnego dobrego wrażenia okazuje się być katastrofalna w skutkach.
Nie wiem… Może kobiety w ciąży z tak zaawansowanym stopniem regresji powinny być siłą eksportowane na jedną wyspę (odpowiednio oddaloną od rozwiniętych cywilizacji… tych nierozwiniętych zresztą też), gdzie mogłyby w spokoju, bez żadnych tam wstydów czy fałszywych skromności,  epatować swoim chwilowym (żywię ogromną nadzieję, że tak właśnie jest) deficytem logiki i organizować sobie codzienny festiwal absurdu.

Każdego dnia wspinam się na wyżyny swoich intelektualnych możliwości, jednak wędrówka ta wydaje się być wysiłkiem porównywalnym z próbą wytłumaczenia kobiecie czym jest spalony- niby możliwe a i tak kończy się pytaniem „ale jak?”. Także ja się codziennie wspinam i upadam boleśnie na cztery litery. Pal sześć, że mi się obrywa, ale naturalnie prowadzona instynktem podczas upadku, łapię się najbliższego mi obiektu, ciągnąc go ze sobą w otchłań. Tym sposobem w swoją wesołą karuzelę całej gamy emocji wciągam mojego kochanego Męża, który z godnością i jakże wielkoduszną cierpliwością znosi każdy mój, nawet najgłupszy, wybryk. Od wszczęcia (przeze mnie… no bo przez kogo by innego) alarmu, na pół klatki schodowej, że drzwi od domu nam się zacięły z natychmiastową próbą znalezienia rozwiązania palącego problemu, jak chęć otworzenia drzwi sposobem alternatywnym- siekierą, bez uprzedniej próby otworzenia zamka kluczem. Czy też skrzętne planowanie weekendowego wypadu na festiwal baniek mydlanych w pobliskiej miejscowości, gdzie Mąż jako człowiek kochający organizacje wszelkiego rodzaju aktywności, rozpoczął szeroko zakrojoną kampanię promocyjną owego wyjścia, wśród naszych znajomych, zbierając przy tym parę osób chętnych na ten rodzaj sobotniego odpoczynku. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że festiwal baniek owszem odbywa się w wyznaczonym terminie, ale nie w pobliskiej miejscowości a w mieście oddalonym od naszego o jakieś 250 km, u nas z kolei festiwal miał się odbyć owszem w sobotę, ale za 2 miesiące…

Nie znaczy to jednak, że się w ogóle nie rozwijam i nie przejawiam żadnej formy intelektualnego geniuszu. O nie nie. Potrafię wyczarować w kuchni (co prawda bez jakiejkolwiek premedytacji) nowe, zaskakujące potrawy takie jak bigos z brokuła, czy też najbardziej słoną jajecznicę jaką kiedykolwiek przyszło jeść człowiekowi (i znów rykoszetem odbija się to od mojego Wybranka Życia… Dziękuję Kochanie, że znosisz to wszystko, bez nawet najmniejszego cienia zwątpienia w moją osobę).
Zadaję też dużo pytań. Zwłaszcza podczas oglądania z mym lubym meczów piłkarskich, kiedy to całym swoim umysłem i ciałem stara się on być niemalże na boisku razem z naszą reprezentacją, a ja niczym ta okrutna Królowa Śniegu, odciągam jego serduszko od tych wizji, pragnąc zawłaszczyć je tylko dla siebie, zadając pytania typu:
– a czy ci panowie w żółtych kamizelkach co stoją za barierkami (stewardzi, dowiedziałam się) nie mogą nawet na chwilę spojrzeć na boisko? Co im grozi jak im się zakręci w głowie i przez przypadek staną tyłem do kibiców?
– czy temu piłkarzowi nie jest gorąco w tych rozpuszczonych włosach? Bo mi to by było strasznie gorąco, już jest… nie ma tu czym oddychać, przyniesiesz wiatraczek?
– czy trener absolutnie nie może przekroczyć tej narysowanej linii? Co się stanie jak przez przypadek wyjdzie z kojca na 3 centymetry? Dostanie czerwoną kartkę, czy schodzi do szatni?
–  Dlaczego drużyna z Madrytu podaje się za Emiraty? [podobno chodzi o jakiegoś sponsora… nie wiem… nie znam się]

–  PRZYPADEK PIŁKI RĘCZNEJ [Edit po konsultacji z mężem: okazało się, że nie oglądamy piłki ręcznej a SIATKÓWKĘ]
Ja: A to drużyny zamieniają się jednym zawodnikiem?
Mąż (wyczuwając intelektualną pułapkę z mojej strony, lekko niepewnym głosem odpowiada): jak to zamieniają?
Ja: No bo niebieska drużyna ma jednego w czerwonym, a czerwona drużyna jednego w granatowym…
Mąż (po chwili dużo mówiącej ciszy, w której zapewne analizował jak to się stało, że kobietą jego życia została istota pozbawiona jakiejkolwiek wiedzy na temat sportów zespołowych): to jest libero… ale fajnie, że pytasz…

Właściwie mogłabym tak wymieniać długo… Tylko po co? Chyba już dosyć obrazowo przedstawiłam stan mojego intelektu.

Co prawda czytałam o tym, że ciąża może powodować podobne symptomy, ale też, ku mojej ogromnej radości, stan ten przechodzi podobno chwilę po wypuszczeniu na świat swojego dzieła…
Jednak pełnoetatowe mamy, z którymi lubię się konsultować ostrzegają mnie, że to wcale tak różowo nie wygląda, jak przez cały dzień trzeba odnajdować dziką przyjemność w słuchaniu piosenek o wesołych jagódkach…

Coż…

Pożyjemy zobaczymy…
A poniżej wstawię swoje anielskie ciążowe zdjęcie, coby przykryć swoją intelektualną niedyspozycję, wizerunkiem matki opiekuńczej, strażniczki domowego ogniska… czy jakoś tak..
Fot. A.Olbrych
13275501_1292282164133224_93453461_o