Pułapki ciążowego umysłu

Ok. Pokpiłam sprawę na całej linii. Mogłabym znaleźć co najmniej tuzin wymówek, dla których nie pisałam notek, ale prawda jest taka, że po prostu złapała mnie choroba cywilizacyjna, zwana prokrastynacją. Odkładałam pisanie na kolejny tydzień i tak – przeleciała mi prawie cała ciąża…

Cóż.. konsekwencja nigdy nie należała do moich mocnych stron…

W obecnej sytuacji zapewne łatwiej będzie mi odczekać tych parę tygodni (w założeniu 4) i zestawiać wiedzę teoretyczną z praktyką… Albo w ogóle pokusić się o zmianę pierwotnych założeń, jednak póki co, z racji, że przez stan błogosławiony, ośrodek decyzyjny w mojej głowie (który nigdy nie był szczególnie rozwinięty) jest w stanie spoczynku – pozostanę przy dotychczasowej formule.

W tym miejscu pragnę uczcić minutą ciszy znaczną część moich szarych komórek, które zginęły śmiercią tragiczną pod wpływem potopu ciążowych hormonów, którymi były brutalnie traktowane przez ostatnie 8 miesięcy. Nie wiem czy jest to ogólnie założona norma, czy też tylko wybitne jednostki, takie jak ja, doświadczają totalnej regresji w okresie ciąży, ale momentami mój brak jakiegokolwiek pomyślunku, ciągłe zaniki pamięci czy też intensywne i bardzo konsekwentne unikanie jakiegokolwiek wysiłku umysłowego- bywają bardzo uciążliwe. Pragnę też, w tym miejscu, podziękować mojemu Mężowi za heroiczną, w tej sytuacji, cierpliwość do mojej niezgrabnej osoby. Nigdy nie należałam do istot poruszających, wysławiających i ogólnie cechujących się szczególną gracją czy też obyciem towarzyskim, ale teraz praktycznie każda próba zrobienia chociażby minimalnego dobrego wrażenia okazuje się być katastrofalna w skutkach.
Nie wiem… Może kobiety w ciąży z tak zaawansowanym stopniem regresji powinny być siłą eksportowane na jedną wyspę (odpowiednio oddaloną od rozwiniętych cywilizacji… tych nierozwiniętych zresztą też), gdzie mogłyby w spokoju, bez żadnych tam wstydów czy fałszywych skromności,  epatować swoim chwilowym (żywię ogromną nadzieję, że tak właśnie jest) deficytem logiki i organizować sobie codzienny festiwal absurdu.

Każdego dnia wspinam się na wyżyny swoich intelektualnych możliwości, jednak wędrówka ta wydaje się być wysiłkiem porównywalnym z próbą wytłumaczenia kobiecie czym jest spalony- niby możliwe a i tak kończy się pytaniem „ale jak?”. Także ja się codziennie wspinam i upadam boleśnie na cztery litery. Pal sześć, że mi się obrywa, ale naturalnie prowadzona instynktem podczas upadku, łapię się najbliższego mi obiektu, ciągnąc go ze sobą w otchłań. Tym sposobem w swoją wesołą karuzelę całej gamy emocji wciągam mojego kochanego Męża, który z godnością i jakże wielkoduszną cierpliwością znosi każdy mój, nawet najgłupszy, wybryk. Od wszczęcia (przeze mnie… no bo przez kogo by innego) alarmu, na pół klatki schodowej, że drzwi od domu nam się zacięły z natychmiastową próbą znalezienia rozwiązania palącego problemu, jak chęć otworzenia drzwi sposobem alternatywnym- siekierą, bez uprzedniej próby otworzenia zamka kluczem. Czy też skrzętne planowanie weekendowego wypadu na festiwal baniek mydlanych w pobliskiej miejscowości, gdzie Mąż jako człowiek kochający organizacje wszelkiego rodzaju aktywności, rozpoczął szeroko zakrojoną kampanię promocyjną owego wyjścia, wśród naszych znajomych, zbierając przy tym parę osób chętnych na ten rodzaj sobotniego odpoczynku. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że festiwal baniek owszem odbywa się w wyznaczonym terminie, ale nie w pobliskiej miejscowości a w mieście oddalonym od naszego o jakieś 250 km, u nas z kolei festiwal miał się odbyć owszem w sobotę, ale za 2 miesiące…

Nie znaczy to jednak, że się w ogóle nie rozwijam i nie przejawiam żadnej formy intelektualnego geniuszu. O nie nie. Potrafię wyczarować w kuchni (co prawda bez jakiejkolwiek premedytacji) nowe, zaskakujące potrawy takie jak bigos z brokuła, czy też najbardziej słoną jajecznicę jaką kiedykolwiek przyszło jeść człowiekowi (i znów rykoszetem odbija się to od mojego Wybranka Życia… Dziękuję Kochanie, że znosisz to wszystko, bez nawet najmniejszego cienia zwątpienia w moją osobę).
Zadaję też dużo pytań. Zwłaszcza podczas oglądania z mym lubym meczów piłkarskich, kiedy to całym swoim umysłem i ciałem stara się on być niemalże na boisku razem z naszą reprezentacją, a ja niczym ta okrutna Królowa Śniegu, odciągam jego serduszko od tych wizji, pragnąc zawłaszczyć je tylko dla siebie, zadając pytania typu:
– a czy ci panowie w żółtych kamizelkach co stoją za barierkami (stewardzi, dowiedziałam się) nie mogą nawet na chwilę spojrzeć na boisko? Co im grozi jak im się zakręci w głowie i przez przypadek staną tyłem do kibiców?
– czy temu piłkarzowi nie jest gorąco w tych rozpuszczonych włosach? Bo mi to by było strasznie gorąco, już jest… nie ma tu czym oddychać, przyniesiesz wiatraczek?
– czy trener absolutnie nie może przekroczyć tej narysowanej linii? Co się stanie jak przez przypadek wyjdzie z kojca na 3 centymetry? Dostanie czerwoną kartkę, czy schodzi do szatni?
–  Dlaczego drużyna z Madrytu podaje się za Emiraty? [podobno chodzi o jakiegoś sponsora… nie wiem… nie znam się]

–  PRZYPADEK PIŁKI RĘCZNEJ [Edit po konsultacji z mężem: okazało się, że nie oglądamy piłki ręcznej a SIATKÓWKĘ]
Ja: A to drużyny zamieniają się jednym zawodnikiem?
Mąż (wyczuwając intelektualną pułapkę z mojej strony, lekko niepewnym głosem odpowiada): jak to zamieniają?
Ja: No bo niebieska drużyna ma jednego w czerwonym, a czerwona drużyna jednego w granatowym…
Mąż (po chwili dużo mówiącej ciszy, w której zapewne analizował jak to się stało, że kobietą jego życia została istota pozbawiona jakiejkolwiek wiedzy na temat sportów zespołowych): to jest libero… ale fajnie, że pytasz…

Właściwie mogłabym tak wymieniać długo… Tylko po co? Chyba już dosyć obrazowo przedstawiłam stan mojego intelektu.

Co prawda czytałam o tym, że ciąża może powodować podobne symptomy, ale też, ku mojej ogromnej radości, stan ten przechodzi podobno chwilę po wypuszczeniu na świat swojego dzieła…
Jednak pełnoetatowe mamy, z którymi lubię się konsultować ostrzegają mnie, że to wcale tak różowo nie wygląda, jak przez cały dzień trzeba odnajdować dziką przyjemność w słuchaniu piosenek o wesołych jagódkach…

Coż…

Pożyjemy zobaczymy…
A poniżej wstawię swoje anielskie ciążowe zdjęcie, coby przykryć swoją intelektualną niedyspozycję, wizerunkiem matki opiekuńczej, strażniczki domowego ogniska… czy jakoś tak..
Fot. A.Olbrych
13275501_1292282164133224_93453461_o

Reklamy

One thought on “Pułapki ciążowego umysłu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s