Porodówka II (ostateczne starcie)

Postawiona przed wyborem: drzemka, prysznic, czy pisanie, postanowiłam ukoić skołatane nerwy moim wiernym czytelnikom i płodzę tę oto notkę.
Mężczyźni na spacerze, więc ja korzystam z nadarzającej się okazji dwóch całkowicie wolnych dłoni oraz dziwnej lekkości u piersi wynikającej z deficytu małego ssaka wiszącego na nich. Przeważnie ten czas wykorzystuję na sen, ale tym razem postanowiłam się poświęcić i jako zapalona blogerka mam nadzieję, że świat Internetu doceni moją heroiczną postawę i wybije mnie na szczyty wszelkich rankingów popularności blogów parentingowych (ha! Oficjalnie jestem rodzicem, więc nikt mi nie zarzuci, że staram się wbić na nie swój rynek). Nie no żart. W moim mniemaniu już dawno osiągnęłam spektakularny sukces wszechczasów tym, że jestem prawie bliska jakiejś systematyczności.

Ale nie o tym.

Jak można się domyślić po tytule, dzisiaj pochylę się ponownie nad kwestią porodu, ale tym razem nie z perspektywy aktywnego słuchacza. Dzisiaj historia będzie o wiele bardziej mroczna… I bolesna.

Mój poród….

Ok. Nie było szczeniaczków. Nie było też żadnych pand, wombatów, jelonków, fok ani żadnego innego uroczego stworzenia… No może finalnie poza jednym.

Co zatem było?

Szok, strach i niedowierzanie.

Serio. W swojej naiwności myślałam, że mój poród, z racji tego, że będzie to MÓJ poród, przejdzie leciutko. Myślałam, że będzie to bardziej formalność i dziecko w kilku zgrabnych parciach pojawi się na świecie w przeciągu paru… no może parunastu minut.

Otóż nie.

Poród trwał 7 godzin. I może to nie był rekord świata, ale w przeciągu tego czasu cierpliwość Mariusza do mojej osoby została wystawiona na poważną próbę. Bo to nie wyglądało tak, że ja natchniona mocą zbliżającego się macierzyństwa walczyłam w pocie czoła o sprowadzenie naszego pierworodnego na świat, a Mariusz rozsiadł się w bujanym fotelu i pykając kubańskie cygaro, komentował, jaki ten cud narodzin jest niesamowity. No nie. W sumie, ostatecznie to nie wiem kto z naszej dwójki wyszedł z porodówki bardziej styrany.
Już w pierwszym kwadransie od momentu, w którym podana oksytocyna zaczęła powolutku siać spustoszenie w moim organizmie (głównie w głowie) można było śmiało zakwalifikować mnie pod zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Ale to tylko w początkowej fazie porodu, kiedy miałam jeszcze siły na wykazywanie pozytywnego pobudzenia.

Także potrafiłam płynnie przechodzić od płaczu, przez wściekłość aż do śmiechu i zadowolenia, że to wszystko takie niesamowite i piękne. Niestety o ile ja czułam się całkiem swobodnie w swoich zmiennych stanach, o tyle Mariusz przechodził prawdziwą szkołę życia. I to taką szkołę dla jednostek służb specjalnych z tarzaniem się po podmokłych terenach, strzelaniem do wroga i odratowywaniu konających partnerów. Jako, że to ja towarzyszyłam mu w tym jakże edukacyjnym doświadczeniu z pełną odpowiedzialnością i świadoma swoich decyzji wystawiam mu absolutnie najwyższą notę. Są dwie możliwości jak skończyłaby się ta przygoda gdyby nie obecność mojego Męża:

  1. Rodziłabym do dzisiaj
  2. Pozbierałabym swoje zabawki i wyszła z porodówki nie mówiąc nic nikomu, licząc na to, że dziecko postanowi jednak jeszcze trochę się wstrzymać… Rok, dwa, no góra 5 lat.

Na szczęście tak się nie stało i w naszym życiu pojawił się On.

Tomasz Aleksander.

Najsłodsza istotka na świecie.
Kiedy przyszedł na świat pachniał jak rybka. Serio. Ale nie jakiś obleśny  nadmorski dorsz, tylko najpiękniejsza i najsłodsza, śpiewająca rybka z bajek Disneya.
Taka mała bezbronna paróweczka.
Taki nieskoordynowany robaczek.

Wszystkie koale, pandy, wombaty, wydry trzymające się za łapki, alpaki, a nawet jamnicze szczeniaczki, niestety musiały oddać palmę pierwszeństwa jeżeli chodzi o słodziakowatość. Tomaszek skradł nasze serca w pierwszej sekundzie swojego życia. Nie znaczy to jednak, że wyżej wspomniane istotki mnie nie ruszają. Owszem cały czas potrafię z oczami wypełnionymi łzami wzruszenia oglądać filmiki na jutubie z wyżej wymienionymi. Po prostu robię to krócej (mniej więcej o jakieś 8 godzin dziennie).

Także tego…

Chyba jednak koncepcja bloga delikatnie się zmieni…

A zdjęcie naszego Skrzata autorstwa M. Wegner z UW Kreatywne Studio

www-uwstudio-eu-27

Reklamy

One thought on “Porodówka II (ostateczne starcie)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s