Szkoła życia, czyli jak przetrwać chrzciny

Zastanawiam się jak to jest, że los tak przewrotnie sobie z nami, od czasu do czasu, poczyna.
No bo, jak inaczej nazwać fakt, że tak skrajnie różne jednostki jak ja i mój mąż, trafiły na siebie i postanowiły spędzić ze sobą resztę życia, sprowadzając na świat liczne potomstwo?
Czasem sobie myślę, że miałam być tą kłodą rzuconą pod supermęskie nogi mojego męża, coby mu nieco utrudnić dotychczasowa egzystencje, a Mariusz miał tę kłodę, czyli mnie, przeskoczyć i pognać dalej, a on zaskakująco uznał to za życiowe wyzwanie i wziął mnie, jako tę kłodę, do wybudowania tratwy, aby wypłynąć na głębsze wody, i tak wspólnie dryfować po oceanach naszej egzystencji do końca świata, na co ja, kłoda życia Mariusza, przystałam z ochotą…

Tu daje Wam, drodzy czytelnicy, minutkę na zatrzymanie sie nad powyższym zdaniem i pozachwycanie sie metaforą i symboliką w nim zawartych….

Już?

Świetnie.

Jedną z wielu rzeczy jakie nas różnią jest poziom organizacji. Mariusz potrafi wszystko zaplanować od A do Z, przewidując wszelkie sytuacje, które:

– mogą,
– mogą a nie muszą,
– prawdopodobnie się przydarzą,
– przydarzą się na pewno

I wymyśla też rozwiązania na te sytuacje, a nawet po kilka rozwiązań.

Ja natomiast za sukces życia uznaję sytuację, w której uda mi się zaplanować obiad na kolejny dzień, a za spektakularny sukces życia, jak uda mi się ten plan zrealizować.

W związku z tym, odnosząc sie do poprzedniej notki postanowiłam sie zmienić. Bo zestawienie takiego nieogarka (czyt. Ja) z Mistrzem wszelkiej organizacji (czyt. Mariusz), było przykrym widokiem i wzmagało w ludziach potrzebę zapytania, pod jaki numer wysłać sms o treści „pomagam” żeby jakoś zniwelować ten dysonans w poziomie organizacji.

Doskonałym egzaminem z życia okazał się dzień chrzcin naszego pierworodnego.
Nasza dwójka poważnie podeszła do tematu. Byliśmy, zwyczajem Mariusza, przygotowani na każdą ewentualność…

Tak nam sie przynajmniej wydawało…

Otóż, w swoim kajeciku na zapiski  nowej, zorganizowanej Szarasi, miałam zanotowane wszystko, co po kolei zrobić, tak by obyło sie bez wpadek.
I tak, dzień rozpoczynać sie miał od pobudki i odciągnięcia mleka, coby mieć na później i nie świecić gołym cycem w miejscu świętym. Następnie miałam obudzić pierworodnego, nakarmić i zorganizować mu zajęcia tak, by nie zasnął do wyjścia.
W międzyczasie śniadanko, kąpanko, malowanko, przebieranko itp.

Dziecko zasnęło już w 2 godziny po przebudzeniu. Ale nic tam. Chwilkę się prześpi, nic sie nie stanie.

Nadchodzi godzina wyjścia, Młody wystrojony, awaryjne eleganckie ubranko spakowane, wszelkie przybory niezbędne, jak grzechotki, misiaki i telefon z wgranymi białymi szumami zapakowane. My, rodzice, piękni i pachnący. Ja jeszcze dziecko przed wyjściem nakarmię, bo ładnie zaśnie…

Jedziemy. Dziecko w ryk. Także śpiewamy mu Ogórka w wersji: głęboka depresja (wooooooolno i rozpaczliwie) a w tle wesoło przygrywają nam odgłosy macicy (jedna z wersji białego szumu). Podjeżdżamy pod kościół? Dziecko usypia… uff…

Stoimy pod kościołem, cmok cmok, jaki ładny, jaki duży, ochy i achy otulają nas niczym mgiełka drogich i ekskluzywnych perfum, dzięki którym czujemy sie jak VIPy na gali rozdania nagród za bycie fajnym.
No nic. Wchodzimy do kościoła. Dziecko śpi jak mały aniołek. Podchodzi do nas ksiądz i mówi, że jakby Mały zaczął płakać głośno, to żeby zabrać go do zakrystii i uspokoić. Ok, ok  proszę księdza, Tomek śpi, więc nie będzie potrzeby…

Otóż była.

Msza się rozpoczęła. Dziecko jak zaprogramowane oczy w pięciozłotówki i w ryk. Mariusz próbuje niezawodnego sposobu- gałęzi (dziecko przewieszone przez rękę). Zawiodło. Lulamy, podśpiewujemy, dajemy smoczka. Tomek wykazuje klasyczne objawy wścieklizny. W końcu ksiądz, w trakcie kazania, sugeruje nam przejście do zakrystii.
No to ja myk myk, dziecko pod pachę i juz nas nie ma.

Pierworodny drze sie coraz głośniej. Nie wzięłam ze sobą nic a juz tym bardziej butelki z mlekiem.
No nic, znajduję zydelek, siadam w kąciku i karmię… karmię… karmę… a Mały nawet na sekundę nie chce sie odczepić. Wchodzi Miłość mojego życia. Dziecko w końcu mnie uwalnia, biorę go do odbicia i juz czuje, ze zbliża sie najgorsze.
Mówię:
– Kotek, chyba będziemy musieli go przebrać
Kotek patrzy na mnie z niedowierzaniem
– Tutaj?? Chyba wytrzyma do końca mszy…

I w tym momencie zagrzmiało. I nie, nie był to Gniew Boży. To nasze pierworodne strzeliło w pieluchę dzieło swojego niespełna trzymiesięcznego życia.
Sytuacja była dosyć poważna, bo powoli na widok publiczny zaczęły wychodzić brudy naszego syna, dlatego jako rodzice musieliśmy działać szybko i sukcesywnie.

Tutaj bardzo przydały się nasze umiejętności działania zespołowego. Mariusz na szybko zorganizował prowizoryczny przewijak i wyleciał z zakrystii do samochodu, gdzie znajdowała się druga kreacja „na wszelki wypadek”. Ja w tym czasie doprowadzałam dziecię do względnego porządku. Mariusz, w drodze powrotnej, zdążył załapać się jeszcze na przyjęcie komunii (swoją drogą, nieźle to sobie nasz synek wykalkulował) i przybiegł z zestawem awaryjnym.

Tym sposobem, wyszliśmy z zakrystii akurat na ogłoszenia parafialne.

Poza tym, jakże spektakularnym, incydencie, reszta dnia przebiegła we względnym spokoju.

Także, co tu dużo mówić… Poniekąd udało nam się zapanować nad sytuacją kryzysową, a nawet wzbogaciliśmy się o kolejne rodzinne doświadczenie, jakim jest karmienie oraz zmiana ekstremalnej pieluchy w kościele.

Brawo my!

Aż strach myśleć o pierwszej komunii…

 

 

 

Poniżej: spokojne i szczęśliwe dziecko w kreacji numer 1

20160902_093821

Reklamy

O zmianach słów kilka

Zmieniam się.

Tak. Macierzyństwo oraz ponad roczne życie w małżeństwie, przymusiło mnie do zmian. A właściwie nie przymusiło, a wzmogło we mnie potrzebę ograniczenia swojej nieogarniętości.

Tym więc sposobem, postanowiłam, że oprócz wprowadzenia większego ładu w swoje życie codzienne, zacznę, a przynajmniej podejmę próbę, pisać na bloga częściej. Może nawet pokuszę się o pewną formę systematyczności, ale nie wiem czy to nie będzie już zbyt potężna zmiana jak na mój prokrastynacyjny organizm. Się zobaczy, jak to mawiają.

Jako blogująca mama z całym arsenałem atrybutów macierzyństwa, pod postacią wiecznie zimnej kawy, odzieży zalanej mlekiem oraz potężnym plecakiem „dobrych rad” uzbieranych przez niespełna 3 miesiące, zasiadam do planowania moich zmian.

I tak. Po 2 miesiącach dopingowania (z tabliczką czekolady w jednej ręce i zimnym kotletem w drugiej) tych biednych ludzi, którzy pocą się ćwicząc z  Mel B, postanowiłam odstawić węgle i powylewać z  siebie wszelkie płyny ustrojowe czyniąc to samo. I tak po 5 minutach rozgrzewki mam wrażenie jakbym dwukrotnie przebiegła maraton, serduszko stuka mi w rytmie drum and base, pot tworzy urokliwą kałużę na podłodze a ja sama leżę i staram się zapomnieć o tym, że moje ciało ma funkcję przemieszczania się. Ale ok. Dzisiaj rozgrzewka, jutro cały trening. W końcu nie od razu Radom zbudowano… czy coś w tym kierunku.

Niestety następny dzień wita mnie dosyć ponuro. Wytaczam się z łóżka. Przecież nie wychodzę, bo nie umiem. W sensie umiem, ale nie mogę, bo po rozgrzewce z byłą spicetką doznałam skrętu karku i absolutnie nie mogę poruszyć szyją. Moja motoryka jest bliższa foce niż zwinnej gazeli, ale ruszyć się trzeba. Tak więc na spacerze z pierworodnym jestem łakomym kąskiem dla lokalnych złoczyńców czających się na zawartość mojej torebki. Jakby taki rzezimieszek chciał nabyć jedną z bazyliona grzechotek, zabawek, smoczków czy gryzaczków znajdujących się w mojej tytce – nic prostszego, wystarczy zakraść się do mnie od lewej strony i brać jak rolnik dotacje. Po pierwsze nic bym nie zauważyła, bo szyją ruszyć nie potrafię, po drugie nawet jakbym zauważyła, zapewne udałabym, że nie widzę, albowiem wymagałoby to ode mnie reakcji, a tego wolałabym uniknąć w obecnym stanie.

Oto i ja- Janusz sportu i fitnessu. Jeden dzień ćwiczeń (hoho! 8 minut rozgrzewki urasta u mnie do rangi całego dnia), a ja natychmiast staję się jednostką niezdolną do jakiejkolwiek formy życia. A mawiają, że sport to zdrowie…

Nic tam. Jedna jaskółka Chodakowskiej ze mnie nie uczyni. Nie poddaję się i wprowadzam dalsze zmiany.

Aż strach się bać…

 

Poniżej: poziom organizacji level Asia… ważne żeby nie zgubić dziecka…20160711_143306