Z cyckiem na talerzu – czyli krótko o karmieniu

Wiem…
Nie było notki na blogu ponad tydzień.
Notki nie było z prostego powodu.

Rozpaczy.

Rozpaczy mojej głębokiej. Rozpaczy takiej, że nie wyłaniałam się ze swojej podkołdernikowej norki nawet na sekundę. Mariusz podawał mi tylko dziecko do zaaplikowania mu dziennej racji żywnościowej oraz od czasu do czasu rzucił mi jakąś paszę.

Tak. Paszę. Bo moja rozpacz związana była właśnie z jedną z moich najukochańszych pasji – żywieniem mojej osoby.
Przy okazji ostatniej wizyty z pierworodnym u lekarza, wspólnie z pediatrą odkryliśmy, że dzieje się coś niedobrego ze skórą malucha. Krótki wywiad, oględzinki i mamy werdykt. Atopowe zapalenie skóry. Mały prawdopodobnie uczulony jest na białko mleka krowiego i parę innych rzeczy.

No ok Pani doktor, co mamy w takim razie robić?

Otóż nic nadzywczajnego. Musi Pani przejść na dietę…

… Dietę…

To słowo odbijało się w mojej głowie jeszcze przez długi czas, kiedy sympatyczna pani pediatra wymieniała mi czego jeść nie mogę. W sumie prościej byłoby wymienić jej co jeść mogę: chrust, kurz i moje łzy..

Także z racji tego, że dostałam bana na wszystko co lubię, postanowiłam obrazić się na świat i zamknąć się w swojej bazie okalanej poduszkami, kocami i kołdrą. Obraziłam się też na Mel B, bo w niczym mi ta wariatka nie pomagała, a tylko wkurzała… No i skąd tu brać energię, jak się żywi ściółką leśną?

Ale, że jest to powiązane dosyć ściśle z karmieniem piersią, postanowiłam uzewnętrznić się na forum publicznym z moim zdaniem na ten jakże kontrowersyjny temat. Dokładniej na temat karmienia piersią w miejscach publicznych.

Zanim zostałam pełnoetatową mleczarnią, moje zdanie było dosyć liberalne. Nie przeszkadzało mi to, chociaż dziwiłam się dlaczego co poniektóre panie mamy, tak jakby na siłę chciały pokazać otaczającemu je światu, że tak, one karmią piersią, tak, nie wstydzą się zerwać z siebie koszuli na forum i udostępnić dziecku swej kształtnej piersi, tak, są w stanie wykarmić dziecko własnym pokarmem, tak, są najwspanialszymi matkami w związku z tym…

Byłam wręcz lekko poirytowana tym, swego rodzaju, kultem naturalnego karmienia. Na szkole rodzenia, położne przedstawiały to wręcz tak, że TYLKO naturalne mleko jest akceptowalne, że trzeba robić WSZYSTKO aby dziecko jadło z piersi, i jeżeli zależy nam na tym by dziecko rosło zdrowe i mądre to należy przez MINIMUM pół roku karmić je WYŁĄCZNIE piersią, bo inaczej dupa blada… Automatycznie pojawiła się we mnie myśl, że powinnam uznawać siebie za chorą i głupią, bo moja mama, miała czelność karmić mnie mlekiem modyfikowanym. I chyba nawet argument, że najzwyczajniej w świecie pokarmu nie miała, a podejście do karmienia piersią w tamtych czasach było zgoła inne, nie przemówiłby do serca tej prolaktacyjnej sekcie.
W związku z tym i wieloma publikacjami, którymi raczyłam się przed porodem, byłam w ciągłym stresie, czy ja dam radę wykarmić moje dziecko. Czy zdam ten egzamin na „dobrą mamę”?

Kiedy już mały wyszedł na świat, okazało się, że większość moich obaw nie miała racji bytu. Ale to nie sprawiło, że nagle stałam się fanką karmienia piersią. O nie. Parę razy byłam wręcz bliska porzuceniu swoich postanowień i przejściu na sztuczne mleko. Laktacja u mnie przechodziła bardziej niż boleśnie. Przy każdym dostawieniu Tomka, ja odkrywałam w sobie bratnią duszę Mariah Carey z wchodzeniem na coraz wyższe oktawki. Mariusz starał się za każdym razem jakoś mnie zdekoncentrować, ale ja konsekwentnie skupiałam się na swojej niedoli. Mimo to, uznałam, że wielkim nietaktem byłoby gdybym nie skorzystała z tego, że mogę karmić piersią, dlatego postanowiłam nie rezygnować tak łatwo. Wszelkie bolączki przeszły, na szczęście, po 2 miesiącu życia pierworodnego i teraz nie ma nic cudowniejszego niż widok małej pijawki, która z taką radością dopada do piersi jakby to właśnie ona była portalem do cudownego świata mlekiem i miodem płynącego…
Mimo wszystko, całkowicie rozumiem i daleka jestem od piętnowania kobiet, które karmić nie mogą lub, najzwyczajniej w świecie, nie chcą.

Co do karmienia w miejscach publicznych… Coś się w kobiecie po porodzie zmienia, oprócz kilku dodatkowych wałeczków i rozchwiania emocjonalnego. Pewne hamulce moralnego zachowania puszczają. Dlatego nie mamy problemu z tym by rozmawiać przy posiłku o kolorycie i konsystencji kupki swojego dziecka, żyć normalnie z lekko ubrudzonymi okryciami od ulewek, bez jakiegokolwiek obrzydzenia wycierać dziwne płyny wylewające się z różnych otworów niemowlaka i nie mamy też problemu z publicznym karmieniem piersią. Oczywiście, może nie jest to do końca komfortowa dla nas sytuacja, ale też nie budzi to jakiegoś paraliżującego wstydu.

Mimo wszystko, będąc w miejscu publicznym, kiedy młody zaczyna wyraźnie artykułować, że mamo sorry, ale nie jadłem już jakieś 25 minut, nie uważasz, że to lekka przesada, helloł… staram się brać pod uwagę otoczenie i to, że nie każdy ma ochotę patrzeć na to czym obdarowała mnie natura. Szukam wtedy jakiegoś przytulnego kącika, nakrywam się lekko chustą i karmię.

Ale sorry, umówmy się, jest pewna grupa ludzi, która w takiej sytuacji zachowuje się jak dzika zwierzyna na odpuście w Januszkowie Wielkim. Automatycznie wyłapują kawałek nagiej skóry i patrzą się bliżej niezidentyfikowanym wzrokiem tak jakby jeszcze nigdy, never ever, nie widzieli 5 cm gołej (!!!!) piersi. Przeważnie są to panowie w przedziale wiekowym 50+, co wywołuje automatyczną zniesmaczoną reakcję ich połowic, które to głośno później komentują, że olaboga świat schodzi na psy, że cóż to za brak ogłady, i mój osobisty faworyt: kobiety z takim małym dzieckiem to w domu powinny siedzieć, a nie wałęsać się po mieście świecąc cycami tu i tam. Cóż…zdążyłam się już na takie argumenty całkiem nieźle uodpornić. Nie zmienia to jednak faktu, że jak restauracja, lub inne dosyć oblegane miejsca, jak centra handlowe, dysponują pomieszczeniem dostosowanym do spokojnego karmienia piersią, moje serce raduje się jak hipster na widok Starbucks’a, wokół mnie zaczynają wesoło patatajać jednorożce, a nad moją głową pojawia się jaskrawa tęcza w najpiękniejszych kolorach, jakie przyszło widzieć człowiekowi.

Także powoli zaczęłam robić sobie mały ranking miejsc przyjaznych kobiecie karmiącej i z chęcią zapoznaję się z innymi.

Tymczasem poniżej wrzucam wcale nie roznegliżowane zdjęcie autorstwa M. Wegner, ukazujące, że karmienie piersią może być całkiem estetyczne i (szok szok szok!) piękne 🙂

www.uwstudio.eu (20).jpg

Reklamy

Zmian ciąg dalszy – czyli o tym, jak nigdy nie zostanę Perfekcyjną Panią Domu

Tak się składa, że nigdy nie byłam szczególnie stworzona do prac domowych.
Wręcz, mimo najszczerszych chęci, byłam klasyczną antytezą gospodyni domowej. Ba! Byłam, i chyba już na zawsze pozostanę, pewnym wyjątkiem potwierdzającym regułę w wielu aspektach, które od pokoleń przypisywane są raczej kobietom.

Dla przykładu, moja znajomość palety barw ogranicza się do… powiedzmy 12 kolorów (z czego turkus i butelkowa zieleń to najbardziej ekwilibrystyczne określenia kolorów jakie potrafię nazwać i co najważniejsze rozróżnić). Dlatego jak ktoś do mnie mówi, że sukienka miała odcień burgundowej tafli jeziora w bursztynowym świetle lipcowego zachodu słońca, zatrzymuję się na pierwszym słowie i zastanawiam się czy jest to nazwa czegoś do jedzenia, bo tylko to jest w stanie przemówić do mojej konsumpcyjnej wyobraźni. Jak słyszę, natomiast, że ściana miała kolor budyniowy, to ja od razu wizualizuję sobie co najmniej 5 kolorów, prosząc o doprecyzowanie smaku, bym mogła dokładnie trafić w prawidłowy odcień.

Druga rzecz to odwieczna niechęć do robienia zakupów, zwłaszcza odzieżowych. Ze wszystkich nieprzyjemnych rzeczy na świecie, wliczając w to wodę w nosie i gorzką czekoladę, zakupy plasują się na szczycie mojej listy tortur, które z pewnością dotknęłyby mnie najboleśniej.
W naszym domu dochodzi do sytuacji, że mąż, na dobrych parę tygodni przed planowanymi zakupami, przygotowuje mnie na ten dzień i cyklicznie prosi mnie o określenie konkretnej daty, kiedy będę gotowa pójść na odzieżowy shopping, co ja konsekwentnie odkładam w bliżej nieokreśloną przyszłość, mówiąc że jeszcze nie jestem gotowa i nie wiem kiedy będę. Dopiero kiedy moim odzieniem podejrzanie często zaczyna interesować się lokalny konserwator zabytków, daję za wygraną i nie opieram się (aż tak bardzo), kiedy mąż zaciąga mnie do centrum handlowego.

W związku z chrzcinami naszego pierworodnego oraz ogólną zmianą gabarytów po 9 miesiącach beztroskiego podjadania ciastków (w końcu jem za dwoje!!! i nie patrz tak na mnie bo te 3 czekolady i 5 kawałków sernika to dla naszego dziecka! Przecież nie dla mojego hedonistycznego ego!) byłam zmuszona pojawić się w sklepie odzieżowym w celu nabycia czegoś bardziej wyjściowego niż plandeka na tira.
Aby maksymalnie skrócić moje męki, od razu skierowałam się do sklepu, którego asortyment stanowiły tylko i wyłącznie sukienki. Po morderczych i jakże upokarzających 15 minutach wciskania się w kilka propozycji wspomnianego przybytku oraz szybkiej konsultacji z mężem, wyszłam z tej jaskini wszelkiej rozpaczy, przecinanej potokami moich łez, ze zwycięsko wypełnioną torbą, znaczy się, dokonałam zakupu! Brawo ja!

Tym sposobem, nabyłam drogą kupna piękną, biało-niebieską suknię, lub jakby to określiło 80% populacji kobiet – porcelanowo(aczdelikatniewpadającąwodcieńchamois)-chabrową(albomożenawetkobaltową) sukienkę wizytową.

A teraz do meritum. Sukienka spełniła swój obywatelski obowiązek i z racji swojej uniwersalności po praniu miała zostać jeszcze wykorzystana na inne okazje (a przede wszystkim uchronić mnie przed koszmarem kolejnych zakupów w razie kolejnego oficjalnego wyjścia).

Pranie. Niby prosta czynność. Robimy to przecież codziennie.

Otóż nie tym razem.

Po wyjęciu sukienki z pralki okazało się, że niebiesko-kobaltowo-chabrowo-jakaś część weszła na jasną, tworząc tym samym błękitno-szaro-niebiesko-bylejaką sukienkę. I pragnę tutaj zaznaczyć, że przewidziałam, iż taka sytuacja może mieć miejsce, dlatego wcześniej wrzuciłam do pralki również dwie chusteczki wyłapujące kolor.
Jak już wiemy nic to nie dało.

W zaistniałej sytuacji pozostały mi dwa wyjścia:

a) pogodzić się z faktem i udawać, że tak właśnie miało być i ten dziwny majtkowy kolor był tu od zawsze i o co w ogóle chodzi?
b) zapytać wujka Google o radę.

Już kolejnego dnia, zgodnie z sugestią moich serdecznych przyjaciół z forów internetowych, zaopatrzona w ODBARWIACZ pewnej niemieckiej firmy, przystąpiłam do działania.

Jak bum-cyk-kucyk! Zrobiłam wszystko tak jak w instrukcji. Tym razem nie pozwolilam sobie na żadne improwizacje. Nazwa produktu – odbarwiacz – nie zapaliła w mojej głowie żadnej czerwonej lampki ostrzegawczej, że nie Szarasiu, to może być pułapka, nie rób tego, wstrzymaj się i zastanów czy aby napewno rozumiesz sens słowa „odbarwiacz”. Właściwie na mojej synaptycznej autostradzie pomyślunku panował, jak zawsze zresztą, tunel zielonego światła i efekty mojej, jakże edukacyjnej, przygody z praniem, możemy podziwiać na poniższej grafice.

20161012_131534

Jak widać na załączonym obrazku… Kury domowej to ze mnie nie będzie, but I will keep trying!

Wish me luck.