Zmian ciąg dalszy – czyli o tym, jak nigdy nie zostanę Perfekcyjną Panią Domu

Tak się składa, że nigdy nie byłam szczególnie stworzona do prac domowych.
Wręcz, mimo najszczerszych chęci, byłam klasyczną antytezą gospodyni domowej. Ba! Byłam, i chyba już na zawsze pozostanę, pewnym wyjątkiem potwierdzającym regułę w wielu aspektach, które od pokoleń przypisywane są raczej kobietom.

Dla przykładu, moja znajomość palety barw ogranicza się do… powiedzmy 12 kolorów (z czego turkus i butelkowa zieleń to najbardziej ekwilibrystyczne określenia kolorów jakie potrafię nazwać i co najważniejsze rozróżnić). Dlatego jak ktoś do mnie mówi, że sukienka miała odcień burgundowej tafli jeziora w bursztynowym świetle lipcowego zachodu słońca, zatrzymuję się na pierwszym słowie i zastanawiam się czy jest to nazwa czegoś do jedzenia, bo tylko to jest w stanie przemówić do mojej konsumpcyjnej wyobraźni. Jak słyszę, natomiast, że ściana miała kolor budyniowy, to ja od razu wizualizuję sobie co najmniej 5 kolorów, prosząc o doprecyzowanie smaku, bym mogła dokładnie trafić w prawidłowy odcień.

Druga rzecz to odwieczna niechęć do robienia zakupów, zwłaszcza odzieżowych. Ze wszystkich nieprzyjemnych rzeczy na świecie, wliczając w to wodę w nosie i gorzką czekoladę, zakupy plasują się na szczycie mojej listy tortur, które z pewnością dotknęłyby mnie najboleśniej.
W naszym domu dochodzi do sytuacji, że mąż, na dobrych parę tygodni przed planowanymi zakupami, przygotowuje mnie na ten dzień i cyklicznie prosi mnie o określenie konkretnej daty, kiedy będę gotowa pójść na odzieżowy shopping, co ja konsekwentnie odkładam w bliżej nieokreśloną przyszłość, mówiąc że jeszcze nie jestem gotowa i nie wiem kiedy będę. Dopiero kiedy moim odzieniem podejrzanie często zaczyna interesować się lokalny konserwator zabytków, daję za wygraną i nie opieram się (aż tak bardzo), kiedy mąż zaciąga mnie do centrum handlowego.

W związku z chrzcinami naszego pierworodnego oraz ogólną zmianą gabarytów po 9 miesiącach beztroskiego podjadania ciastków (w końcu jem za dwoje!!! i nie patrz tak na mnie bo te 3 czekolady i 5 kawałków sernika to dla naszego dziecka! Przecież nie dla mojego hedonistycznego ego!) byłam zmuszona pojawić się w sklepie odzieżowym w celu nabycia czegoś bardziej wyjściowego niż plandeka na tira.
Aby maksymalnie skrócić moje męki, od razu skierowałam się do sklepu, którego asortyment stanowiły tylko i wyłącznie sukienki. Po morderczych i jakże upokarzających 15 minutach wciskania się w kilka propozycji wspomnianego przybytku oraz szybkiej konsultacji z mężem, wyszłam z tej jaskini wszelkiej rozpaczy, przecinanej potokami moich łez, ze zwycięsko wypełnioną torbą, znaczy się, dokonałam zakupu! Brawo ja!

Tym sposobem, nabyłam drogą kupna piękną, biało-niebieską suknię, lub jakby to określiło 80% populacji kobiet – porcelanowo(aczdelikatniewpadającąwodcieńchamois)-chabrową(albomożenawetkobaltową) sukienkę wizytową.

A teraz do meritum. Sukienka spełniła swój obywatelski obowiązek i z racji swojej uniwersalności po praniu miała zostać jeszcze wykorzystana na inne okazje (a przede wszystkim uchronić mnie przed koszmarem kolejnych zakupów w razie kolejnego oficjalnego wyjścia).

Pranie. Niby prosta czynność. Robimy to przecież codziennie.

Otóż nie tym razem.

Po wyjęciu sukienki z pralki okazało się, że niebiesko-kobaltowo-chabrowo-jakaś część weszła na jasną, tworząc tym samym błękitno-szaro-niebiesko-bylejaką sukienkę. I pragnę tutaj zaznaczyć, że przewidziałam, iż taka sytuacja może mieć miejsce, dlatego wcześniej wrzuciłam do pralki również dwie chusteczki wyłapujące kolor.
Jak już wiemy nic to nie dało.

W zaistniałej sytuacji pozostały mi dwa wyjścia:

a) pogodzić się z faktem i udawać, że tak właśnie miało być i ten dziwny majtkowy kolor był tu od zawsze i o co w ogóle chodzi?
b) zapytać wujka Google o radę.

Już kolejnego dnia, zgodnie z sugestią moich serdecznych przyjaciół z forów internetowych, zaopatrzona w ODBARWIACZ pewnej niemieckiej firmy, przystąpiłam do działania.

Jak bum-cyk-kucyk! Zrobiłam wszystko tak jak w instrukcji. Tym razem nie pozwolilam sobie na żadne improwizacje. Nazwa produktu – odbarwiacz – nie zapaliła w mojej głowie żadnej czerwonej lampki ostrzegawczej, że nie Szarasiu, to może być pułapka, nie rób tego, wstrzymaj się i zastanów czy aby napewno rozumiesz sens słowa „odbarwiacz”. Właściwie na mojej synaptycznej autostradzie pomyślunku panował, jak zawsze zresztą, tunel zielonego światła i efekty mojej, jakże edukacyjnej, przygody z praniem, możemy podziwiać na poniższej grafice.

20161012_131534

Jak widać na załączonym obrazku… Kury domowej to ze mnie nie będzie, but I will keep trying!

Wish me luck.

Reklamy

8 thoughts on “Zmian ciąg dalszy – czyli o tym, jak nigdy nie zostanę Perfekcyjną Panią Domu

  1. Nie wierzę, czyli nie jestem sama. Nie znam kolorów ( tylko głupio przytakuje że niby wiem o co chodzi), zakupy to dla mnie istny koszmar, nawet nie umiem gotować,mąż to robi ( od czasu jak prawie spaliłam mieszkanie nawet nie narzeka). Robię tylko pranie, tylko w pralce i na jednym programie bo nie wiem po co reszta 😀

    Polubienie

    1. Magda, w rankingu moich ulubionych czytelników, właśnie uplasowałaś się na najwyższej pozycji!

      Grubą to może bym siebie nie nazwała, ale nadal kształtem (i całością mojego charakteru) bardziej utożsamiam się z okrąglutką pandą niż smukłą sarenką.

      Polubienie

  2. Szaraśka! Ty musisz ukrócić te swoje metafory odnośnie ubierania się w plandeki, bo jeszcze ktoś gotów Ci uwierzyć. (Aczkolwiek przypomina mi to cytat z „Love Actually”: – Jestem gruba, niedługo będą na mnie pasowały tylko ciuchy po Pavarottim. – Zawsze uważałem, że Pavarotti świetnie się ubiera)
    A po drugie, uwielbiam Twoje opowieści z domu zadżumionych. Niemal złapałam się na tym, jak marzyłam, żebyś następnym razem spaliła coś przy prasowaniu… Sorki…

    Polubienie

    1. Ha! W tym przypadku wykazuje sie sprytem
      , bo swoich ubran nie prasuje,
      a maz, jakoś dziwnie, swoje rzeczy woli prasowavć sam… i jak już to robię to w maksymalnie skupiona i w totalnej ciszy, takze latwo mnie rozproszyć..

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s