Od pupy strony – czyli przypowieść o kupie

Dzisiaj jestem zła.

I daleko mi do urządzania sobie podśmiechujków z macierzyństwa.

Dlatego notka jest spóźniona o dzień.

Dlaczego jestem zła? Otóż, nie wchodząc w szczegóły, zostałam, bez pardonu, zdzielona z otwartej ręki, prosto w twarz polityką prorodzinną. I nie, nie zamierzam, póki co, tłumaczyć całej sytuacji, bo w głębi swojego urażonego serduszka liczę, że moralność i honor mają jeszcze jakieś znaczenie w dzisiejszym, zepsutym do jądra świecie.

To tyle gwoli wstępu i usprawiedliwienia, dlaczego notka dziś a nie wczoraj.

A że humor mam popsuty to i temat dzisiaj będzie z gatunku tych mniej apetycznych, ale jakże ważnych i życiowych.

Dziś będzie o kupie.

Tak. Dokładnie. Także wszystkie osoby, które imaginują sobie, że dzieci to generalnie jedzą tęczę i kupkają szczeniaczkami, mogą, w tym momencie, śmiało się wycofać i wrócić tramwajem słodkich wyobrażeń do swojej strefy komfortu. Bo ja tu będę mówić o ŻYCIU!

 serious GIF

Do momentu, w którym dziecko jest z gatunku stacjonarnych, my rodzice, mamy WZGLĘDNĄ kontrolę nad tym, co dostaje się do naszej latorośli i możemy, MNIEJ WIĘCEJ, przewidzieć, co z tej latorośli się wydostaje. Kiedy małolat staje się mobilny, mój Boże, pieluszka przeobraża się nagle w komorę maszyny losującej totalizatora sportowego. Nigdy nie wiadomo, cóż to ukrywa się w, jakże aromatycznym, pampersiku.

 shocked eddie murphy GIF

I niech pierwszy rzuci zasypką rodzic, który nigdy nie miał do czynienia z kupą ekstremalną. Niech wyjdą z ukrycia ci, którzy nigdy nie znaleźli w pieluszce niczego dziwnego. Niech zbłąkane owieczki pieluchowych rozterek odnajdą swą drogę i przyznają, że w kupie jest prawda zawarta!

O tym, jak ta jakże powszednia czynność fizjologiczna potrafi skomplikować życie, możecie sobie poczytać TUTAJ.

Tymczasem my zmierzamy nieuchronnie do meritum sprawy, czyli do faktu niezaprzeczalnego:

Kupa prawdę Ci powie!

Każda mama i prawie każdy tata wie, że obserwacja, niewątpliwych, dzieł sztuki, jakie codziennie znajdujemy w powijakach, może wiele powiedzieć nam na temat tego, co z naszymi małymi artystami się dzieje. Żadną tajemnicą nie jest też fakt, że co innego niepokoi nas przy dziecku karmionym piersią, a zupełnie co innego przy maluchach karmionych mlekiem modyfikowanym. Struktura oraz przede wszystkim aromat zmieniają się również wraz z wiekiem.

Nie oszukujmy się, od kiedy rozszerzyliśmy dietę Tomka o owoce, warzywa i mięsko, w kwestii zmiany pieluch, to ja jestem barmanem na tym dansingu. Mariuszowi zdarza się wymienić ściółkę młodemu, ale przy obecności kupy po prostu wymięka. Oczywiście jak mus to mus. Zrobi to, ale robi to w bardzo holyłódzkim stylu. Niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce. Stróżki potu ryją kratery w rozgrzanej do czerwoności skórze, mojego kochania, przy cichym akompaniamencie wstrzymywanego przez kilkadziesiąt sekund oddechu. Po całej czynności spektakularnie oddaje mi dziecko, po czym przystępuje do dezynfekcji całego pomieszczenia, w którym czynność zmiany pieluchy miała miejsce. Uzbrojony w odświeżacz powietrza i determinację, z pasją dezaktywuje gazy złowonne w całym domu.

 bruce willis GIF

Ok wiem, że to z Armagiedonu

Dlatego też, jak już przychodzi co do czego, samolot wyląduje na płycie lotniska, dziecko zgrabnie ląduje w moich rękach, bo tyyyyyyle jest rzeczy do zrobienia na około, że no ja bym bardzo chciał, ale po prostu nie mogę, kratki wentylacyjne same się nie oczyszczą i nie kochaniuj mi tu Kitku, że są czyste od wczorajszego szorowania. My mamy maleńkie dziecko i, doprawdy, mogłabyś zwrócić większą uwagę na warunki, w jakich owoc Twego łona dorasta, no chyba, że chcemy żeby Tomasz wdychał ten cały syf, który tylko czai się na jego delikatne, niczym nieskalane płucka, to owszem, odpuśćmy, zarośnijmy brudem, proszę bardzo.
I ja powalona siłą argumentów męża mego, zbieram się w sobie i pieluchę zmieniam. Tak, żeby nie zarzucić sobie w przyszłości, żem złą matką była, która to dziecko, całym złem z kominów wentylacyjnych, wypełniała.

Dlatego też, niezwykle ważną, o ile nie najważniejszą, decyzją w życiu każdego rodzica jest wybór odpowiednich pieluch. Bo nic nie boli tak bardzo jak kupa pozbawiona jakiejkolwiek kontroli. OCZYWIŚCIE pragnę tutaj ostrzec wszystkich przyszłych i obecnych rodziców przed jednym faktem. ZAWSZE zdarzy się, chociaż raz, kupa stulecia, której żaden pampers nie będzie w stanie udźwignąć. W związku z czym, warto być przygotowanym na KAŻDĄ ewentualność i przy każdym wyjściu mieć koło ratunkowe pod postacią ubranek na zmianę. Najlepiej paru, bo kupy chaosu lubią chodzić stadami.

 dump daughter response diaper GIF

To tyle. Mam nadzieję, że nie przekroczyłam przyzwoitej normy użycia słowa na k. A jak tak, to uprzejmie przepraszam. Taki dzień.

Reklamy

O nadopiekuńczości słów kilka

Stało się.

Tomasz osiągnął nowy level rozwojowy. Zaczął wchodzić po schodach, póki co, za pomocą wszystkich dostępnych mu kończyn, ale fakt pozostaje faktem, dziecko przemieszcza się oprócz po linii poziomej, to i pionowej.  A jak po schodach to i kanapa nie stanowi dla niego żadnej przeszkody.

Tym sposobem pozbyłam się ostatniego miejsca w domu, gdzie mogłam w miarę bezpiecznie położyć torebkę. Wiem też, że mimo mojej rozpaczy, mój mąż, w głębi swojego pedantycznego serduszka, bardzo cieszy się z nowej umiejętności owocu naszej miłości, bo ja uczę się (! Nie, że jeszcze to robię!) odkładać rzeczy na miejsce. Problem polega na tym, że na moje torby miejsca nie ma, bo nigdy o to miejsce nie zadbałam…. Po przekroczeniu progu mieszkania, torba automatycznie lądowała na podłodze i grzecznie czekała, tam gdzie ją zostawiłam, na kolejne wyjście. Od kiedy pisklę szturmem opanowało podłogę, torba zmieniła miejsce na krzesło w salonie, a następnie na oparcie kanapy… A teraz muszę główkować, bo wiadomo, w damskiej torebce znajduje się cały warsztat przydatnych rzeczy, ale w rękach niespełna 9-miesięcznego szabrownika, mogą to być narzędzia globalnej zagłady. Także, nie wiem, jak wy, ale ja mam co robić… Najczęściej szukam torebki.

The Oscars oscars academy awards looking searching GIF

I zastanawiam się jakby to było, gdybym na przykład zrobiła dziecku strefę bezpieczeństwa. W sensie wydzieliłabym mu kwadrat o powierzchni 2×2, odgrodziłabym barierkami, wyściełała miękkimi kocykami, podłożyła pod spód monitory oddechu, włączyła elektroniczną nianię, na głowę pierworodnego wcisnęła kask i okutałabym go folią bąbelkową, to czy ja byłabym spokojniejsza?

Kiedy kobieta wydaje na świat potomstwo, w jej mózgu wyrasta nowa strefa o roboczej nazwie: ŻEBYDZIECKUSIĘNICNIESTAŁO. I tak każda najmniejsza umiejętność, jaką nabywa dziecko, okraszona jest z jednej strony ochami i achami, jakie to ja mam cudowne dziecko, a z drugiej strony przerażeniem, jak to teraz będzie?!
Od pierwszych dni jest to lęk o to czy dziecko nie zapomni w trakcie snu oddychać. Nawet jak, niczego nieświadome maleństwo, spokojnie sobie śpi, rodzice sterczą pół nocy nad dzieckiem i wytężają zmęczone gałki oczne w poszukiwaniu unoszącej się klatki piersiowej. I my się niby wycwaniliśmy, bo pożyczyliśmy od znajomych monitor oddechu i chociaż ten strach nas ominął… No może nie do końca, bo żyliśmy w strachu, co to będzie, jak rozładują się baterie w monitorze i nie będziemy o tym wiedzieli… Zatem i tak pół nocy nieprzespane bo patrzymy, czy diodka na monitorku miga.
Później przychodzi obracanie się z brzuszka na plecy i na odwrót, czyli strach, że w nocy dziecko się przewróci na boczek, zapomni jak się wraca i będzie mu niewygodnie całą noc.
Każdy kaszelek, zachłyśnięcie, czkawka, lekkie uderzenie urasta do rozmiaru tragedii… Tu muszę nadmienić, że znajomi posiadający potomstwo w ilości większej niż jeden mówią, że z każdym kolejnym potomkiem to przechodzi, także jest i dla nas nadzieja!
Aż przychodzi wstawanie… Jeny jeny jeny. On już wstaje, on już sięga sobie rzeczy ze stoliczka kawowego (my już się nauczyliśmy nie zostawiać niczego w zasięgu małych łapek, a wy? :)), on już ściąga książki z regału (my już pozbyliśmy się zawartości dwóch dolnych półek, a wy? :)), on już otwiera szuflady w kuchni (my już mamy zabezpieczenia na meblach, a wy? :)), on już uwiesza się na nocnym stoliczku (my już przymocowaliśmy wszystkie meble do ścian, a wy? :)). Strach pomyśleć, co my zrobimy z mieszkaniem jak Rekiniątko zacznie chodzić?!

 pizza community donald glover chaos troy GIF

I szczerze powiedziawszy, jestem trochę zła na tą naszą nadopiekuńczość, ale z drugiej strony, wydaje mi się, że dajemy dziecku całkiem spore pole manewru, bo… nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Młody człowiek wpada na pomysły, na które większy człowiek nawet po długich rozważaniach by nie wpadł. I wiem, że nie uchronię dziecka przed całym złem tego świata, bo się nie da. Dlatego z każdym kolejnym tygodniem odpuszczamy trochę z naszą dbałością o bezpieczeństwo malucha. Nie, żebyśmy dawali mu od razu piłę łańcuchową do zabawy, czy wpuszczali na wybieg z tygrysami, coby się dziecko z kotkami pomiziało,  ale nie biegniemy też za każdym razem, gdy dziecię robi coś, co w nas budzi lęk, by go powstrzymać.  No chyba, że robi coś wyjątkowo głupiego (jak otwieranie gorącego piekarnika w trakcie jego pracy).

 chaos GIF
Zjedz, Żabko, owocka

Pamiętam, z jakim przerażeniem patrzyłam, jak Tomek przy pierwszych swoich próbach raczkowania, schodził z piankowej maty, którą dla niego, dzień w dzień rozkładaliśmy. Jak wizualizowałam sobie te wszystkie bakterie na podłodze, po której on teraz zasuwa rączkami, a później wkłada je sobie ochoczo do buźki. Tym sposobem wyrobiłam w sobie nawyk, dosyć regularnego odkurzania. I gdy zobaczyłam, że dziecku nic się nie dzieje, postanowiłam zrezygnować z maty, bo ani to funkcjonalne nie było, ani estetyczne, ani dla dziecka szczególnie interesujące. Teraz Tomek przemieszcza się po całym terenie mieszkania, bez żadnych ograniczeń i myślę, że na dobre mu to wychodzi. Codziennie odkrywa coś nowego, co niekoniecznie jest odbierane euforycznie przez sąsiadów. A to odkryje, że w salonie panuje idealna akustyka do rzucenia najcięższą zabawką, jaką ma o ziemię (wewnątrz Mariusza dzieją się wtedy dantejskie sceny, bo biedna podłoga), z kolei w kuchni doskonale szura się drabinką, bo wydaje ona tak cudownie irytujące (i głośne!) dźwięki. Natomiast w jego pokoiku najlepiej na świecie stuka się drewnianą łyżką w różne elementy wystroju, a przede wszystkim w podłogę i świetnie liże się okna (także jak zobaczycie kiedyś małego glonojada, dokładnie wylizującego centymetr po centymetrze okno, to duże prawdopodobieństwo, że jest to mój glonojad). Korytarz to taki trochę zakazany owoc dla Tomeczka, bo stoją tam, niczym niezabezpieczone buty. To miejsce to święty Graal młodego Rekina. Za każdym razem, gdy rodzice nie patrzą, niby przypadkiem Tomaszek akurat tamtędy przechodzi, a ten but w jego buzi to niewiadomo jak się w niej znalazł.

 baby what confused awkward huh GIF
Ja nic nie wiem

No ale cóż, inaczej się dziecko życia nie nauczy. Trochę uodporniliśmy się już na jego upadki, które swoją drogą młode szarątko doskonale kontroluje. Nie wpadamy w popłoch, kiedy w jego buzi ląduje element mieszkania, który w buzi raczej znaleźć się nie powinien. I nie siejemy paniki, kiedy dziecko z jakiegoś, bliżej nie określonego powodu zaczyna płakać, bo coraz częściej jest to klasyczne wymuszanie, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę  J.

Jak pies z dzieckiem – o roli zwierząt w życiu Malucha

Starym sharkmumowym zwyczajem, notkę zaczynam od lekcji wychowawczej, czyli od obiecanek, jak to ja zamierzam pracować nad swoją prokrastynacją i systematycznością wpisów.

Także, uwaga, uwaga – zamierzam.

I aby nie pozostać gołosłowną, zrobiłam sobie nawet miesięczną rozpiskę wpisów na bloga oraz zarys tematów na przyszłość.


WIN! WIN! WIN! Plus milion do ogarniętości.

W każdym razie dzisiaj chciałam poruszyć temat, który od dawna truchtał mi po głowie- a mianowicie o pogodzeniu życia dziecka z psem lub innym zwierzem domowym.

Zatem dzisiaj będzie notka czysto teoretyczna, ponieważ my, póki co, tego typu rozkmin nie prowadziliśmy, ani nie prowadzimy, ale może w przyszłości tak się właśnie stanie, a przygotowanym trzeba być. I już!

Poza tym, helloł! Jestem w końcu blogerką parentingową, a to daje mi dożywotnią wizę na wypowiadanie się w ABSOLUTNIE KAŻDYM temacie około dziecięcym. Od zagwozdek ginekologii położniczej, po ocenę etyki metod wychowawczych amiszów szwajcarskich. I nikt mi mojego świętego prawa mądrzenia się w tych sprawach (i innych również, bo niepisane prawo mówi, że bloger parentingowy może wypowiadać się na ABSOLUTNIE KAŻDY temat, także nie około dzieciowy), nie odbierze. Hawgh! Powiedziałam!

Jest i drugi argument, przemawiający za moim niezaprzeczalnym prawem wypowiadania się w temacie eukariontów w życiu dziecka. Jest nim fakt wykształcenia, jakie nabyłam dawno dawno temu w swoim życiorysie, czyli magister inżynier zootechnik. I jeżeli zastanawiacie się, czym zajmuje się magister inżynier zootechnik, śpieszę, czym prędzej, z odpowiedzią. Otóż nie mam najmniejszego pojęcia czym zajmuje się magister inżynier zootechnik. W sensie wiem, jaką wiedzę posiadam, ale nie jestem pewna, czy studia na tym kierunku, dają jakiekolwiek uprawnienia do hodowania zwierząt gospodarskich (i nie tylko), bo w sumie to robić może każdy. Ale mniejsza o większość. Istotą powyższych dywagacji jest fakt, że ja w zawodzie nie pracuję, ale lubię przedstawiać się tytułem magister inżynier zootechnik Szarasia, bo jest czadowe. No i jak inżynier to wiadomo – umysł ścisły. Także możecie śmiało okrzyknąć mnie Michaelem Faradayem światowej blogosfery parentingowej. Nie obrażę się.

A wracając do meritum, wiemy już, że mimo, iż wiedzy praktycznej nie posiadam, jestem jak najbardziej kompetentną osobą do wypowiadania się w temacie zwierząt. Niczym Kinga Rusin wypowiadająca się na temat niskich zarobków w Polsce, czy Janusz Korwin Mikke o zasadności równouprawnienia na świecie. Także tego…

To, że czworonoga w domu nie posiadamy, nie znaczy, że Tomaszek nie ma kontaktu z sierściuchami. Zasadniczo ma i właśnie wchodzi w taki etap zainteresowania otoczeniem, że psy/koty i inne stworzenia futerkowe stanowią dla niego źródło niepohamowanej ekscytacji.

Najczęściej Rekiniątko spotyka się z Malibem. W teorii moim jamnikiem (a jakże!), w praktyce psiakiem moich rodziców, którzy to stwierdzili, że ja mogę sobie z gniazda wyfruwać, ale Malibu zostaje z nimi i nie ma żadnej dyskusji. I ja powalona siłą ich determinacji, musiałam przystać na tę propozycję nie do odrzucenia. Tym sposobem już na parę lat przed pojawieniem się pierworodnego, moja mama miała niesamowitą okazję trenowania bycia babcią. Dziś pies jest rozpuszczony jak dziadowski bicz i nie bardzo radzi sobie z konkurencją pod postacią Tomeczka.
Nie znaczy to absolutnie, że darzy, swego mniej kudłatego brata, jako wroga. Ich relacja przypomina, w istocie, relację czysto braterską. Malibu, starszak, teoretycznie ignoruje, irytującego Malucha, starającego się, za wszelką cenę, obrać go z sierści, ale jak tylko Tomek stęknie, rozpłacze się lub krzyknie niespodziewanie, ten staje niemalże na baczność i obserwuje sytuację. Jeżeli stan rzeczy jest niezmienny, włącza alarm. Będzie biegał od jednej osoby do drugiej, nawołując o pomoc dla swojego dziwnego, obłego przyjaciela. Tym sposobem, mimo, że na dźwięk płaczu swojego dziecka jestem wyczulona jak komar na moje łydki latem, jestem bombardowana rozpaczliwym nawoływaniem o pomoc w wersji stereo – Tomek i Malibu razem brzmią wyjątkowo przekonująco. I choćbym aktualnie ratowała świat przed zagładą, muszę rzucić wszystko i gnać z misją ratunkową do pierworodnego, inaczej w trybie pilnym sąsiedzi wezwaliby do nas policję, opiekę społeczną i CBŚ, w celu sprawdzenia, czemu znęcamy się nad dziećmi i zwierzętami.

Możemy być zatem pewni, że choćby pies był wyjątkowo zazdrosny o sralucha, nie pozwoli by stała mu się krzywda. I żadna elektroniczna niania nie jest nam potrzebna… Wystarczy Malibu.

dog police costume cops cop
Halo policja? Tomaszek w opałach!

Poza tym psy mają w sobie ogromne pokłady opiekuńczości i cierpliwości do małych istot. Na przykład, Malibu jest wyjątkowo wyczulony na kwestie trymowania (usuwania martwych włosków, w przypadku psów szorstkowłosych) i każda próba dokonania na nim tego czynu kończy się albo ucieczką, albo groźbami karalnymi z jego strony. Kiedy Tomaszek, w swoim stylu, wyrywa pieskowi sierść garściami, ten czeka cierpliwie aż dziecko skończy, ewentualnie oddali się, gdy ma już dość zabiegów kosmetycznych Rekiniątka.  I tu mam pewność, że pies dziecka nie skrzywdzi, choćby nie wiadomo co.

Oczywiście nie twierdzę, że do zwierząt nie należy podchodzić z odpowiednią dozą dystansu, bo nie. Pies/kot/świnka morska/wombat  to jednak zwierzę, po którym trzeba spodziewać się wszystkiego i zdrowy rozsądek wymaga by podchodzić do tematu z odpowiednim dystansem… Tylko, po głębszym zastanowieniu myślę sobie, że z ludźmi tym bardziej trzeba uważać.

I tym optymistycznym akcentem kończę, chociaż pewnie do tematu jeszcze wrócę, bo kto mi zabroni? 🙂

Bigos – czyli o odstawianiu Rekina od piersi

Mama zawsze mówiła, że mogę być kim chcę.

No więc, ja zostałam bigosem.

Już, już zbierałam się do pisania notki o odstawieniu malucha od piersi, że idzie mi to tak cudownie, że bez problemu, bez zbędnej farmakologii, że Szarasia – naczelny doradca laktacyjno-rozwojowy Rzeczpospolitej Polskiej.

I BAM!

Zapalenie piersi…

Także chodzę sobie obłożona z każdej strony liśćmi kapusty, niczym najsoczystszy gołąbek świata, wypijam oceany ziółek i cichutko łkam po kątach po każdym nokaucie pierworodnego, który niczym kotek przytula się do chorego miejsca… główką… z całej siły… często.


Oto ja. Mniamniuśne zdjęcie pochodzi stąd

I nie wiem gdzie błąd popełniłam, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowa perturbacja, a nie spektakularny upadek mojej nieinwazyjnej metody.

 

Kiedyś już wspominałam, że raczej nie należę do laktacyjnych wojowniczek walczących o to, by karmić dziecko wszędzie i zawsze, aczkolwiek jak już dane mi było dobrodziejstwo żywienia dziecka własnym mlekiem, nie zamierzałam z tego rezygnować.
Założenie jednak miałam jedno – odstawić po 6 miesiącach. I wiem, że w tym momencie wiele Matek Walczących łapie się z oburzeniem za pierś, że WHO, że flora bakteryjna, że bliskość, rozwój fizyczny i emocjonalny etc.
Well… Nie żebym się tłumaczyła nieprzebranym tłumom moich ukochanych czytelników, raczej usprawiedliwiam siebie przed sobą, ale niestety ze względów zdrowotnych po prostu MUSZĘ odstawić dziecko od cycka w czasie szybkim. I nie. Nie mam innego wyjścia.

Wiecie jak to ze mną jest?

Wiecie.

Otóż moje plany z rzeczywistością pozostają raczej, w dość luźnych stosunkach… Rzekłabym antagonistycznych.

Nowy Rok miał być momentem przełomowym, czyli że miałam odzyskać wolność dla piersi…
Dojechaliśmy do marca, a ja dalej karmię. Marginalne ilości, ale nadal karmię. Bo uparta to ja może jestem, ale… cóż… jak patrzę na tą małą pijawkę, która z taką pasją dopada do ukochanego cycusia, nie mam serca wprowadzać drastycznych metod odstawiennych.

Albowiem zasadniczo są właśnie 2 szkoły:

  1. Terapia szokowa- praktycznie z dnia na dzień. Dziecko ma absolutnego Bana na pierś, a mama ściąga mleko tylko po to by odczuć ulgę, uciszając tym sposobem laktację.
  2. Spokojne odstawienie- mocno rozłożone w czasie. Tak, by z tygodnia na tydzień zmniejszać ilość karmień piersią i zwiększać zainteresowanie malucha innymi pokarmami, już bardziej „dorosłymi”.

Ja wybrałam to drugie. I szczerze powiedziawszy to bardziej moja psychika cierpi niż Rekiniątka. No bo, to był taki NASZ czas, taki wyjątkowy i nierozerwalny. A teraz? Jedno karmienie. W nocy. Kiedy i ja i on, jesteśmy półtomni. Smuteczek.

Małe przechodzi cały proces praktycznie bezboleśnie. Być może dlatego, że odziedziczył, po mamusi, miłość absolutną do jedzenia… Jakiegokolwiek. Dlatego zastąpienie jednego karmienia, dajmy na to, soczkiem, nie stanowiło dla niego żadnego problemu.

Jednak do wszystkiego trzeba było się odpowiednio przygotować. Dlatego znając swoją sytuację, wiedziałam, że rozszerzanie diety będę musiała rozpocząć dosyć wcześnie. Stąd już od 4 miesiąca Pierworodny dostawał różnego rodzaju przeciery. Reagował różnie. Nie było jakichś większych problemów, do momentu rozpoczęcia ząbkowania. Wtedy nasze wybredne maleństwo postanowiło robić nam demonstracje wegetariańskie. W sensie wszystko, co miało w sobie, choćby śladowe, ilości mięsa, było automatycznie wypluwane i okraszane rzekami łez.
Ostatecznie jednak wstręt do mięska mu przeszedł zaraz po tym, jak wyrżnęły się jedynki. Mięsko pokochał miłością szczerą i czystą.

Właściwie, od kiedy rozpoczęłam rozszerzanie diety Tomeczkowi, ja zdobyłam dla siebie sporo wolnego czasu. Wcześniej, na każde zawołanie małego człowieka, biegłam przez mieszkanie, przeskakując zgrabnie, niczym gazela po afrykańskim stepie, hałdy złożone z zabawek, pieluch i ubranek, wydobywając z, przystosowanej do karmienia, odzieży pierś, by zaspokoić podstawową potrzebę mojego maleńkiego pączuszka. A miało to miejsce jakieś 18 razy dziennie.

Podobny obraz
Pączuszku nadchodzę.

Po wprowadzeniu stałego pokarmu, mój codzienny maraton skrócił się o jakieś 21 km. Także wszystko na plus, łącznie z rozmiarem spodni.

W tak zwanym międzyczasie, zaczęliśmy wprowadzać mleko zastępcze (dla alergików ze względu na AZS) i udało nam się w dzień wyeliminować karmienie piersią.

Laktacja ładnie się wyciszała, nie było żadnych problemów, aż do teraz.

W każdym razie dzięki mojemu Mężowi Akcja-Reakcja, szybko udało się zdiagnozować problem i podjąć odpowiednie kroki.

Także ja płaczę, dziecko się tuli, mleko płynie a Mariusz, chyba czuje się tak, jak ja przy ich ostatnich zębowych perypetiach.

Stare porzekadło mówi: jak nie urok to…