Bigos – czyli o odstawianiu Rekina od piersi

Mama zawsze mówiła, że mogę być kim chcę.

No więc, ja zostałam bigosem.

Już, już zbierałam się do pisania notki o odstawieniu malucha od piersi, że idzie mi to tak cudownie, że bez problemu, bez zbędnej farmakologii, że Szarasia – naczelny doradca laktacyjno-rozwojowy Rzeczpospolitej Polskiej.

I BAM!

Zapalenie piersi…

Także chodzę sobie obłożona z każdej strony liśćmi kapusty, niczym najsoczystszy gołąbek świata, wypijam oceany ziółek i cichutko łkam po kątach po każdym nokaucie pierworodnego, który niczym kotek przytula się do chorego miejsca… główką… z całej siły… często.


Oto ja. Mniamniuśne zdjęcie pochodzi stąd

I nie wiem gdzie błąd popełniłam, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowa perturbacja, a nie spektakularny upadek mojej nieinwazyjnej metody.

 

Kiedyś już wspominałam, że raczej nie należę do laktacyjnych wojowniczek walczących o to, by karmić dziecko wszędzie i zawsze, aczkolwiek jak już dane mi było dobrodziejstwo żywienia dziecka własnym mlekiem, nie zamierzałam z tego rezygnować.
Założenie jednak miałam jedno – odstawić po 6 miesiącach. I wiem, że w tym momencie wiele Matek Walczących łapie się z oburzeniem za pierś, że WHO, że flora bakteryjna, że bliskość, rozwój fizyczny i emocjonalny etc.
Well… Nie żebym się tłumaczyła nieprzebranym tłumom moich ukochanych czytelników, raczej usprawiedliwiam siebie przed sobą, ale niestety ze względów zdrowotnych po prostu MUSZĘ odstawić dziecko od cycka w czasie szybkim. I nie. Nie mam innego wyjścia.

Wiecie jak to ze mną jest?

Wiecie.

Otóż moje plany z rzeczywistością pozostają raczej, w dość luźnych stosunkach… Rzekłabym antagonistycznych.

Nowy Rok miał być momentem przełomowym, czyli że miałam odzyskać wolność dla piersi…
Dojechaliśmy do marca, a ja dalej karmię. Marginalne ilości, ale nadal karmię. Bo uparta to ja może jestem, ale… cóż… jak patrzę na tą małą pijawkę, która z taką pasją dopada do ukochanego cycusia, nie mam serca wprowadzać drastycznych metod odstawiennych.

Albowiem zasadniczo są właśnie 2 szkoły:

  1. Terapia szokowa- praktycznie z dnia na dzień. Dziecko ma absolutnego Bana na pierś, a mama ściąga mleko tylko po to by odczuć ulgę, uciszając tym sposobem laktację.
  2. Spokojne odstawienie- mocno rozłożone w czasie. Tak, by z tygodnia na tydzień zmniejszać ilość karmień piersią i zwiększać zainteresowanie malucha innymi pokarmami, już bardziej „dorosłymi”.

Ja wybrałam to drugie. I szczerze powiedziawszy to bardziej moja psychika cierpi niż Rekiniątka. No bo, to był taki NASZ czas, taki wyjątkowy i nierozerwalny. A teraz? Jedno karmienie. W nocy. Kiedy i ja i on, jesteśmy półtomni. Smuteczek.

Małe przechodzi cały proces praktycznie bezboleśnie. Być może dlatego, że odziedziczył, po mamusi, miłość absolutną do jedzenia… Jakiegokolwiek. Dlatego zastąpienie jednego karmienia, dajmy na to, soczkiem, nie stanowiło dla niego żadnego problemu.

Jednak do wszystkiego trzeba było się odpowiednio przygotować. Dlatego znając swoją sytuację, wiedziałam, że rozszerzanie diety będę musiała rozpocząć dosyć wcześnie. Stąd już od 4 miesiąca Pierworodny dostawał różnego rodzaju przeciery. Reagował różnie. Nie było jakichś większych problemów, do momentu rozpoczęcia ząbkowania. Wtedy nasze wybredne maleństwo postanowiło robić nam demonstracje wegetariańskie. W sensie wszystko, co miało w sobie, choćby śladowe, ilości mięsa, było automatycznie wypluwane i okraszane rzekami łez.
Ostatecznie jednak wstręt do mięska mu przeszedł zaraz po tym, jak wyrżnęły się jedynki. Mięsko pokochał miłością szczerą i czystą.

Właściwie, od kiedy rozpoczęłam rozszerzanie diety Tomeczkowi, ja zdobyłam dla siebie sporo wolnego czasu. Wcześniej, na każde zawołanie małego człowieka, biegłam przez mieszkanie, przeskakując zgrabnie, niczym gazela po afrykańskim stepie, hałdy złożone z zabawek, pieluch i ubranek, wydobywając z, przystosowanej do karmienia, odzieży pierś, by zaspokoić podstawową potrzebę mojego maleńkiego pączuszka. A miało to miejsce jakieś 18 razy dziennie.

Podobny obraz
Pączuszku nadchodzę.

Po wprowadzeniu stałego pokarmu, mój codzienny maraton skrócił się o jakieś 21 km. Także wszystko na plus, łącznie z rozmiarem spodni.

W tak zwanym międzyczasie, zaczęliśmy wprowadzać mleko zastępcze (dla alergików ze względu na AZS) i udało nam się w dzień wyeliminować karmienie piersią.

Laktacja ładnie się wyciszała, nie było żadnych problemów, aż do teraz.

W każdym razie dzięki mojemu Mężowi Akcja-Reakcja, szybko udało się zdiagnozować problem i podjąć odpowiednie kroki.

Także ja płaczę, dziecko się tuli, mleko płynie a Mariusz, chyba czuje się tak, jak ja przy ich ostatnich zębowych perypetiach.

Stare porzekadło mówi: jak nie urok to…

 

 

 

Reklamy

7 thoughts on “Bigos – czyli o odstawianiu Rekina od piersi

  1. Współczuję zapalenia piersi. Też przez to przechodziłam na samym początku. Zastój i zapalenie. Kwadratowy cycek, ból, mleko nie chciało lecieć, gorączka. Pomogło rozmasowanie zastoju i liście kapusty. Ja karmiłam dziecko butelką moim mlekiem ściągniętym laktatorem. Karmienie piersią nie wyszło. Udało mi się tak 4 miesiące, a potem musiałam przestać z kilku przyczyn. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s