Jak pies z dzieckiem – o roli zwierząt w życiu Malucha

Starym sharkmumowym zwyczajem, notkę zaczynam od lekcji wychowawczej, czyli od obiecanek, jak to ja zamierzam pracować nad swoją prokrastynacją i systematycznością wpisów.

Także, uwaga, uwaga – zamierzam.

I aby nie pozostać gołosłowną, zrobiłam sobie nawet miesięczną rozpiskę wpisów na bloga oraz zarys tematów na przyszłość.


WIN! WIN! WIN! Plus milion do ogarniętości.

W każdym razie dzisiaj chciałam poruszyć temat, który od dawna truchtał mi po głowie- a mianowicie o pogodzeniu życia dziecka z psem lub innym zwierzem domowym.

Zatem dzisiaj będzie notka czysto teoretyczna, ponieważ my, póki co, tego typu rozkmin nie prowadziliśmy, ani nie prowadzimy, ale może w przyszłości tak się właśnie stanie, a przygotowanym trzeba być. I już!

Poza tym, helloł! Jestem w końcu blogerką parentingową, a to daje mi dożywotnią wizę na wypowiadanie się w ABSOLUTNIE KAŻDYM temacie około dziecięcym. Od zagwozdek ginekologii położniczej, po ocenę etyki metod wychowawczych amiszów szwajcarskich. I nikt mi mojego świętego prawa mądrzenia się w tych sprawach (i innych również, bo niepisane prawo mówi, że bloger parentingowy może wypowiadać się na ABSOLUTNIE KAŻDY temat, także nie około dzieciowy), nie odbierze. Hawgh! Powiedziałam!

Jest i drugi argument, przemawiający za moim niezaprzeczalnym prawem wypowiadania się w temacie eukariontów w życiu dziecka. Jest nim fakt wykształcenia, jakie nabyłam dawno dawno temu w swoim życiorysie, czyli magister inżynier zootechnik. I jeżeli zastanawiacie się, czym zajmuje się magister inżynier zootechnik, śpieszę, czym prędzej, z odpowiedzią. Otóż nie mam najmniejszego pojęcia czym zajmuje się magister inżynier zootechnik. W sensie wiem, jaką wiedzę posiadam, ale nie jestem pewna, czy studia na tym kierunku, dają jakiekolwiek uprawnienia do hodowania zwierząt gospodarskich (i nie tylko), bo w sumie to robić może każdy. Ale mniejsza o większość. Istotą powyższych dywagacji jest fakt, że ja w zawodzie nie pracuję, ale lubię przedstawiać się tytułem magister inżynier zootechnik Szarasia, bo jest czadowe. No i jak inżynier to wiadomo – umysł ścisły. Także możecie śmiało okrzyknąć mnie Michaelem Faradayem światowej blogosfery parentingowej. Nie obrażę się.

A wracając do meritum, wiemy już, że mimo, iż wiedzy praktycznej nie posiadam, jestem jak najbardziej kompetentną osobą do wypowiadania się w temacie zwierząt. Niczym Kinga Rusin wypowiadająca się na temat niskich zarobków w Polsce, czy Janusz Korwin Mikke o zasadności równouprawnienia na świecie. Także tego…

To, że czworonoga w domu nie posiadamy, nie znaczy, że Tomaszek nie ma kontaktu z sierściuchami. Zasadniczo ma i właśnie wchodzi w taki etap zainteresowania otoczeniem, że psy/koty i inne stworzenia futerkowe stanowią dla niego źródło niepohamowanej ekscytacji.

Najczęściej Rekiniątko spotyka się z Malibem. W teorii moim jamnikiem (a jakże!), w praktyce psiakiem moich rodziców, którzy to stwierdzili, że ja mogę sobie z gniazda wyfruwać, ale Malibu zostaje z nimi i nie ma żadnej dyskusji. I ja powalona siłą ich determinacji, musiałam przystać na tę propozycję nie do odrzucenia. Tym sposobem już na parę lat przed pojawieniem się pierworodnego, moja mama miała niesamowitą okazję trenowania bycia babcią. Dziś pies jest rozpuszczony jak dziadowski bicz i nie bardzo radzi sobie z konkurencją pod postacią Tomeczka.
Nie znaczy to absolutnie, że darzy, swego mniej kudłatego brata, jako wroga. Ich relacja przypomina, w istocie, relację czysto braterską. Malibu, starszak, teoretycznie ignoruje, irytującego Malucha, starającego się, za wszelką cenę, obrać go z sierści, ale jak tylko Tomek stęknie, rozpłacze się lub krzyknie niespodziewanie, ten staje niemalże na baczność i obserwuje sytuację. Jeżeli stan rzeczy jest niezmienny, włącza alarm. Będzie biegał od jednej osoby do drugiej, nawołując o pomoc dla swojego dziwnego, obłego przyjaciela. Tym sposobem, mimo, że na dźwięk płaczu swojego dziecka jestem wyczulona jak komar na moje łydki latem, jestem bombardowana rozpaczliwym nawoływaniem o pomoc w wersji stereo – Tomek i Malibu razem brzmią wyjątkowo przekonująco. I choćbym aktualnie ratowała świat przed zagładą, muszę rzucić wszystko i gnać z misją ratunkową do pierworodnego, inaczej w trybie pilnym sąsiedzi wezwaliby do nas policję, opiekę społeczną i CBŚ, w celu sprawdzenia, czemu znęcamy się nad dziećmi i zwierzętami.

Możemy być zatem pewni, że choćby pies był wyjątkowo zazdrosny o sralucha, nie pozwoli by stała mu się krzywda. I żadna elektroniczna niania nie jest nam potrzebna… Wystarczy Malibu.

dog police costume cops cop
Halo policja? Tomaszek w opałach!

Poza tym psy mają w sobie ogromne pokłady opiekuńczości i cierpliwości do małych istot. Na przykład, Malibu jest wyjątkowo wyczulony na kwestie trymowania (usuwania martwych włosków, w przypadku psów szorstkowłosych) i każda próba dokonania na nim tego czynu kończy się albo ucieczką, albo groźbami karalnymi z jego strony. Kiedy Tomaszek, w swoim stylu, wyrywa pieskowi sierść garściami, ten czeka cierpliwie aż dziecko skończy, ewentualnie oddali się, gdy ma już dość zabiegów kosmetycznych Rekiniątka.  I tu mam pewność, że pies dziecka nie skrzywdzi, choćby nie wiadomo co.

Oczywiście nie twierdzę, że do zwierząt nie należy podchodzić z odpowiednią dozą dystansu, bo nie. Pies/kot/świnka morska/wombat  to jednak zwierzę, po którym trzeba spodziewać się wszystkiego i zdrowy rozsądek wymaga by podchodzić do tematu z odpowiednim dystansem… Tylko, po głębszym zastanowieniu myślę sobie, że z ludźmi tym bardziej trzeba uważać.

I tym optymistycznym akcentem kończę, chociaż pewnie do tematu jeszcze wrócę, bo kto mi zabroni? 🙂

Reklamy

6 thoughts on “Jak pies z dzieckiem – o roli zwierząt w życiu Malucha

  1. Moja Nika ma dokladnie tak samo jak zobaczy psa u moich rodzicow…najchetniej by ja za siersc wyczochrala i bardzo sie cieszy jak uda sie go dotknac. Niestety psina (swoja droga tez rozpieszczona jak dziadowski bicz bo moi rodzice mieli syndrom opuszczonego gniazda :p) nie odwzajemnia tej radosci i ucieka gdzie pieprz rosnie (dopoki moze bo mala jeszcze noe raczkuje). Za to obronca jest idealnym…nie dosc ze cala ciaze moj maz nie mogl dotykac brzucha bo pies szczerzyl kly (na szczescie juz jej przeszlo) to teraz zaden obcy sie do malej nie zblizy bez akceptacji ze strony kundla a wystarczy ze maluch zaplacze i juz jest w pokoju zobaczyc co sie stalo…i oczywiscie zawsze na dzien dobry trzeba obwachac przybysza zeby sprawdzic czy to „jej” dzidzia w wozku ;p Az soe boje co bedzie jak Nika zacznoe chodzic 🙂

    Polubienie

  2. Obawiam sie,ze jak Nika zacznie juz kumac o co w raczkowaniu chodzi i jak sie przemieszczac to moj biedny kundel dostanie nerwicy bo nie bedzie mial gdzie uciekac :p w koncu taki maly bajtel to i pod lozko wlezie za pieskiem…
    Ale nadal uwazam,ze kontakt z piesełami jest wazny dla takich szkrabow i na pewno zaprocentuje na przyszlosc :p

    Polubienie

  3. My narazie nie mamy niestety warunków na czworonoga ale nie wyobrażam sobie aby moje dziecko miało wychowywać się bez zwierzęcia w domu. U nas zawsze był pies i z nim zwiazane własnie mamy z bratem najlepsze wspomnienia z dziecinstwa. Nasza Maya uwielbia wszelkie włochate stworzenia więc pies u nas napewno kiedyś zamieszka!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s