Jak podróżować z dzieckiem i nie zwariować?

Pierworodny nauczył się mówić „Mama”, ale nie że mama, mamusia, moja ukochana mateczka, która w bólach wydawała mnie na świat przez kilka godzin.

Nie.

Mama w słowniku Rekiniątka oznacza „jestem głodny, weźże mnie nakarm kobieto”. I dochodzę do wniosku, że sąsiadów oszukam, znajomych oszukam, nawet męża słynącego z ponadprzeciętnej dociekliwości oszukam, ale dziecka nie oszukam.
Dziecko zauważy, że moja dieta istnieje bardziej w teorii niż w praktyce. Trudno zresztą nie zauważyć, jak wiecznie coś w jamie gębowej przeżuwam i mogę, logicznym ciągiem myślowym, kojarzyć się mojemu malutkiemu Pączuszkowi tylko z żarciem. A że siła genów psychopatycznej adoracji jedzenia jest wielka, Tomek przez cały dzień, w różnej tonacji i z godnym podziwu entuzjazmem, odśpiewuje hymn pod tytułem „Mama!”.

Także osnuta melodyjnością syna mojego (póki co) jedynego, postanowiłam ruszyć szare komórki i napisać notkę.

Paramount Movies movies thinking think clueless GIF

Dzisiaj miał być temat harmonogramu dnia 10 – miesięczniaka, ale jesteśmy aktualnie w trakcie reorganizacji naszych przyzwyczajeń, łącznie z nauką samodzielnego zasypiania (co idzie nam dosyć horrorystycznie) i dlatego ten temat przesunę na bliższą przyszłość, jak już w pełni będę mogła dumnie zakrzyknąć, że tak, moje metody wychowawcze są jedyne i niepodważalne i przynoszą spektakularne efekty, Tomek jest całkowicie samodzielny, potrafi komunikować się w 3 językach nowożytnych oraz języku migowym, a my z Mariuszem mamy czas na łechtanie naszego kulturalnego ducha w operze, możemy w spokoju zjadać ciepłe posiłki, a kawa nigdy nie ma szansy ostygnąć.

W związku z tym, będzie o podróżowaniu.

Bo wiecie. Zasadniczo są 2 teorie.

Pierwsza mówi o tym, że jak się ma małe dziecko, to siedzi się na dupsku w domku i czeka aż młodzież, chociażby usiądzie, co by w samochodzie nie odkształciły mu się plecki w foteliku. I o ile zgadzam się z kwestią pozycji wymuszonej w foteliku, o tyle nie jestem fanką całej teorii, że jak dziecko to koniec, the end, finito, ende zamykamy się na świat i wyłonimy się, MOŻE, jak młody wejdzie w okres dojrzewania.

 feel free to use GIFPo tych wszystkich latach, w końcu wolność!

Druga mówi, że nie należy się ograniczać. Że żyjemy w XXI wieku, a nie w średniowieczu. Że nie przewozimy już dzieci w skrzynkach po burakach, tylko w przetestowanych fotelikach z atestami wszelkich możliwych organizacji. Że owszem, pozycja wymuszona jest szkodliwa, ale dla dorosłego człowieka również, dlatego warto podróżować z głową! I ta teoria przemawia do nas w 100%.

Przez pierwszy miesiąc życia Tomka postanowiliśmy, że nigdzie dalej jechać nie będziemy. Byłoby to zresztą dosyć problematyczne ze względu na ilość posiłków oraz zmian pieluch. Jednak od drugiego miesiąca wyruszyliśmy na podbój świata.
Tak się nasze, moje i Mariusza, ścieżki przecięły, że spotkaliśmy się akurat w Poznaniu, ale ja pochodzę z miejscowości oddalonej od Poznania o 100 km, a Mariusz z miejscowości 170 km w zupełnie przeciwległą stronę. Tym sposobem jedni dziadkowie od drugich oddaleni są od siebie o niespełna 300 km. Wiedzieliśmy, że musimy to jakoś pogodzić, chociażby ze względu na święta, które naturalnie chcemy spędzać z jednymi i drugimi.
Dlatego postanowiliśmy przyzwyczajać Rekiniątko do podróży stopniowo. Najpierw wycieczka na 20 km, później na 40 km i tak dalej. W końcu udało nam się bez większych problemów doprowadzić do sytuacji, że i jedni i drudzy seniorzy zostali zaszczyceni naszą obecnością. Sukces!

Oczywiście w trakcie takich podróży, musieliśmy liczyć się z licznymi przystankami, nie tylko ze względu na potrzeby fizjologiczne bejbika, ale również zwykłe przystanki, tak żeby młody mógł chwilę odpocząć od fotelika. Ale udało się! Tomek tak przyzwyczaił się do podróżowania, że przeważnie jak tylko usłyszy dźwięk odpalanego silnika, zapada w sen, czasami nawet na kilka godzin i nie przeszkadza mu wtedy, że już dawno dojechaliśmy, został wyjęty z fotelika, rozebrany i nieświadomie zapozował do pierdyliarda śmiesznych (tylko w naszym uznaniu) zdjęć, którymi będziemy go szantażowali, kiedy przyjdą mroczne czasy buntu nastolatka. Nevermind.

W podróżowaniu z dzieckiem jest jeszcze jeden aspekt. Warto wyrobić sobie papiery na prowadzenie samochodów ciężarowych, ponieważ ilość gadżetów, jakie TRZEBA zabrać ze sobą, często nie mieści się w standardowym bagażniku. Kiedy wyjeżdżaliśmy na weekend (2 dni, jedna noc, jakby ktoś nie wiedział) do rodziców, starsza sąsiadka z naprzeciwka, widząc nas uwijających się przy samochodzie z całym podróżnym pierdolnikiem, z troską zapytała „Państwo znowu się przeprowadzacie?”.
Znowu, bo kiedyś w porywie naszych idealistycznych serc zapakowaliśmy cały (!) dobytek i wyprowadziliśmy się ze wszystkim (!!) na 4 dni (!!!), czule pielęgnując w naszych umysłach wizję sielankowego życia w porcie nad rzeką, jak jacyś amisze, gdzie ja codziennie witałabym dzień rytualnym patroszeniem, złowionego przez Mariusza, dorsza, a mój (wtedy jeszcze) narzeczony heroicznie zarzucałby kotwicę, pomagając zbłądzonym statkom znaleźć bezpieczną przystań. Zrezygnowaliśmy, jak tylko okazało się, że przysłowiowe życie amiszów, okazało się być boleśnie prawdziwe. I o ile życie bez ogrzewania bylibyśmy w stanie jakoś przeboleć, o tyle brak wody bieżącej, zdatnej do jakiegokolwiek użytku okazał się być przeszkodą nie do przeskoczenia. Więc, zapakowaliśmy z powrotem nasz dobytek i wróciliśmy do naszego cudownego podpoznańskiego mieszkanka z ogrzewaniem, wodą i innymi  ekskluzywnymi dobrami.

Wracając do tematu, samo łóżeczko turystyczne, wózek i zwykły bagaż zajmują ¾ samochodu, a weź tu jeszcze fotelik do karmienia, bujaczek, zabawki, ulubiony kocyk, pół metrowego Misiaka, podgrzewacze do butelek, zapas mleka, kaszek i kleików. Dorzuć do tego jeszcze całą apteczkę (na wszelki wypadek) i kilkanaście pozycji wydawniczych dla najmłodszych. Siłą rzeczy, zabraknie miejsca dla Ciebie. Dlatego nasz bagaż to mała tytka z biedry wypełniona, zasadniczo, tylko majtkami na zmianę, bo reszta i tak by się nie zmieściła. Dziecko doskonale nauczyło nas jednej ważnej rzeczy- nie potrzebujemy 90% rzeczy, które wydawały nam się niezbędne przed pojawieniem się naszego małego Robaczka. Ubrania na zmianę? Po co? I tak za chwilę, mała łapka wytaplana w bananie odbije się na samym środku koszulki. Kosmetyczka? Żeby młody zlizywał ze mnie warstwy tapety? Perfumy? Jak młody zrzuci bombę, to choćby i najintensywniejsze olejki eteryczne, nie pomogą…


Piątek, piąteczek, piątunio- czyli jedziemy na weekendzik (zdjęcie TU)

A jakie są Wasze doświadczenia z podróży?

 

 

Reklamy

Internetowe mamy – czyli dajcie mie strzelbę bo nie wytrzymię

Ostatnimi czasy przechodzimy, w sensie ja i Mariusz, poważne zmiany życiowe. Otóż postanowiliśmy zamienić opony zimowe na letnie. I już, już, pewnie, co wierniejsi czytelnicy bloga, podnoszą się z impetem z krzeseł i zakrzykują: „ale jak to? Przecież to już miało następować dawno! Co najmniej od nowego roku!”.
Owszem.
Miało.
I nawet tak się działo… Dzieje.
Co tydzień.
Od poniedziałku do czwartku.

A potem przychodzi weekend…

Bo młodzi rodzice formalnie nie mają weekendów. Bo do maluchów nie bardzo dociera filozofia piątku, piąteczku, piątuniunia. Bo i tak rytm dnia i nocy pozostaje taki sam. Bo na nic nam radość z wolnych dni, bo ich po prostu NIE MA!

Dlatego nasze, mój i Mariusza, sprytne organizmy wraz z nadejściem czwartkowego wieczoru, nagle przestawiają się na tryb weekendowego obżartuszka.
Po czterech dniach heroicznego wysiłku umysłowego, pod tytułem „z czym by zjeść ten topinambur na kolację oraz jak przyrządzić polędwiczki z piersi kurczaka, tak by były jak najbardziej bez kalorii”, wycieńczony głodówką mózg postanawia podjąć ostateczną próbę buntu. Niestety udaną. I tak przez kolejne 3 dni pływamy w oceanie węglowodanów, z radością nacieramy się różnymi olejami (z palmowym na czele), a w przerwach skaczemy po trampolinach sztucznych konserwantów i barwników.

HULU tv snl saturday night live nbc GIF

I przychodzi poniedziałek. Płacz i zgrzytanie zębów, że olaboga, dlaczego ja, ukryta prawda i szpital w jednym.

No.

Także od dzisiaj walczymy i w czwartek uprzejmie prosimy o wyjątkowo mocne trzymanie za nas kciuków, co by nasze postanowienia nie utonęły w hałdach tkanki tłuszczowej, która to ostatnimi czasy szturmem opanowuje okolice moich ud i podbródka.

I ja tak sobie siedzę i gmeram w Internecie, w poszukiwaniach szybkich i tanich sposobów na chudnięcie. Nieoceniony jest oczywiście stary, dobry wujaszek Google, ale ciocia Forum Internetowe bardzo zgrabnie dotrzymuje mu kroku.

Każdy, kto kiedykolwiek korzystał z Internetu wie, że wystarczą nanosekundy, chwila nieuwagi, leciuteńkie zboczenie z kursu myślowego i nagle znajdujemy się w tej części globalnej sieci, w jakiej nigdy znaleźć byśmy się nie chcieli, a nawet nie bardzo chcielibyśmy wiedzieć, że taka część istnieje. W związku z tym, ja na przykład nie bardzo wiem jak z tematu o detoksie organizmu, znalazłam się w tej części forum gdzie ludzie wysyłają zdjęcia różnych części swoich członków z pytaniami, czy ta plamka w okolicy lewego pośladka, to nie jest czasem objaw policystycznych jajników, a pytanie zadane jest przez użytkownika o tajemniczej nazwie „królewicz_rozkoszy69”.

 reaction wtf wut steve harvey dumbfounded GIF

I generalnie wszystko byłoby ok, bo co ja się będę mądrzyła, w końcu, od kiedy tylko istnieje Internet, ludzie szukają tam odpowiedzi na każde możliwe pytanie, łącznie z tymi dotyczącymi kwestii zdrowotnych, ale… No właśnie jest to ale. Bo o ile dorosły człowiek bierze pełną odpowiedzialność za siebie i swoje wybory, o tyle, jak widzę pytania mam, albo też tat, z całą galerią zdjęć pupek, cipuszek, penisków, z całą gamą pytań, czy konsystencja kupki jest prawidłowa, czy wysypka na policzkach jest ok, czy ta ropiejąca rana jest normalna, to natychmiast wpływa na moje usta soczyste KURWA MAĆ!

 fuck frustrated table flip fuck this shit GIF

Ludzie! Co jest z wami?! Czy konsultacja z lekarzem parzy?! Czy to naprawdę taki wielki problem, spiąć poślady i przejść się do pediatry, jak macie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące Waszych dzieci?! Ja rozumiem, że czasami lepiej nie panikować, i owszem nie mam nic przeciwko szukaniu w internecie możliwych diagnoz, ale na litość boską, serio myślicie, że mama, czy tata, czy ktokolwiek tam jest po drugiej stronie kabla, ma większe kompetencje od lekarza, by ocenić, na podstawie zdjęcia kupy Waszego Szkraba, czy wszystko z nim w porządku?! Serio?! SERIO?! NA PODSTAWIE ZDJĘCIA KUPY?!

Quo vadis świecie? Quo vadis??!!

I byłabym hipokrytką jakbym powiedziała, że nie korzystam z takich stron. Należę do chyba każdej możliwej grupy zrzeszającej mamy z różnymi artefaktami macierzyństwa. Fitmamy, Mamy z Warszawy/Poznania/Gdańska/Koszalina/Starej Dziedziny (bo w każdym z tych miejsc gdzieś kiedyś byłam, choćby przejazdem), rozszerzanie diety po 4 miesiącu, rozszerzanie diety po 6 miesiącu (obydwie grupy zwalczają się nawzajem z determinacją godną rolnika zwalczającego stonkę ziemniaczaną), mamy z włosami blond, mamy bez kolczyków, naturalne mamy, plastikowe mamy, mamy alergików, mamy żarłoczków, mamy niejadków i wiele, wiele innych. I zasadniczo uważam, że każda z tych grup ma ogromną wartość merytoryczną i można bardzo wielu rzeczy z nich się dowiedzieć, ale niektórzy mocno przeceniają ich możliwości.

Błagam, zatem! Jak widzicie zbłąkaną duszyczkę w internetowym świecie, wysyłającą zdjęcia części intymnych swojego dziecka, proszę zareagujcie, postarajcie się jej uświadomić, że Internet to nie jest idylliczne miejsce, w którym puchate króliczki, żyją w zgodzie z mądrymi wilczkami. Nie! Tak nie jest! Internet to ciemny las pełen nieprzyjaznych bestii i to, że zdarzają się miłe i pomocne stworzonka, nie znaczy, że zaraz nie trafimy na wilka w owczej skórze, który ze zdjęcia naszego Skarbeńka zrobi bardzo brzydki użytek.

Notka tak ku przestrodze, bo mnie już strzela.