Dziecko idealne – czyli Rekiniątko poszło do żłobka

Haniebnie długo nie pisałam żadnej notki, ale w międzyczasie działo się tyle. Ale naprawdę, działo się tyyyyyyyyle, że ciężko mi było spłodzić w swoim umyśle coś więcej niż pomysł na obiad z papierka, a i to rodziło się w bólach.

I cóż to się działo u Szarasi, że wielmożna pani napisać niczego nie mogła?

Wysoki sądzie! To wszystko z głodu! Bo Szarasia postanowiła w końcu doprowadzić się do stanu względnej używalności, a to jak wiemy misja prawie jak skolonizowanie Saturna (nie że tego sklepu, tylko tej gazowej kulki w kosmosie).
Przeglądając oferty namiotów wojskowych, w celu poszerzenia garderoby jesiennej, Wasza ulubiona blogerka światopoglądowo-parentingowa stwierdziła, że o nie, nie Szarasiu, odłóżże ten siedemnasty kawałek ciasta karmelowo-czekoladowego, spójrz na siebie, do czego się doprowadziłaś, pora coś ze sobą zrobić. No i zrobiłam – przeszłam na dietę… A że podaż wartości energetycznej była rozpaczliwie poniżej poziomu popytu na nią, udało się póki co pozbyć około 10 kg. Nie powiem. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś tam, poniżej mojego pępka, istnieje druga część ciała… ba czasami, kiedy stanę przybierając odpowiednio żenującą pozę, rodem z jakiegoś celebryckiego talentshow, mogę nawet tą dolną część swojej osoby zobaczyć! Tyle wygrać!

 angry healthy diet cookie monster salad GIF

Codzienność Szarasi

Poza tym  zdążyłam wrócić do stada spełniających się samic sukcesu – czyli wróciłam do pracy.

I powstrzymując falę oburzenia, że jak to, przecież kobiety, które zostają z dziećmi w domu też pracują i to pierdyliard razy ciężej i się spełniają i są super, odpowiadam: otóż ja się totalnie z tym zgadzam, bo uważam, że każda matka to ultrasamica absolutnego ultrasukcesu, ja natomiast świadomie postawiłam na regres. No bo ile można być żywym obrazem chodzącej perfekcji? No ile? Do znudzenia?

Poza tym, moje masochistyczne alter ego, aż wpada w drgawki samozachwytu, po usłyszeniu po raz czterysta pięćdziesiąty ósmy zdanio-pytania „ojej. Tomuś poszedł do żłobka… hm… a nie chciałaś z nim zostać?”.

I żeby czasem nie doprowadzić swojej psychiki do niebezpiecznego stanu zadławienia się niepohamowaną falą radośnie rozhisteryzowanych emocji, w związku z ciągłym powtarzaniem tego samego, odpowiadam publicznie iż:

Owszem. Chciałam zostać z Tomkiem w domu. Najchętniej zostałabym z nim w domu tak do 37 roku życia i karmiłabym go piersią dopóki grymas obrzydzenia i pogardy otoczenia, nie towarzyszyłby mi na absolutnie każdym kroku, ale niestety mój upośledzony instynkt macierzyński nakazuje mi robić karierę kosztem mojej poszkodowanej, pozbawionej troski rodziny.

Tak gwoli wyjaśnień.

I w związku z powyższym, dzisiaj będzie o plusach wysłania dziecia do instytucji zwanej żłobkiem.

Wiem…

Znam ten światopogląd, że żłobek to najgorsze zło, źródło zarazków i najgorszego cierpienia biednych i strapionych tęsknotą za rodzicami maluszków, ale postanowiliśmy jednak podjąć to ryzyko i Rekiniątko na te głębokie wody puścić.

I wiecie co?

Młody absolutnie zakochał się w tym miejscu. Po dniu adaptacyjnym, kiedy poszedł na parę chwil, by oswoić się z nowym miejscem, nie bardzo miał ochotę wracać do domu.

Kolejne dni przebiegały i nadal przebiegają bez żadnych problemów.

Oczywiście zdarzają się incydenty, jak krwawa walka o zabawki z popychaniem, gryzieniem i drapaniem na czele, ale my podchodzimy do tego bardziej jak do kursu przygotowawczego do prawdziwej gehenny jaką jest ŻYCIE.

Szarątko uczy się wielu pożytecznych rzeczy w żłobku, i nawet nie wiecie jaką dumą napawa matkę widok pierwszego dzieła malarskiego swojego pierworodnego, pod postacią trzech kleksów na wyrysowanym drzewie, które to kleksy mają obrazować jesienny obraz spadających liści z drzewa, będących metaforą ulotności chwili, a zarazem być alegorią tempa zmienności pokoleń. Bogactwo barw, jakie zaobserwować można na tym, jakże wybitnym dziele, przywołuje symbolikę marzeń sennych, które przybierają różne odcienie w zależności od nałożonego na nie filtra codzienności.
Ja nie wiem… Tak mały człowiek, a tak wiele potrafi swoim artystycznym przekazem zobrazować. Geniusz… Po prostu Geniusz.

20170926_154934I niech mi ktoś powie, że to nie jest arcydzieło!!

Kolejnym plusem jest dbałość malucha o to, by czasu spędzonego razem nie tracić na jakieś tam pierdoły typu zmywanie naczyń, czy sprzątanie mieszkania. Kiedy tylko staję przy zlewie, dziecko wchodzi między mnie, a centrum dowodzenia brudnych naczyń i wyraźnie odpycha mnie od niego jak najdalej. Wszelkie próby sprzątania kończą się wymuszonym płaczem, by natentychmiast wziąć Rekiniątko na ręce i przytulać, przytulać, przytulać. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to sytuacja typu win! Win! win!

Dzieciok nauczył się też sprzątać, a już szczególnie upodobał sobie wyrzucanie śmieci. Cokolwiek znajdzie na swojej drodze, czego nie jest w stanie zaklasyfikować do kategorii zabawka, ląduje w śmieciach. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile rodzinnego majątku zostało wywiezione przez gminną spółkę zarządzającą odpadami, na wysypisko. W każdym razie, pedantyczne dążenie do pozbycia się z podłóg jakichkolwiek niezidentyfikowanych przedmiotów należy zaliczyć na plus.

20171002_190658

Żeby nie było, że Rekiniątko się nagle takie idealne stało. To za nim to efekt jego
3-minutowej pracy

I żeby nie było, że żłobki to takie przetwórnie małych potworków w dzieci idealne, to niestety, są też minusy.

Pierwszym są choroby.

Cóż. Od kiedy tylko Tomek wymaszerował na podbój żłobkowego świata, cała nasza rodzina, efektem kuli śnieżnej zaczęła chorować. Najpierw młodzież chora – tydzień w domu. Potem przeszło na Matkę Polkę, a kiedy już dzieciok i mać poczuli się lepiej, to złapało Ojca Rodziny. Po tej zabawie w chorobowe domino, wszystko rozpoczęło się od nowa, tylko w innej kolejności i trwa do dzisiaj. Bo ja już, już się cieszyłam, że oto dwa dni czułam się absolutnie rewelacyjnie, po czym obudziłam się pięknego piątkowego poranka z pieśnią pochwalną na ustach, a tu cisza….. Cały świat zamarł. Bo Szarasia nie ma głosu. Wszelkie sprawy formalne załatwiał Mąż, a ja raczyłam się drinkami z majeranku i soli. Teraz, może nie że od razu mówię, bardziej można dźwięki wydobywające się z mojej skromnej osoby, przyrównać do nienaoliwionej i podrdzewiałej szafy pancernej, ale przynajmniej mogę się komunikować. Brawo ja!

Drugim są postawy buntownicze.

Znacie ten obrazek, kiedy jesteście w sklepie z dzieckiem, które rozkosznie tupta między asortymentem, zrzucając co poniektóre pozycje z półek, pociesznie chichrając się w rytm tłuczonego szkła? A kiedy tylko wyrażacie jakąkolwiek, choćby najmniejszą, formę dezaprobaty dla Waszego potomstwa, spotykacie się z rozrywającym serce płaczem, tarzaniem się po ziemi, tupaniem nogami i obrzucaniem wzrokiem pełnym bólu i poczucia niesprawiedliwości?

Bo ja tak.

Ale nic tam. Bunt dwulatka u 15-miesięcznego dziecka, to nie jest jeszcze taki dramat, prawda?

PRAWDA?!

I tym optymistycznym akcentem skończę dzisiejszą notkę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s