Życie na krawędzi

Ostatnio, postanowiliśmy stawiać na spontaniczność. Taką, że wiecie, krew staje w żyłach, włosy, o których istnieniu nie ma się pojęcia, powstają jak nowe podmiejskie osiedla, a w uszach dudni na cały regulator „RUda tańczy jak szalona”.

Także, w duchu nowego, żywiołowego życia, postanowilismy wybrać się na wycieczkę z dzieckiem, bez drzemki (!), bez obiadu („a idziemy w gości, z pewnością będzie jakieś ciasto” #matkaroku2018 #przepadło) i bez jakiegoś szczególnego zaopatrzenia żywieniowego dla miniczłowieka.

Ostatni raz taki poziom adrenaliny w naszej rodzinie wygenerowałam, kiedy zaproponowałam Mariuszowi wspólne założenie karty w miejskiej bibliotece.

Jedziemy sobie zatem na wycieczkę, szalenie z siebie zadowoleni, że tak spontanicznie, że bez planowania, że tak jak stali, tak wyszli #krejzole #handlujztym, aż tu nagle z tylnego siedzenia pada „mamo poproszę deserek”.

Świat zamarł.

Chwila bębniącej w uszach ciszy, przeciąga się w nieskończoność, bo logicznym jest, że kiedy rzeczonego deserka się zapomniało (#wiadomo), to najlepiej udawać chwilowy niedosłuch odbiorczy. A w mojej głowie dzieje się film pasjonujący. Całe życie przebiega mi przed oczami, zwalniajac tylko w najbardziej żenujących momentach. Że niby takie akcje, to tylko w chwili zagrożenia życia #bullshit.

W każdym razie, ja już wiem, że czasu jest niewiele, bo kolejne zdanie wypowiedziane, przez żywą, tykającą bombę będzie „mamoo, poproszę deserek… prooooooszę”, a kiedy i na ten drugi sygnał nie będzie odzewu, bomba wybuchnie i nie będzie co z naszych szczątków zbierać.

Szybko analizuję ostatnio pozyskana wiedzę z książki „Jak mówić żeby maluchy nas słuchały”. Wspinam się na szczyty moich negocjacyjnych możliwości. Dziecko powoli zaczyna płynnie przechodzić z fazy „prooooosię” do „matka dawaj deserka, bo jak nie, to ci urządzę tutaj Blitzkrieg!”. Zgodnie z wszelkimi instrukcjami, akceptuję jego uczucia („Masz ochotę na deserek”), omawiam sytuację („problem polega na tym, że mamusia deserka nie wzięła”), staram się użyć humoru („ale zobacz, pan brzuszek krzyczy ‚ja już nic nie zmieszczę, litości, panie litości!!”), ale dziecko ksiażki chyba nie czytało i nie wie, że teraz powinno słodko zachichotać, kontynuujac wycieczkę w przyjaznej atmosferze. Zamiast tego rytmicznie przekrzykuje mnie, używając najwyższych rejestrów, więc zmieniam taktykę („co możemy zrobić w tej sytuacji?”), miniczłowiek nie wydaje się być porwany perspektywą wspólnego szukania rozwiązań, w zwiazku z czym ja zaczynam („możeeee…. zerwiemy jabłuszka po drodze i zrobimy mus, albo zajedziemy do sklepu i kupimy, albo…. albo zrobimy czary mary”), na co dziecko milknie, robi ustka w podkówkę i teatralnie zaczyna pociagać suchym noskiem, co na moje serce działa, jak zjazd gołym dupskiem po papierze ściernym, do wanny pełnej śliwowicy – w sensie, że krwawi i szczypie jak pierun.

Negocjacje z dwulatkiem, to nie był najlepszy z moich pomysłów w karierze supermamy. Z góry skazana na porażkę, sięgam po broń ostateczną – herbatniki, na co dziecko z pogardą, walącą prosto w moją zdesperowaną twarz, odpowiada „już nie cie”.

#nocozrobisz #nicniezrobisz #poległam #przegryw

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s