Słowo na niedzielę – czyli o tym jak dziecko prawdę Ci powie

Bywają takie dni, kiedy najlepszym rozwiązaniem jest wyjść na dwór, udać się do lasu (koniecznie liściastego), znaleźć odpowiednio dużą kupkę liści (utwierdzając się wcześniej w przekonaniu, iż w tym kopczyku kupka jest tylko w nazwie), wydrążyć swym obłym ciałem tunel, okopać się szczelnie szeleszczącą okrywą i przeziomować w swoim ekoschronie tę dobę.

Tak też jest dzisiaj.

Jako matka polka, z alkoholem jestem od jakiegoś czasu w raczej skomplikowanym związku na odległość, w sensie że chęci to może i od czasu do czasu by były, ale jak już coś do organizmu wprowadzam to ścina mnie z nóg niczym Magicala na ostatniej gali mordobitek dla jutuberów. Pół biedy jak mnie zetnie i po prostu mi się oko przymknie, eliminując mnie, tym samym, z dalszych wyskokowych rozrywek. Gorzej jak wypijam sok chmielowy w ilościach porównywalnych z importem chińskiej elektroniki do krajów unii.

Wtedy niby wszystko fajnie, haha hihi, bawimy się i udajemy na imprezie, że ten samodzielny byt z przodu, falujący na wszystkie strony, bez jakiejkolwiek kontroli z naszej strony, to nie jest pociążowa fałdka (która notabene powinna wchłonąc się jakieś 2 lata temu) , tylko element naszego fikuśnego przebrania na halloween („ale, że to dopiero za dwa tygodnie? No ja nie mogę! Ale ze mnie krejzi babeczka, kompletnie mi się imprezy pomyliły!”). I kiedy już wrócimy do domu, odkryjemy, że dziecko przeprowadziło małą rewolucję w układach z dziadkami i leży między nimi w łóżku, tworząc swym miniciałkiem środkową kreskę w literce H, my zmęczeni szalonym życiem zasypiamy, żeby po dwóch godzinach usłyszeć nad 35-tonową głową, pisk porównywalny z szaleńczą jazdą paznokciami po tablicy, „mama, tata pobudkaaaa!!!”. I nie ma wybacz, że głowa boli, w gardle wielka klucha, a cały swój mizerny byt lekko podśmierduje. Trzeba z uśmiechem przywitać się z miniczłowiekiem i rozpocząć dzień. I dajesz się tak oglądać, w tym żałosnym stanie, swojemu mężowi, bo jest Ci totalnie wszystko jedno (#bólgłowy #poziomhard), a on nie mogąc znaleźć innych słów, kłamie Ci w żywe oczy, że nie wyglądasz tak źle (nawet mu brewka nie tyknie). Nie spodziewasz się jednak po dzisiejszym dniu żadnej szczerej reakcji, bo taka mogłaby trwale zreorganizować relacje społeczne, na Twoją niekorzyść.

Nie masz też czasu się nad tym zastanawiać, bo miniczłowiek, jakby wyczuwając Twoją czasową niedyspozycję, domaga się uwagi ze zdwojoną mocą. Układasz więc z nim puzzle, budujesz najwyższe wieże z klocków, kolorujesz zwierzątka najpiękniej jak potrafisz, równiuteńko przyklejasz naklejki i masz wrażenie, że złapałaś pana Boga za nogi, bo te zajęcia tak cudownie nie angażują Twoich szarych komórek do jakiejkolwiek aktywności, co jest dzisiaj tak bardzo ważne. I nagle miniczłowiek przybiega do Ciebie z hawajskim łańcuchem – zdobyczą z klubowych wojaży dnia poprzedniego, zarzuca Ci go na głowę, poprawia przy uchu i oznajmia:

– jesteś piękną księżniczką

#ijamuwierzę #jestemksiężniczką #ikoniec ❤

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s