Dziecko idealne – czyli Rekiniątko poszło do żłobka

Haniebnie długo nie pisałam żadnej notki, ale w międzyczasie działo się tyle. Ale naprawdę, działo się tyyyyyyyyle, że ciężko mi było spłodzić w swoim umyśle coś więcej niż pomysł na obiad z papierka, a i to rodziło się w bólach.

I cóż to się działo u Szarasi, że wielmożna pani napisać niczego nie mogła?

Wysoki sądzie! To wszystko z głodu! Bo Szarasia postanowiła w końcu doprowadzić się do stanu względnej używalności, a to jak wiemy misja prawie jak skolonizowanie Saturna (nie że tego sklepu, tylko tej gazowej kulki w kosmosie).
Przeglądając oferty namiotów wojskowych, w celu poszerzenia garderoby jesiennej, Wasza ulubiona blogerka światopoglądowo-parentingowa stwierdziła, że o nie, nie Szarasiu, odłóżże ten siedemnasty kawałek ciasta karmelowo-czekoladowego, spójrz na siebie, do czego się doprowadziłaś, pora coś ze sobą zrobić. No i zrobiłam – przeszłam na dietę… A że podaż wartości energetycznej była rozpaczliwie poniżej poziomu popytu na nią, udało się póki co pozbyć około 10 kg. Nie powiem. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś tam, poniżej mojego pępka, istnieje druga część ciała… ba czasami, kiedy stanę przybierając odpowiednio żenującą pozę, rodem z jakiegoś celebryckiego talentshow, mogę nawet tą dolną część swojej osoby zobaczyć! Tyle wygrać!

 angry healthy diet cookie monster salad GIF

Codzienność Szarasi

Poza tym  zdążyłam wrócić do stada spełniających się samic sukcesu – czyli wróciłam do pracy.

I powstrzymując falę oburzenia, że jak to, przecież kobiety, które zostają z dziećmi w domu też pracują i to pierdyliard razy ciężej i się spełniają i są super, odpowiadam: otóż ja się totalnie z tym zgadzam, bo uważam, że każda matka to ultrasamica absolutnego ultrasukcesu, ja natomiast świadomie postawiłam na regres. No bo ile można być żywym obrazem chodzącej perfekcji? No ile? Do znudzenia?

Poza tym, moje masochistyczne alter ego, aż wpada w drgawki samozachwytu, po usłyszeniu po raz czterysta pięćdziesiąty ósmy zdanio-pytania „ojej. Tomuś poszedł do żłobka… hm… a nie chciałaś z nim zostać?”.

I żeby czasem nie doprowadzić swojej psychiki do niebezpiecznego stanu zadławienia się niepohamowaną falą radośnie rozhisteryzowanych emocji, w związku z ciągłym powtarzaniem tego samego, odpowiadam publicznie iż:

Owszem. Chciałam zostać z Tomkiem w domu. Najchętniej zostałabym z nim w domu tak do 37 roku życia i karmiłabym go piersią dopóki grymas obrzydzenia i pogardy otoczenia, nie towarzyszyłby mi na absolutnie każdym kroku, ale niestety mój upośledzony instynkt macierzyński nakazuje mi robić karierę kosztem mojej poszkodowanej, pozbawionej troski rodziny.

Tak gwoli wyjaśnień.

I w związku z powyższym, dzisiaj będzie o plusach wysłania dziecia do instytucji zwanej żłobkiem.

Wiem…

Znam ten światopogląd, że żłobek to najgorsze zło, źródło zarazków i najgorszego cierpienia biednych i strapionych tęsknotą za rodzicami maluszków, ale postanowiliśmy jednak podjąć to ryzyko i Rekiniątko na te głębokie wody puścić.

I wiecie co?

Młody absolutnie zakochał się w tym miejscu. Po dniu adaptacyjnym, kiedy poszedł na parę chwil, by oswoić się z nowym miejscem, nie bardzo miał ochotę wracać do domu.

Kolejne dni przebiegały i nadal przebiegają bez żadnych problemów.

Oczywiście zdarzają się incydenty, jak krwawa walka o zabawki z popychaniem, gryzieniem i drapaniem na czele, ale my podchodzimy do tego bardziej jak do kursu przygotowawczego do prawdziwej gehenny jaką jest ŻYCIE.

Szarątko uczy się wielu pożytecznych rzeczy w żłobku, i nawet nie wiecie jaką dumą napawa matkę widok pierwszego dzieła malarskiego swojego pierworodnego, pod postacią trzech kleksów na wyrysowanym drzewie, które to kleksy mają obrazować jesienny obraz spadających liści z drzewa, będących metaforą ulotności chwili, a zarazem być alegorią tempa zmienności pokoleń. Bogactwo barw, jakie zaobserwować można na tym, jakże wybitnym dziele, przywołuje symbolikę marzeń sennych, które przybierają różne odcienie w zależności od nałożonego na nie filtra codzienności.
Ja nie wiem… Tak mały człowiek, a tak wiele potrafi swoim artystycznym przekazem zobrazować. Geniusz… Po prostu Geniusz.

20170926_154934I niech mi ktoś powie, że to nie jest arcydzieło!!

Kolejnym plusem jest dbałość malucha o to, by czasu spędzonego razem nie tracić na jakieś tam pierdoły typu zmywanie naczyń, czy sprzątanie mieszkania. Kiedy tylko staję przy zlewie, dziecko wchodzi między mnie, a centrum dowodzenia brudnych naczyń i wyraźnie odpycha mnie od niego jak najdalej. Wszelkie próby sprzątania kończą się wymuszonym płaczem, by natentychmiast wziąć Rekiniątko na ręce i przytulać, przytulać, przytulać. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to sytuacja typu win! Win! win!

Dzieciok nauczył się też sprzątać, a już szczególnie upodobał sobie wyrzucanie śmieci. Cokolwiek znajdzie na swojej drodze, czego nie jest w stanie zaklasyfikować do kategorii zabawka, ląduje w śmieciach. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile rodzinnego majątku zostało wywiezione przez gminną spółkę zarządzającą odpadami, na wysypisko. W każdym razie, pedantyczne dążenie do pozbycia się z podłóg jakichkolwiek niezidentyfikowanych przedmiotów należy zaliczyć na plus.

20171002_190658

Żeby nie było, że Rekiniątko się nagle takie idealne stało. To za nim to efekt jego
3-minutowej pracy

I żeby nie było, że żłobki to takie przetwórnie małych potworków w dzieci idealne, to niestety, są też minusy.

Pierwszym są choroby.

Cóż. Od kiedy tylko Tomek wymaszerował na podbój żłobkowego świata, cała nasza rodzina, efektem kuli śnieżnej zaczęła chorować. Najpierw młodzież chora – tydzień w domu. Potem przeszło na Matkę Polkę, a kiedy już dzieciok i mać poczuli się lepiej, to złapało Ojca Rodziny. Po tej zabawie w chorobowe domino, wszystko rozpoczęło się od nowa, tylko w innej kolejności i trwa do dzisiaj. Bo ja już, już się cieszyłam, że oto dwa dni czułam się absolutnie rewelacyjnie, po czym obudziłam się pięknego piątkowego poranka z pieśnią pochwalną na ustach, a tu cisza….. Cały świat zamarł. Bo Szarasia nie ma głosu. Wszelkie sprawy formalne załatwiał Mąż, a ja raczyłam się drinkami z majeranku i soli. Teraz, może nie że od razu mówię, bardziej można dźwięki wydobywające się z mojej skromnej osoby, przyrównać do nienaoliwionej i podrdzewiałej szafy pancernej, ale przynajmniej mogę się komunikować. Brawo ja!

Drugim są postawy buntownicze.

Znacie ten obrazek, kiedy jesteście w sklepie z dzieckiem, które rozkosznie tupta między asortymentem, zrzucając co poniektóre pozycje z półek, pociesznie chichrając się w rytm tłuczonego szkła? A kiedy tylko wyrażacie jakąkolwiek, choćby najmniejszą, formę dezaprobaty dla Waszego potomstwa, spotykacie się z rozrywającym serce płaczem, tarzaniem się po ziemi, tupaniem nogami i obrzucaniem wzrokiem pełnym bólu i poczucia niesprawiedliwości?

Bo ja tak.

Ale nic tam. Bunt dwulatka u 15-miesięcznego dziecka, to nie jest jeszcze taki dramat, prawda?

PRAWDA?!

I tym optymistycznym akcentem skończę dzisiejszą notkę.

Reklamy

Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg

Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉

Wojny męsko-męskie, Freud, pułapka na faceta – czyli o porządkach słów kilka

Mam w domu dwa antagonistyczne obozy, zwalczające się z równą zaciekliwością.

Z jednej strony Mariusz – mąż mój, który jest raczej duszą pedantyczną. Może nie składa bokserek w kostkę przed snem (a nawet jakby to robił, to pozbawione byłoby to najmniejszego sensu, bo od kiedy Szarątko nauczyło się otwierać szuflady, samo ustala jak wyglądać ma ich wnętrze… i bynajmniej, nie uświadczymy tam niczego złożonego w kostkę), ale ma podejście perfekcjonistyczne do otaczającej go rzeczywistości, co przy mojej osobie jest jeszcze bardziej zauważalne, bo z pedantycznych rzeczy to ja bardzo poważnie podchodzę do kwestii doprowadzania kształtu mojego ciała do perfekcyjnej kuli.
W każdym razie Mariusz, jak tylko zbliża się jakaś bardziej znacząca data w naszym kalendarzu, to planuje porządki. Bo wiecie. Ja jestem na macierzyńskim. Codziennie sprzątam w mieszkaniu i mój mąż to bardzo docenia. Ale Mariusz, lubi jak posprzątane jest w jego stylu. Mi nic nie powie, bo wie, że obudziłby bestię, i potem foch przez trzy dni, na obiad ziemniaki z solą i zwracanie się do siebie w sposóbformalny, ale widzę, jak wielka walka czasem toczy się w jego czyściutkim serduszku, kiedy widzi, że po moich ostatnich kuchennych rewolucjach, ściany w kuchni pokryte są malowniczymi plamkami tłuszczu, kefiru, pomidorów, czy innych składników naszej strawy. Także jak już mój Mąż planuje porządki, to można spodziewać się fajerwerków z drobnymi pracami remontowymi włącznie. Po jego porządkach, można śmiało zapraszać gości na ucztowanie prosto z podłogi, bo żaden drobnoustrój nie ma prawa, ani najmniejszej szansy w starciu z filozofią pedantyzmu mojego męża.

Z drugiej strony Tomasz – syn nasz, który ewidentnie kieruje się w życiu filozofią chaosu. To nie jest tak, że damy Młodemu zabawkę, choćby i najbardziej multifunkcjonalną, i on momentalnie zostaje wciągnięty w wir zabawy na najbliższe godziny. Otóż nie. Tomasz lubi tworzyć wokół siebie przestrzeń pełną… wszystkiego. Czasami zastanawiam się, jak to małe urocze stworzonko, potrafi tak szybko przekształcić pustą podłogę w festiwal kolorów. Kiedy z pokoju Szarańczy nie wydobywa się żaden dźwięk, to my już wiemy, że prawdopodobnie młodzian demontuje panele, rozmontowuje okno, albo reorganizuje przestrzeń w naszej szafie. Cóż… Gen bałaganiarstawa… tfu… twórczego nieładu, ma ewidentnie po mamusi.

Dlatego, jeżeli kiedykolwiek chciałabym zastawić pułapkę, na któregoś z moich chłopaków to wystarczyłoby, albo zostawić na środku pokoju jakiegoś paprocha, albo pozostawić coś w idealnym porządku. Ani jeden, ani drugi, nie pozwoliłby sobie na taką zniewagę. I nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo swoich nieco rozbieżnych stanowisk w kwestii trzymania porządku, Mariusz i Tomek, doskonale się ze sobą dogadują… No chyba, że działa to na zasadzie istnego perpetuum mobile – Tomek rozwala, Mariusz układa, Tomek rozwala itd. I każdy ma co robić w tej relacji.

I tak o tym wzajemnym zwalczaniu się, dzisiejsza notka. Otóż, kiedy byłam jeszcze młodą, piękną i beztroską ptaszynką, szukającą swojej drogi życiowej, otarłam się o studia psychologiczne. Ostatecznie porzuciłam uczelnię, obrażając się na nią do odwołania, ale zamiłowanie do pewnych aspektów psychologii rozwojowej pozostało. A będąc na studiach psychologicznych nie sposób ominąć pewnego pana, który stał się niejako wizytówką współczesnej psychologii, niekoniecznie ją definiując. Mowa oczywiście o Zyziu Freudzie, który miał kilka teorii, które nieodwracalnie wryły się w historię psychologii. Między innymi stworzył, znaną chyba każdemu, choćby ze słyszenia, teorię Kompleksu Edypa (lub też Elektry, wprowadzoną przez pana Junga, do czego pan Freud nie podchodził zbyt entuzjastycznie). W skrócie, teoria ta opiera się na domniemaniu, iż na pewnym etapie rozwoju malucha pojawia się zazdrość o matkę, podszyta przesłankami seksualnymi. Stąd, na którymś etapie życia (dość wczesnym bo w okolicach 2-3 roku) synkowie roszczą sobie prawa do mam, chcąc eliminować rolę ojców. Z drugiej jednak strony pojawia się lęk kastracyjny – Maluch obawia się, że czyniąc sprzeciw ojcu, który jest silniejszy i ma większy autorytet, zostanie narażony na  pozbawienie swojej męskości. Dlatego też, przy odpowiednich relacjach matka – syn – ojciec, dziecko jest w stanie prawidłowo wykształcić w sobie składnik osobowości zwany superego (odpowiedzialny za moralność i kulturowe ideały), jeżeli konflikt ten nie zostanie prawidłowo rozwiązany, dziecko narażone jest w przyszłości na problemy osobowościowe, które przez pana Zygmunta były tłumaczone bardzo często właśnie nierozwiązanym kompleksem Edypa.
Z drugiej strony jest jeszcze Jungowska teoria Kompleksu Elektry, dotyczącego dziewczynek, które na podobnym etapie, co chłopcy, odkrywają różnice płciowe i pojawia się zjawisko zwane „zazdrością o penisa”. Tutaj z kolei rozpoczyna się rywalizacja między mamą, a córką o ojca. I według tej teorii, o ile chłopcy są w stanie całkowicie wyrosnąć z Kompleksu Edypa, o tyle dziewczynki nigdy do końca z tego nie wyrastają, przez co superego kobiet jest słabsze. Także wiecie kobitki…. Morale to u nas moooocno kuleją, i co gorsza, nie mamy za bardzo nadziei na poprawę.

Oczywiście teorie te nie mają żadnego naukowego potwierdzenia w prowadzonych badaniach. Są wręcz mocno krytykowane, chociażby przez psychologów ewolucyjnych, którzy zarzucają teoriom tym wiele nieścisłości oraz ewolucyjnych sprzeczności.

W każdym razie nie sugeruję, że moje dziecko wchodzi w etap ewentualnego kompleksu Edypa, bo trochę mi ta teoria nie podchodzi, a poza tym to jednak dużo za wcześnie. Rzeczywiście jednak przechodzimy etap totalnej mamozy, oraz zazdrości, która przejawia się w dość dosadny sposób – Rekiniątko, kiedy tylko Mariusz chce mnie pocałować, odpycha go rączkami, uwieszając się na mnie jak mała małpka, nie mówiąc już o sytuacjach kiedy widzi mnie w trakcie zabawy z tatą… Momentalnie rzuca wszystko i domaga się obecności mamy.
Dlatego też mimo, że moje chłopaki należą do dwóch przeciwległych obozów, zwalczających siebie nawzajem pod kątem wizji otoczenia, walczę jak lwica o to by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Dzięki temu, ja mam troszkę czasu dla siebie, a moi mężczyźni rozwiązują, ewentualne rozwojowe konflikty interesów 😊.

O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!

Olimpijskie złoto – czyli o zakupach z wózkiem

Naszła mnie ostatnio myśl i nie żeby to było byle jakie wydarzenie, bo po ciąży, podczas której podobno obkurcza się kora mózgowa, powrót do myślowej formy idzie mi nieco pod górkę.
Wracając jednak do tematu, naszła mnie ostatnio taka myśl, że ja i mój mąż, to jesteśmy wyjątkową parą. Bo widzicie, drodzy moi, jesteśmy tak skrajnie różni, ja i mój mąż, że chyba teoria o przyciągających się przeciwieństwach była wzorowana na naszym przykładzie.
Kiedy ja mówię, że coś zrobię, to owszem robię to, ale wtedy kiedy już nie mam innego wyjścia. Komputer kupuję jak mi się popsuje, ale już tak popsuje, że informatyk dostaje zawału i apopleksji na jego widok. Zaczynam się uczyć, kiedy termin egzaminu jest bliższy niż termin kolejnego mycia dziecka. Włączam okap, kiedy para z obiadu, zaczyna skraplać się do postaci wzburzonego oceanu na naszych panelach i tak dalej.
Mariusz z kolei nie pozwala sobie na czekanie, ani tym bardziej na sytuację zaskoczenia. Coś świszczy w samochodzie? Jeszcze tego samego dnia Mariusz bierze udział w porywającym panelu dyskusyjnym między trzema mechanikami a nim na temat genezy różnych samochodowych odgłosów, po czym decyduje się na natychmiastowe działanie naprawcze. Trzeba zapłacić rachunki? O każdej porze dnia i nocy, można podejść do mojego męża, zapytać o termin zapłaty rachunku za prąd, a on odpowie bez mrugnięcia oczkiem z podaniem kwoty należnej za miesiąc bieżący, oraz analizą tendencji wzrostowej opłat z ostatniego kwartału.

Sytuacja jest o tyle, dla mnie, pogrążająca, że miłość mojego życia, potrafi zajść mnie znienacka o 7 nad ranem i oświadczyć mi z wyrzutem, że za chwilę skończy się moja odżywka do włosów i dlaczego ja jeszcze sobie nie kupiłam nowej? Nie żebym narzekała, bo to szalenie miłe, ale ja chyba nigdy nie wyhoduję w sobie genu zapobiegawczości. Na szczęście mam męża!

I ostatnio tak mnie właśnie przyatakował mój mąż, że o kończy ci się peeling, że ten balsam co tak ładnie pachnie też jakby na wykończeniu i że, tak w ogóle, to by ci się chyba przydały jakieś nowe buty.

Ktoś ze zdumienia przeciera oczka? Otóż mój mąż właśnie taki jest, ale żeby nie było, że to taka idylla i że bomba, mąż sam mnie wysyła na zakupy, to ja akurat z zakupów to lubię tylko te w cukierni. Bo jakby on powiedział, że kochanie, tak coś za mną chodzi smak na sernik, albo kremówkę, to ja już, już biegłabym do najbliższego sklepu i opróżniałabym półki z całego cukierniczego asortymentu. Natomiast chodzenie, mierzenie, lamentowanie nad nieodwracalnością procesów jakie zaszły w moim ciele po 2-letnim odpuście, szukanie sklepów z plandekami na tira, bo tylko takie są w stanie okryć mnie w przyzwoitym stopniu, wybór wyszczuplającego printu na plandece… No dramat.

Dlatego jak już mam chodzić na zakupy, to wybieram te spożywcze, a resztę załatwiam przez Internet (omija mnie, przynajmniej, ten cały festiwal bolesnego upokorzenia w przymierzalni). A zakupy spożywcze, z małym Rekinem w wózku, można by śmiało zakwalifikować równocześnie do triathlonu, połączonego z turniejem sztuk walki, z elementami jazdy figurowej. Śmiganie z 2 wózkami jednocześnie, pchając jeden przed, a drugi ciągnąc za sobą, jest niebywałym  sprawdzianem koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej. Że niby kobiety mają problemy z parkowaniem, a w mikrowąskich alejkach sklepowych, potrafią zaanektować całą przestrzeń i się w niej doskonale odnaleźć.
Osobliwie musi wyglądać obraz Szarasi w tej pozycji, podśpiewującej dziaciarowi, po raz setny, piosenkę Majki Jeżowskiej, bo Rekiniątko czuje się już lekko poirytowane całym faktem robienia zakupów i z nudów zaczyna demontować sklep, na tyle na ile pozwalają mu pasy w wózku i jego krótkie, acz bardzo sprawne rączki.

I ja tak zwinnie lawiruję w tym sklepie, w tych maleńkich alejkach, doskonale odnajduję się w labiryncie kartonów i regałów, rozmawiając niby to z Rekiniątkiem, niby to z sobą, kto wie? No i jest. Zakupy zrobione, teraz tylko kasa i fru do domku.

Kasa… O matko z córką i wszystkimi rybkami! To jest dopiero walka o przetrwanie, bo w sklepie, z którego korzystam, tylko i wyłącznie dlatego, że jest najbliżej domu, w kolejkach dzieją się sceny dantejskie. Tutaj nie ma żadnych zasad. Tu jest wojna!
Także ja sobie stoję, jak ten mały pociąg z wagonikami przed i za sobą, śpiewam „wszystkie dzieci nasze są”, wokół lekko nerwowa atmosfera, pani stojąca za mną ciężko sapie i mruczy, że to jakiś żart, że codziennie to samo, że po co 6 kas jak zawsze tylko jedna otwarta, że ona ma rosół na gazie, żelazko na koszuli i kotkę w rui. Pan przede mną rozmawia przez telefon, w sensie krzyczy, bo zasięg słaby i może, jak będzie krzyczał głośniej, to go rozmówca usłyszy, w końcu mieszka parę ulic stąd. I nagle słyszę dzwonek. Ja nie do końca obyta w tych sklepowych zwyczajach, sygnał ten zignorowałam, ale nie mogłam zignorować nagłej zmiany atmosfery w kolejce. Gwar jakby ucichł, pan z telefonem, w końcu uznał, że dalsza konwersacja nie ma sensu, pani od koszuli na gazie i kotki na żelazku zaczyna nerwowo się rozglądać, a dalsza część kolejki uważnie stroszy uszy. I nagle wyłania się zza winkla pani kasjerka z kasetką drobnych i z pieśnią na ustach „zapraszam do kasy numer 6”. Świat dookoła zamiera na jakieś pół sekundy….

I jak nie ruszą! Wyłamują się z kolejki. Ostatni będą pierwszymi. Naiwnie stwierdzam, że skoro stoimy w jednej kolejce, to rozłożymy się po równo i wszystko pójdzie szybciej. O ja głupia! O ja naiwna! Manewruję więc wózkami tak, by przejść grzecznie do kasy numer 6, już prawie ustawiam się za panem od telefonu, i jak mnie nie przepchnie pan Janusz, Wojownik z Dyskontu, jak się nie wepchnie… Lekko zaskoczona mówię, naiwnie, że chyba jakaś kolejka obowiązuje, zwłaszcza że szanowny pan to chyba stał na samiutkim końcu. Sklepowy Conan Barbarzyńca patrzy na mnie jak na kosmitkę, prycha (autentycznie prycha, jak kotek) i woła „Halina!!! Chodź no tu szybko, bo ja kolejkę zajęłem”. A Halina potulnie podchodzi, zwinnie omija mój kompleks wózków i zaczyna wykładać zgrzewkę mleka i całą paletę kefirów na taśmę. Wzdycham więc i czekam, bo mimo, iż dziecko mi zaczyna ciężko rozpaczać w związku z jednostajnością otaczającego go obrazu, nie będę przecież wchodziła w konflikt z lokalnymi, nabiałowymi potentatami.

Nachodzi mnie jednak taka refleksja,  że ja to wolałabym, żeby zakupy spożywcze, były tak samo dostępne przez Internet jak inne usługi, bo wojowanie z Januszami w dyskontach jest nie na moje nerwy. Na szczęście zakupy tylko w poniedziałki!

20170311_120118

To już poniedziałek?!

O wykastrowanym pudelku – czyli Instamatki celebrytki

Moi drodzy, oto ja, powracam!

Ostatni weekend upłynął mi pod hasłem Blog Conference Poznań, a że działo się tam wiele, to i mi udzielił się klimat bycia influencerem (tak jakbym już nie wpływała znacząco na Wasze życie).

W każdym razie, nie wiem który to już raz czytacie u mnie na blogu, ale…

Uwaga, uwaga!

Będą zmiany.

Może nie w formie, bo całkiem swobodnie się w takiej, a nie innej, czuję, ale w systematyce (w założeniu 1-2 posty na tydzień) oraz po trochu w tematyce, ale wiadomo, ja już dawno udzieliłam sobie mandatu na wypowiadanie się w każdym możliwym temacie, także od czasu do czasu mogę odskoczyć na chwilę z tematów okołodziecięcych, ale nie martwcie się, nie na długo.

Tyle w kwestii formalnej.

Ostatnio postanowiłam podreperować swoje braki w kwestiach niecierpiących zwłoki, czyli poprzeglądać portale plotkarskie. Szusuję ja sobie między szalenie istotnymi wiadomościami ze świata celebrytów, gdzie spora część artykułów poświęcona jest frywolnemu penisowi Roberta Lewndowskiego oraz nieudanym próbom znalezienia nowej, życiowej miłości przez Edytę Herbuś, aż tu nagle… moje oczy zatrzymują się na tytule bliskim memu sercu: „Internetowa strona macierzyństwa. Tak instamatki sprzedają swoją prywatność”. Czytam ja sobie ten tytuł i mówię do siebie „Oho! Zaczyna się! Pudelek wziął się i za mnie, w końcu moja oszałamiająca liczba obserwatorów na Instagramie, w postaci 70, z pewnością nie przeszła bez echa w świecie instamatek celebrytek”. Ostatecznie okazało się jednak, że jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, pozostałam pominięta przez autora wspomnianego artykułu.

W tej, jakże porywającej i edukacyjnej, literackiej przygodzie przeczytałam o tym, że celebryci, tacy których znamy z nagłówków poczytnych gazetek, dzielą się z nami swoim nudnym życiem, i że nagle, zwykłe kobiety odkryły, iż dzielenie się swoją prywatnością może przynosić pieniądze, poprzez promowanie różnych produktów na swoich profilach i, kto wie, może kiedyś uda im się zarabiać na swoich dzieciach, jak to aktualnie czyni żona najpopularniejszego polskiego piłkarza. Najbardziej wzruszył mnie jednak fragment opisujący owe, zwykłe, kobiety, jakoby jedynym ich osiągnięciem życiowym było urodzenie dziecka.

Otóż, kochana redakcjo Pudelka, jeżeli bierzecie się już za profile zwykłych, jak sami określacie, kobiet, w celu analizy krytycznej ich działalności, powiedzcie proszę gdzie Wy się do tej pory uchowaliście, skoro kwestia ewoluującej reklamy, wychodzącej poza schematy sztucznych celebrytów z gadającego pudełka, jest Wam obca? Skoro krytykujecie już kobiety bez większych osiągnięć, poza urodzeniem dziecka, to zorientujcie się, czy czasem, poza wrzucaniem zdjęć na portale społecznościowe, kobiety te, nie zajmują się przekazywaniem bardziej merytorycznych i wartościowych treści niż Wy, droga Redakcjo.

Wśród instamatek celebrytek wymieniliście między innymi Martę z bloga Superstyler, którego prowadziła na długo przed pojawieniem się dzieci. Owszem pokazuje ona dużą część swojego życia prywatnego, ale nie bawi się w pudrowanie rzeczywistości, poprzez kreowanie nierealnych obrazków codzienności. Że ludziom się to podoba, a to z kolei prowadzi, nieuchronnie, do zainteresowania reklamodawców, to jest jej wina? Cóż. Takie mamy czasy. Reklamy wyszły już dawno ze standardowych ram i z coraz większą śmiałością, wchodzą w nasze życie codzienne.
Druga instamatka celebrytka na waszej liście to Nicole z Mamaginekolog. Pozostawię tę kwestię bez większego komentarza… Nicole pisze o sprawach szalenie istotnych i robi to w sposób przystępny dla każdego. Skoro dzielenie się z milionami kobiet (i nie tylko) wiedzą ginekologiczną, głównie ciążową, nie jest większym sukcesem życiowym, to przyjrzyjmy się temu co Ty nam proponujesz szanowna Redakcjo.

Oto kilka tytułów z Waszej głównej strony:

  • Dekolt Edyty Herbuś na imprezie z „wiecznym pacjentem” z „Daleko od noszy” [ZDJĘCIA]
  • Nieruchoma twarz Mai i fryzura Krzysztofa na imprezie [ZDJĘCIA]
  • Magda Gessler prawie jak diabeł [FOTO]
  • Paris Hilton w bikini tęskni za Ibizą [ZDJĘCIA]
  • Pupa brazylijskiej gwiazdy… ZGNIŁA od nadmiaru wypełniaczy [FOTO]
  • Lara Gessler pozuje w toalecie [FOTO]
  • Jessica Mercedes pokazała stopy na tle Monako [ZDJĘCIA]
  • Kinga Rusin i Rozenek nadal się nie lubią
  • Koroniewska siedzi okrakiem na Dowborze [FOTO]

 

Tak drogi Pudelku, oto są osiągnięcia godne nagrody Pulitzera i największego społecznego uznania.

Wiadomo, media społecznościowe sprzedają nam zakrzywioną wersję rzeczywistości. Instamatki pokazują macierzyństwo jako najpiękniejsze lukrowane ciasteczko, które jest tylko i wyłącznie przyjemnością. I z zasady jest. Nie znam jednak żadnej matki, która ma życie jak z takiego internetowego obrazka. Dzieci, poza tym, że są słodkie jak małe tabliczki czekolady z karmelem, masłem orzechowym i wszelkimi innymi dobrami natury, potrafią też być męczące, złośliwe, marudne, czasem nawet śmierdzą, ale to tak śmierdzą, że wycieczki, jakie odbywałam w ramach studiów, do obory pełnej świnek, krówek i całej reszty zwierząt gospodarskich, wydawały się być, przy możliwościach małego Rekina, wycieczką do perfumerii. Dodając zdjęcia przerzucone przez pierdyliard filtrów i okraszone bazylionem hasztagów, nie liczę na to, że ktoś mi uwierzy w to, że moje macierzyństwo jest tak słodkie, łatwe i przyjemne, ale w przyszłości, kiedy będę już jeść masło przez kroplówkę, miło będzie wrócić do takiej właśnie wizji przeszłości.

20170526_095834