Słowo na niedzielę – czyli o tym jak dziecko prawdę Ci powie

Bywają takie dni, kiedy najlepszym rozwiązaniem jest wyjść na dwór, udać się do lasu (koniecznie liściastego), znaleźć odpowiednio dużą kupkę liści (utwierdzając się wcześniej w przekonaniu, iż w tym kopczyku kupka jest tylko w nazwie), wydrążyć swym obłym ciałem tunel, okopać się szczelnie szeleszczącą okrywą i przeziomować w swoim ekoschronie tę dobę.

Tak też jest dzisiaj.

Jako matka polka, z alkoholem jestem od jakiegoś czasu w raczej skomplikowanym związku na odległość, w sensie że chęci to może i od czasu do czasu by były, ale jak już coś do organizmu wprowadzam to ścina mnie z nóg niczym Magicala na ostatniej gali mordobitek dla jutuberów. Pół biedy jak mnie zetnie i po prostu mi się oko przymknie, eliminując mnie, tym samym, z dalszych wyskokowych rozrywek. Gorzej jak wypijam sok chmielowy w ilościach porównywalnych z importem chińskiej elektroniki do krajów unii.

Wtedy niby wszystko fajnie, haha hihi, bawimy się i udajemy na imprezie, że ten samodzielny byt z przodu, falujący na wszystkie strony, bez jakiejkolwiek kontroli z naszej strony, to nie jest pociążowa fałdka (która notabene powinna wchłonąc się jakieś 2 lata temu) , tylko element naszego fikuśnego przebrania na halloween („ale, że to dopiero za dwa tygodnie? No ja nie mogę! Ale ze mnie krejzi babeczka, kompletnie mi się imprezy pomyliły!”). I kiedy już wrócimy do domu, odkryjemy, że dziecko przeprowadziło małą rewolucję w układach z dziadkami i leży między nimi w łóżku, tworząc swym miniciałkiem środkową kreskę w literce H, my zmęczeni szalonym życiem zasypiamy, żeby po dwóch godzinach usłyszeć nad 35-tonową głową, pisk porównywalny z szaleńczą jazdą paznokciami po tablicy, „mama, tata pobudkaaaa!!!”. I nie ma wybacz, że głowa boli, w gardle wielka klucha, a cały swój mizerny byt lekko podśmierduje. Trzeba z uśmiechem przywitać się z miniczłowiekiem i rozpocząć dzień. I dajesz się tak oglądać, w tym żałosnym stanie, swojemu mężowi, bo jest Ci totalnie wszystko jedno (#bólgłowy #poziomhard), a on nie mogąc znaleźć innych słów, kłamie Ci w żywe oczy, że nie wyglądasz tak źle (nawet mu brewka nie tyknie). Nie spodziewasz się jednak po dzisiejszym dniu żadnej szczerej reakcji, bo taka mogłaby trwale zreorganizować relacje społeczne, na Twoją niekorzyść.

Nie masz też czasu się nad tym zastanawiać, bo miniczłowiek, jakby wyczuwając Twoją czasową niedyspozycję, domaga się uwagi ze zdwojoną mocą. Układasz więc z nim puzzle, budujesz najwyższe wieże z klocków, kolorujesz zwierzątka najpiękniej jak potrafisz, równiuteńko przyklejasz naklejki i masz wrażenie, że złapałaś pana Boga za nogi, bo te zajęcia tak cudownie nie angażują Twoich szarych komórek do jakiejkolwiek aktywności, co jest dzisiaj tak bardzo ważne. I nagle miniczłowiek przybiega do Ciebie z hawajskim łańcuchem – zdobyczą z klubowych wojaży dnia poprzedniego, zarzuca Ci go na głowę, poprawia przy uchu i oznajmia:

– jesteś piękną księżniczką

#ijamuwierzę #jestemksiężniczką #ikoniec ❤

Reklamy

Oaza spokoju

2-latki są, w istoście, czarującymi stworzeniami. W jednej chwili potrafią zmienić się z pałającej nienawiścią do wszystkiego i wszystkich (zaś w szczególności do Ciebie) bestii, w okaz tak wielkiej słodyczy, że diabetolodzy ich nienawidzą (#promo #dajpieniążka).

Co więcej, sprawiają, że i Tobie ambiwalencja uczuć nie jest obca. W ciągu dnia, z zadziwiającą łatwością, przechodzisz od nieposkromionej miłości, przez zakochanie, zdziwienie, poirytowanie, złość, wściekłość aż do zamknięcia się dla bezpieczeństwa w kiblu, coby Tobie lub postronnym krzywda się nie stała.

Tak też było ostatnio, kiedy pokłady mojej cierpliwości skurczyły się do rozmiarów wiarygodności obietnic wyborczych (#politykapolityka) i po prostu musiałam odizolować się od miniczłowieka, bo byłam gotowa wystawić go w trybie pilnym, na aukcji aliexpress (#zadopłatą). Niestety miejsce mojego hipotetycznego świętego spokoju było okupowane właśnie przez (#oironio) obiekt mojego niepokoju.

Miniczłowiek, od jakiegoś czasu, hobbystycznie utrudnia możliwie każdą czynność z nim związaną. Dzień zaczynamy od świeżakowego teatrzyku, gdzie matka schowana za armią pluszaków kibicuje dziecku, by to raczyło łaskawie otworzyć oczy. Kiedy już mamy za sobą krzyki, kwiki i teatralne rzucanie się po podłodze, przychodzi czas na mycie zębów, podczas którego wyrywamy sobie nawzajem tubkę pasty o smaku truskawkowym, by zaraz po wyszorowaniu minikiełków, matka mogła ubrać się od nowa oraz oczyścić pomieszczenie ze słodkiej mazi. Dzień jest na starcie, a my już wściekle dyszymy i powarkujemy na siebie w rodzicielskiej aurze wzajemnego obwiniania się o to, kto jest za to wszystko odpowiedzialny. I przychodzi czas ubierania.

Słodki Boże.

Jak bardzo musimy uchodzić wśród sąsiadow za kwintesencję patologii? Ileż krzyków, łez, wściekłego tupania, agresywnych reakcji na matkę widziały nasze 52 metry kwadratowe (#plusbalkon), to wiemy tylko my, miniczłowiek i zaciekawione oczy sasiadów z bloku naprzeciwko.

W każdym razie, kiedy po samodzielnym (!) nałożeniu na siebie okrywy ubraniowej, dziecko, ku rozpaczy zdesperowanych rodziców w półbiegu do pracy, oznajmia, że „mamo, siusiu kupa”, my miękniemy jak ten papier, na którym (według reklamy) Mozart przepadał pisywać swoje sonaty.

Wtedy następuje ciąg powtarzalnych sekwencji słownych: „niebieski nocnik… nie, nie chcę… zielony… ja siam… siaam!! ja SIAAAAAAM!!!!!!!… mama ić stomt!! No ić stomt!!!” w tym momencie można śmiało zasiąśc w fotelu i na spokojnie pyknąć sobie sienkiewiczowską trylogię, bo miniczłowiek zamierza siedzieć na nocniku jeszcze przez kwartał. Jedyne co działa na serce Szarątka, jest zasugerowanie, że mama też by chciała skorzystać z toalety. Wtedy szczenię uśmiecha się szeroko i władczym gestem wskazuje na muszlę klozetową i łaskawością obdarza poddanych „mamo, plosię tolita”. I ja rozumiejąc tę skomplikowaną procedurę siadam na rzeczonej tolicie, co daje impuls dla miniczłowieka do podciągnięcia gaci i wyjścia z łazienki, trzaskając przy tym drzwiami coby dobitnie zaakcentować fakt, że dba o intymność swoich niewolników. Ten moment sam na sam ze sobą jest bardzo cenny i każda sekunda jest absolutną celebracją. Do momentu, aż usłyszę za drzwiami szuranie przesuwanego mebelka. Po lekkości szuru oraz prędkości ruchu przesuwnego, mogę wywnioskować iż dziecko właśnie ciągnie za sobą drabinkę z kuchni. Moje podejrzenia szybko znajdują potwierdzenie w rzeczywistości, kiedy w łazience gaśnie światło. Odczekuję chwilę, po czym pytam szefa, czy mógłby jednak zapalić mi światło. I oto stała się jasność.

– tak lepiej? – słyszę przytłumiony głos zza drzwi.

– tak Kotku, tak lepiej – odpowiadam.

Światło gaśnie.

Głos zza drzwi znów się odzywa:

– a teraz lepiej leci?

#troska #poziom500 #taklepiejleci #truestory

Życie na krawędzi

Ostatnio, postanowiliśmy stawiać na spontaniczność. Taką, że wiecie, krew staje w żyłach, włosy, o których istnieniu nie ma się pojęcia, powstają jak nowe podmiejskie osiedla, a w uszach dudni na cały regulator „RUda tańczy jak szalona”.

Także, w duchu nowego, żywiołowego życia, postanowilismy wybrać się na wycieczkę z dzieckiem, bez drzemki (!), bez obiadu („a idziemy w gości, z pewnością będzie jakieś ciasto” #matkaroku2018 #przepadło) i bez jakiegoś szczególnego zaopatrzenia żywieniowego dla miniczłowieka.

Ostatni raz taki poziom adrenaliny w naszej rodzinie wygenerowałam, kiedy zaproponowałam Mariuszowi wspólne założenie karty w miejskiej bibliotece.

Jedziemy sobie zatem na wycieczkę, szalenie z siebie zadowoleni, że tak spontanicznie, że bez planowania, że tak jak stali, tak wyszli #krejzole #handlujztym, aż tu nagle z tylnego siedzenia pada „mamo poproszę deserek”.

Świat zamarł.

Chwila bębniącej w uszach ciszy, przeciąga się w nieskończoność, bo logicznym jest, że kiedy rzeczonego deserka się zapomniało (#wiadomo), to najlepiej udawać chwilowy niedosłuch odbiorczy. A w mojej głowie dzieje się film pasjonujący. Całe życie przebiega mi przed oczami, zwalniajac tylko w najbardziej żenujących momentach. Że niby takie akcje, to tylko w chwili zagrożenia życia #bullshit.

W każdym razie, ja już wiem, że czasu jest niewiele, bo kolejne zdanie wypowiedziane, przez żywą, tykającą bombę będzie „mamoo, poproszę deserek… prooooooszę”, a kiedy i na ten drugi sygnał nie będzie odzewu, bomba wybuchnie i nie będzie co z naszych szczątków zbierać.

Szybko analizuję ostatnio pozyskana wiedzę z książki „Jak mówić żeby maluchy nas słuchały”. Wspinam się na szczyty moich negocjacyjnych możliwości. Dziecko powoli zaczyna płynnie przechodzić z fazy „prooooosię” do „matka dawaj deserka, bo jak nie, to ci urządzę tutaj Blitzkrieg!”. Zgodnie z wszelkimi instrukcjami, akceptuję jego uczucia („Masz ochotę na deserek”), omawiam sytuację („problem polega na tym, że mamusia deserka nie wzięła”), staram się użyć humoru („ale zobacz, pan brzuszek krzyczy ‚ja już nic nie zmieszczę, litości, panie litości!!”), ale dziecko ksiażki chyba nie czytało i nie wie, że teraz powinno słodko zachichotać, kontynuujac wycieczkę w przyjaznej atmosferze. Zamiast tego rytmicznie przekrzykuje mnie, używając najwyższych rejestrów, więc zmieniam taktykę („co możemy zrobić w tej sytuacji?”), miniczłowiek nie wydaje się być porwany perspektywą wspólnego szukania rozwiązań, w zwiazku z czym ja zaczynam („możeeee…. zerwiemy jabłuszka po drodze i zrobimy mus, albo zajedziemy do sklepu i kupimy, albo…. albo zrobimy czary mary”), na co dziecko milknie, robi ustka w podkówkę i teatralnie zaczyna pociagać suchym noskiem, co na moje serce działa, jak zjazd gołym dupskiem po papierze ściernym, do wanny pełnej śliwowicy – w sensie, że krwawi i szczypie jak pierun.

Negocjacje z dwulatkiem, to nie był najlepszy z moich pomysłów w karierze supermamy. Z góry skazana na porażkę, sięgam po broń ostateczną – herbatniki, na co dziecko z pogardą, walącą prosto w moją zdesperowaną twarz, odpowiada „już nie cie”.

#nocozrobisz #nicniezrobisz #poległam #przegryw

Słodziakowa ekspansja – czyli gdzie zgubiłam rozum i resztki godności?

Wycieram ja sobie litr octu z podłogi, co jakiś czas nadziewając się na odłamki szklanej butelki, na tyle zdradliwe, że niewidoczne gołym okiem, a wbijają się w skórę na głębokość rowu mariańskiego.
Takie masochistyczne atrakcje zapewnił mi jakiś dekiel z działu marketingu popularnej sieci dyskontów, który wymyślił, godną szatana, akcję zbierania naklejek za każdy wydany milion lokalnej waluty, w sklepie z robaczkiem w nazwie, za które to naklejki (w ilości 2 milionów) otrzyma się futrzane coś, warte 2 dolary na aliexpress. #niechżyjekonsumpcjonizm.
Oprócz dekla, odpowiedzialnego za całą akcję, w dziale marketingu pracuje jeszcze jeden dzban, który chciałby już zakończyć swój staż na stanowisku junior marketing development assistant leroy marche accountant i ruszyć z kopyta na stanowisko, o równie skomplikowanej nazwie, ale ponoć, sugerującej, że jest się o punkcik wyżej w korporacyjnej hierarchii. I ten dzban, na jednym z działowych mitingów, po rozważeniu wszelkich za i przeciw, rozpracowaniu każdego możliwego scenariusza, postanawia, po raz pierwszy wyrazić swoje zdanie. I mówi asapem do senior marketing developement leroy marche chiefa:
– słuchaj, Łukasz, zobaczmy jak pieklo płonie – i rozsyła smsy do wszystkich posiadaczy karty lojalnościowej sieci dyskontów.
A w tym smsie informacja, że słuchaj Helena, dzisiaj w niedzielę, w końcu, coś kupisz. Leć do Biedry, bo tam czeka Cię niespodzianka! Za każdy wydany milion dostaniesz nie jedną, a dwie (!!!!!!!!!1) naklejki! = Twój mały Jeronimomartin dostanie szybciej naszego kultowego supersłodziastego szkodnika! Pozdro500.

I wszystkie biedromamy i biedrotaty zajarani, jak Rzym przy Neronie, biegną do dyskontu, bo słodki pluszak jest na wyciągnięcie ręki.

Wiec, nie ma się co dziwić, że i ja niewolnica (#Isaura) marketingowego zagrania mistrzów szalonych liczb, poleciałam do sklepu, robić tygodniowe zakupy (ze szczególnym uwzględnieniem owoców i warzyw, bo wiadomo, za 40 kg pasternaku przysługuje dodatkowa naklejka #tylewygrać). I nie tylko ja, bo jak, po wydaniu półrocznej wypłaty, okazało się, że brakuje nam 6 naklejek do darmowego (!!) pluszaka, mając do wyboru, zrobić kolejne zakupy na miesiąc, czy przehandlować duszę na olx za naklejkę, Mariusz wziął się i pojechał dokupić, tak na wszelki wypadek, parę butelek octu, worki na śmieci i 12 kg ziemniaków (#wiadomo).
I jest! Mamy go! Jerzysław Jeżozwierz zasilił naszą Słodziakowatą Szajkę (zaraz za Borsukiem Bogusławem)! #asertywność1000 #uśmiechdziecka #byłowarto

LRM_EXPORT_5569783720571_20181001_085943711

Człowiek się starzeje

Czlowiek sie starzeje i to fakt niezaprzeczalny. Fakt z dziedziny faktow encyklopedycznych, a nie takich z serii codziennych rewelacji telewizyjnych.

Człowiek się starzeje, a takim punktem granicznym jego egzystencjalnej emerytury jest banalna parasolka.

No bo, kiedyś to sie wychodziło na miasto, na pełnym spontanie. W sensie po odpowiednio długich sesjach przy lustrze z lokówką, zalotką i cekiniastym ultrasexownym kawałkiem materiału, mającym imitować coś na wzór bluzki, w ręku. Teraz, jak tylko pojawia się jakaś nanoszansa opieki nad dzieckiem, człowiek narzuca na siebie sprany tshirt i rozciągnięte spodnie, nad wyraz nazwane jeansami i mknie z prędkością pendolino, na ślepo, tam gdzie kiedyś ciągnęlo go, jak ćmę do jarzeniówki.

A tam okazuje się, że niby to samo, tylko ludzie powichrowani, rozmawiają o jakichś ursusach, usosach czy innych ultramarynach, używając kodów językowych, z których rozszyfrowaniem, bez wątpienia, miałyby problem nawet tajne służby Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Niby to samo, a jednak, człowiek przyzwyczajony do stałego obrotu na koncie, dziwi się, że za drinka nie może zapłacić kartą, tylko musi sięgnąć, jak jakiś, nieprzymierzając, dzikus, po gotówkę! WTF?!

Niby fajnie, a jednak wybór knajpy to nie jest wybór miedzy namiastką piwa za 6 czy 8 zł, tylko wybór miedzy knajpą, która serwuje Caipiroscę truskawkową a knajpą, która serwuje shoty z wegańską śmietaną.

I, o zgrozo, człowiek w połowie swojego libacyjnego spaceru po starówce, odkrywa, za sprawą nagłej zmiany frontu atmosferycznego, że w torebce podręcznej, oprócz całej sieci trakcyjnej dziecka zakochanego w pociągach, chusteczek nawilżanych do wrażliwej pupy, symfonii kart lojalnościowych do sal zabaw oraz próbek emolientów , znajduje, jak ten emeryt i rencista, parasol.

Parasol kurła!

Nie dębowe mocne, czy harnasia na czarną godzinę, a parasol. Jeszcze oklejony logotypem miasta, w którym się pracuje, coby absolutnie zapomnieć o niegdysiejszej anonimowości.

Kiedyś to ja parasol widziałam tylko na zdjęciach, i to w magazynach, schludnie ułożonych na szklanym stoliczku u fryzjera, a teraz noszę w torbie… tak na wszelki wypadek.

Mój Boże!

Ja się pytam kiedy?!

Kiedy ja bezszelestnie przeszłam na tę stronę mocy?!

No kiedy?

Pora zakupić ciepłe kapcie, bujany fotel i kota.

Czytam z dziecka jak z otwartej księgi – o ewolucji języka dzieciowego

Kiedyś.

Kiedy byłam jeszcze młodym i beztroskim dziewczęciem, myślącym, że macierzyństwo to taka wisienka na torcie kobiecości, upiększająca życie samic wiecznym wzruszeniem i adoracją każdego bezzębnego uśmiechu. Myślącym, że dzieci to takie bezobsługowe, hipersłodkie stworzonka, wyprodukowane tylko po to, by je podziwiać i chwalić się nimi przed całym światem. Myślącym, że cokolwiek by się z owych dzieci nie wydobywało, jakimkolwiek otworem ich mikrych ciałek, nie może być przecież takie złe, i że jak ktoś jest tak słodki to przecież wszystko, co z niego wyjdzie też musi być, co najmniej, przyzwoite.

Nie rozumiałam jednego.

baby licking GIF by America's Funniest Home Videos

Nie rozumiałam, jak rodzice takich mikrych człowieków, są w stanie zrozumieć, co te istotki do nich przemawiają. Jak ze zlepku kilku, zdawać by się mogło, przypadkowych sylab, są w stanie rozszyfrować wielokrotnie złożoną prośbę?
Była to dla mnie wiedza tajemna, której, na tamten moment, nie umiałam w  żaden sposób przyswoić.

Do czasu.

Rekiniątko, w ostatnim kwartale, stało się krasomówcą absolutnym. Nadaje non stop. Relacjonuje dosłownie wszystko, co zobaczy, szczególnie (oczywiście) ku skrępowaniu jego rodziców. Bo cóż można więcej powiedzieć, po wyjściu z publicznej toalety w towarzystwie młodego reportera, który parę sekund wcześniej z zaangażowaniem przeprowadzał relację live z tego co działo się wewnątrz kabiny („ooo tata łaaał siusiu oooo koniec uuu papa”)?

Animated GIF

Nie zawsze jednak komunikaty Rekiniątka są tak obrazowe. W większości, posługuje się on językiem własnym, którego logika często wybiega ponad naszą inteligencję.
Co prawda, nauczyliśmy się, po trosze, dekodować jego zawiłe wypowiedzi, ale przy natłoku słów jakie wydobywa z siebie pierworodny, czasami potrzebowalibyśmy protokolanta, który na bieżąco spisywałby wszystkie dźwięki tworzone przez Szarańczę z odpowiednim oznakowaniem akcentów oraz tłumacza przysięgłego, który na szybko relacjonowałby nam komunikaty małego obywatela.

Wspominałam coś o akcencie?

Ma on niebagatelne znaczenie. Kiedy młody Szar wchodził w zawiły świat komunikacji werbalnej miał jeden, dosyć elastyczny wyraz, zmieniający swoje znaczenie w zależności od położonego akcentu.

Baba – teraz babcia, ale kiedyś
Baba – babcia
Babaaa – bajka
Baaaba – papa
Babba – banan

I wtedy, zrozumienie młodego, było całkiem możliwe, a nawet edukujące, zakładając, że kiedyś chcielibyśmy zgłębiać meandry filologii chińskiej, gdzie kwestia akcentu i melodyjności wypowiedzi ma znaczenie kluczowe.


Jednak dziecko, jak to dziecko, dość szybko chłonie płynące z otoczenia słowa, przetwarza je w swojej twarzoczaszce, po czym stosuje według własnego klucza.

I tak, co może znaczyć zdanie:

„Mamo bani nie babuszka nie głono oddaj”?

Nic prostszego. Otóż powyższe zdanie znaczy tyle co: najkochańsza mamusiu, odłóż proszę, tego banana, nie mam na niego ochoty, jak i na jabłuszko, które w swojej łaskawości mi proponujesz, nie pogardzę natomiast kilkoma kulkami winogrona.

Albo:

„Tato mamo tam tań fłuni ako łafa popatrz”

Znaczy: Tatusiu, proszę, podejdź do mamy i poproś ją by wstała byście mogli razem podziwiać moje dzieło pod postacią upchniętego słonika oraz żyrafy do autka lego.

Czy to nie jest logiczne?

I po całym dniu kiedy, dzieciok przy kolejnej próbie uśpienia, jeździ miękką szczotką po ścianie, po czym komentuje sprawę krótkim „czysto”, to ja już wiem, że gdziekolwiek mnie życie nie poprowadzi, zawsze jest szansa, że odnajdę się w nauce jakiegokolwiek języka.

Nawet dzieciowego.

Dlaczego nie słucham ekspertów?

Kiedy Twoje zatoki rozpalają się do czerwoności, przypominając Tobie, w małym pierwiastku, o piekle jakie mogłaś przechodzić w trakcie porodu – stajesz się osobą szalenie produktywną. Ot taka ja. Trawiona wewnętrznym bólem, postanowiłam oderwać swoje myśli od cierpień, mimo że, jako Polka uwielbiam skupiać się na swoim nieszczęściu.
No bo ile można ględzić o tym, że boli?
Boli i ma boleć. Jak się bagatelizuje delikatne oznaki infekcji, która przeradza się w krótkim czasie w ziejący złem wulkan wewnątrz Twojej głowy, to musi boleć.
Stąd moja decyzja o kolejnej notce. Rozkręcam się, nie?

inspired i love me GIF by Collider

Ok, a dzisiaj podyskutujemy o pewnym zjawisku, które sprawia, że człowiekowi, któremu się chciało zdobywać szczyty, przenosić kontynenty, zawracać biegi rzek, czy oduczać dziecko grzebania w pępku, nagle wszystkiego się odechciewa.

Żyjemy w ciekawych czasach. Internet, który miał być źródłem rzetelnej wiedzy, pomocą naukową, wylęgarnią pomysłów i narzędziem gotowym nieść pomoc w każdej sytuacji, stał się jednym wielkim śmietnikiem, pełnym fakenewsów, propagandy i samozwańczych specjalistów. Nie żeby przed dobą globalnej sieci takich zjawisk nie było, ale teraz osiąga to jakieś niewyobrażalne rozmiary. Wystarczy wpisać jakiekolwiek hasło w wyszukiwarce by zrobić doktorat w dziedzinie medycyny, farmakologii, fizjoterapii i chemii stosowanej i to z jednego wyniku wyszukiwania. Bo akurat trafiliśmy na forum internetowe, gdzie pierwotnym pytaniem było „czy ktoś dodaje dziecku kaszkę do mleka na noc i czy takie dziecko lepiej przesypia noce”. Mój Boże. Ile to się człowiek z takiego tematu może dowiedzieć, to tylko ja i milion użytkowniczek samosi możemy sobie wyobrażać. Że kaszka to zło bo posiada cukier. Że jak to mleko na noc u 1,5 rocznego dziecka, toż to już dawno nie powinno pić mleka na noc. Że jak to mleko modyfikowane u dziecka, przecież tylko pierś jest w stanie zapewnić mu studia na Harvardzie. Że jakie picie na noc w ogóle, dziecko będzie pobudzone i będzie aktywne całą noc. Że mnie to chyba w szafie chowali, bo jak ja mogę mówić, że można dodawać dziecku (!) kaszkę (!) do mleka (!), że policja już do mnie jedzie i że odbiorą mi męża, dziecko i wszystkie formy życia z kuchennego odpływu. No, ale nic, fora internetowe rządzą się swoimi prawami, są tam moderatorzy, którzy przynajmniej z założenia, dbają o poprawne stosunki między dyskutującymi.

penguin slapping GIF

Kiedy w telewizji trwa od kilku dni jakaś gorąca dyskusja na temat dosyć wyspecjalizowanej dziedziny życia, w internetach, nagle z ukrycia wychodzą eksperci w absolutnie każdym temacie m.in. himalaizmu, etyki, polityki, gospodarki, służby zdrowia, prokreacji, aborcji, antykoncepcji i zdrowego trybu życia, a te wszystkie specjalizacje, przeważnie kryją się w jednej tylko osobie. Ostatnio dowiedziałam się, że jestem starą kwoką oraz zostałam pozdrowiona czułymi życzeniami zdychania w trakcie porodu bez nikogo przy mojej duszy, kiedy napisałam, że nie rozumiem afery z tatą niewpuszczonym na oddział położniczy po godzinach odwiedzin. Notabene nadal nie rozumiem.

W swoich planach prowadzenia lepszego, zdrowszego życia, postanowiłam wykorzystać kulistą formę mojego ciała do przemieszczania się w terenie, w szybszym tempie – postanowiłam zacząć biegać.
Ok.
Bieganie to może nazbyt duże słowo. Powiedzmy, że tuptam sobie w tempie odrobinę szybszym niż wolny spacer osoby, o przeciętnie długich nogach. No ale liczy się fakt. A że przy jakiejkolwiek formie aktywności fizycznej wolę mieć jakiś cel i wytłumaczenie dla tego absurdu jaki sama sobie czynię, postanowiłam przygotowywać się do biegu na 10 km.

super bowl GIF

Tym sposobem przeglądałam całkiem spore ilości stron, blogów, artykułów dedykowanych biegaczom i przygotowaniu do biegu na średnim dystansie. Pod jednym artykułem ktoś zapytał, czy jest szansa, żeby zmieścił się w czasie 1:20 w biegu na 10 km, w sytuacji gdy jest kompletnym amatorem i fizycznie nie daje rady biec szybciej. Odpowiedzi były, że owszem jest to możliwe tylko po co. Z takim czasem to nie ma sensu wyrzucać pieniędzy na pakiet startowy, że w takich biegach to się bierze udział dla wyniku, a nie dla idei.
No i cóż ja, człowiek od zawsze gardzący bieganiem miałam sobie pomyśleć? Oczywiście, że warto brnąć w kierunku totalnej kompromitacji mojej osoby. Nie żebym nigdy wcześniej w te kierunki nie zmierzała.
W każdym razie słowo się rzekło i pakiet startowy został kupiony, a ja, wbrew całej mojej prokrastynatorskiej naturze, regularnie trenowałam, zwiększając co tydzień dystans. I już, już nadeszła wiekopomna chwila. Szarasia miała stanąć na starcie i z triumfalnym uśmiechem na ustach przetoczyć się przez miasto na dystansie ćwierćmaratońskim i… głowa wybuchła. Przez zatoki Szarasi przetoczyła się fala uderzeniowa, niosąc ze sobą zniszczenie i cierpienia postronnych. W sensie – zapalenie zatok. Ostatecznie mogłam tylko się pocieszyć odebraniem pakietu startowego i chwilowym kibicowaniem uczestnikom biegu. I kiedy już się miałam zbierać do powrotu, myśląc że wszyscy już przebiegli, na horyzoncie pojawiła się ona! Starsza pani, biegaczka, w wieku około 80 lat, powolutku przebierająca nóżkami, ale z pełnym uśmiechem na ustach. Zamykała cały ten wyścig i całym swoim jestestwem epatowała hasłem „niech się w dupę hakną wszyscy internetowi specjaliści w dziedzinie kultury fizycznej, którzy to biorą udział w biegach tylko dla wyniku!”. Bo tutaj efekt był o wiele większy niż przebiegnięcie tego dystansu w 30 minut. Starsza pani zrobiła wrażenie na wszystkich bez wyjątku, natomiast, mimo swojego zainteresowania tematem, o zwycięzcy nie wiem nic, prócz tego, że był mężczyzną.

I dlatego nie ufam ekspertom. Szczególnie tym internetowym.

Jednak jest coś w powiedzeniu, że jak się czegoś nie da zrobić w korporacji, to trzeba dać to stażyście, który o tym nie wie – będzie chciał się wykazać. I z takim podejściem do życia należałoby się zabierać do realizacji każdego celu 😊.

Czas zatem na trening!

Do boju! 😊