Dziecko idealne – czyli Rekiniątko poszło do żłobka

Haniebnie długo nie pisałam żadnej notki, ale w międzyczasie działo się tyle. Ale naprawdę, działo się tyyyyyyyyle, że ciężko mi było spłodzić w swoim umyśle coś więcej niż pomysł na obiad z papierka, a i to rodziło się w bólach.

I cóż to się działo u Szarasi, że wielmożna pani napisać niczego nie mogła?

Wysoki sądzie! To wszystko z głodu! Bo Szarasia postanowiła w końcu doprowadzić się do stanu względnej używalności, a to jak wiemy misja prawie jak skolonizowanie Saturna (nie że tego sklepu, tylko tej gazowej kulki w kosmosie).
Przeglądając oferty namiotów wojskowych, w celu poszerzenia garderoby jesiennej, Wasza ulubiona blogerka światopoglądowo-parentingowa stwierdziła, że o nie, nie Szarasiu, odłóżże ten siedemnasty kawałek ciasta karmelowo-czekoladowego, spójrz na siebie, do czego się doprowadziłaś, pora coś ze sobą zrobić. No i zrobiłam – przeszłam na dietę… A że podaż wartości energetycznej była rozpaczliwie poniżej poziomu popytu na nią, udało się póki co pozbyć około 10 kg. Nie powiem. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś tam, poniżej mojego pępka, istnieje druga część ciała… ba czasami, kiedy stanę przybierając odpowiednio żenującą pozę, rodem z jakiegoś celebryckiego talentshow, mogę nawet tą dolną część swojej osoby zobaczyć! Tyle wygrać!

 angry healthy diet cookie monster salad GIF

Codzienność Szarasi

Poza tym  zdążyłam wrócić do stada spełniających się samic sukcesu – czyli wróciłam do pracy.

I powstrzymując falę oburzenia, że jak to, przecież kobiety, które zostają z dziećmi w domu też pracują i to pierdyliard razy ciężej i się spełniają i są super, odpowiadam: otóż ja się totalnie z tym zgadzam, bo uważam, że każda matka to ultrasamica absolutnego ultrasukcesu, ja natomiast świadomie postawiłam na regres. No bo ile można być żywym obrazem chodzącej perfekcji? No ile? Do znudzenia?

Poza tym, moje masochistyczne alter ego, aż wpada w drgawki samozachwytu, po usłyszeniu po raz czterysta pięćdziesiąty ósmy zdanio-pytania „ojej. Tomuś poszedł do żłobka… hm… a nie chciałaś z nim zostać?”.

I żeby czasem nie doprowadzić swojej psychiki do niebezpiecznego stanu zadławienia się niepohamowaną falą radośnie rozhisteryzowanych emocji, w związku z ciągłym powtarzaniem tego samego, odpowiadam publicznie iż:

Owszem. Chciałam zostać z Tomkiem w domu. Najchętniej zostałabym z nim w domu tak do 37 roku życia i karmiłabym go piersią dopóki grymas obrzydzenia i pogardy otoczenia, nie towarzyszyłby mi na absolutnie każdym kroku, ale niestety mój upośledzony instynkt macierzyński nakazuje mi robić karierę kosztem mojej poszkodowanej, pozbawionej troski rodziny.

Tak gwoli wyjaśnień.

I w związku z powyższym, dzisiaj będzie o plusach wysłania dziecia do instytucji zwanej żłobkiem.

Wiem…

Znam ten światopogląd, że żłobek to najgorsze zło, źródło zarazków i najgorszego cierpienia biednych i strapionych tęsknotą za rodzicami maluszków, ale postanowiliśmy jednak podjąć to ryzyko i Rekiniątko na te głębokie wody puścić.

I wiecie co?

Młody absolutnie zakochał się w tym miejscu. Po dniu adaptacyjnym, kiedy poszedł na parę chwil, by oswoić się z nowym miejscem, nie bardzo miał ochotę wracać do domu.

Kolejne dni przebiegały i nadal przebiegają bez żadnych problemów.

Oczywiście zdarzają się incydenty, jak krwawa walka o zabawki z popychaniem, gryzieniem i drapaniem na czele, ale my podchodzimy do tego bardziej jak do kursu przygotowawczego do prawdziwej gehenny jaką jest ŻYCIE.

Szarątko uczy się wielu pożytecznych rzeczy w żłobku, i nawet nie wiecie jaką dumą napawa matkę widok pierwszego dzieła malarskiego swojego pierworodnego, pod postacią trzech kleksów na wyrysowanym drzewie, które to kleksy mają obrazować jesienny obraz spadających liści z drzewa, będących metaforą ulotności chwili, a zarazem być alegorią tempa zmienności pokoleń. Bogactwo barw, jakie zaobserwować można na tym, jakże wybitnym dziele, przywołuje symbolikę marzeń sennych, które przybierają różne odcienie w zależności od nałożonego na nie filtra codzienności.
Ja nie wiem… Tak mały człowiek, a tak wiele potrafi swoim artystycznym przekazem zobrazować. Geniusz… Po prostu Geniusz.

20170926_154934I niech mi ktoś powie, że to nie jest arcydzieło!!

Kolejnym plusem jest dbałość malucha o to, by czasu spędzonego razem nie tracić na jakieś tam pierdoły typu zmywanie naczyń, czy sprzątanie mieszkania. Kiedy tylko staję przy zlewie, dziecko wchodzi między mnie, a centrum dowodzenia brudnych naczyń i wyraźnie odpycha mnie od niego jak najdalej. Wszelkie próby sprzątania kończą się wymuszonym płaczem, by natentychmiast wziąć Rekiniątko na ręce i przytulać, przytulać, przytulać. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to sytuacja typu win! Win! win!

Dzieciok nauczył się też sprzątać, a już szczególnie upodobał sobie wyrzucanie śmieci. Cokolwiek znajdzie na swojej drodze, czego nie jest w stanie zaklasyfikować do kategorii zabawka, ląduje w śmieciach. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile rodzinnego majątku zostało wywiezione przez gminną spółkę zarządzającą odpadami, na wysypisko. W każdym razie, pedantyczne dążenie do pozbycia się z podłóg jakichkolwiek niezidentyfikowanych przedmiotów należy zaliczyć na plus.

20171002_190658

Żeby nie było, że Rekiniątko się nagle takie idealne stało. To za nim to efekt jego
3-minutowej pracy

I żeby nie było, że żłobki to takie przetwórnie małych potworków w dzieci idealne, to niestety, są też minusy.

Pierwszym są choroby.

Cóż. Od kiedy tylko Tomek wymaszerował na podbój żłobkowego świata, cała nasza rodzina, efektem kuli śnieżnej zaczęła chorować. Najpierw młodzież chora – tydzień w domu. Potem przeszło na Matkę Polkę, a kiedy już dzieciok i mać poczuli się lepiej, to złapało Ojca Rodziny. Po tej zabawie w chorobowe domino, wszystko rozpoczęło się od nowa, tylko w innej kolejności i trwa do dzisiaj. Bo ja już, już się cieszyłam, że oto dwa dni czułam się absolutnie rewelacyjnie, po czym obudziłam się pięknego piątkowego poranka z pieśnią pochwalną na ustach, a tu cisza….. Cały świat zamarł. Bo Szarasia nie ma głosu. Wszelkie sprawy formalne załatwiał Mąż, a ja raczyłam się drinkami z majeranku i soli. Teraz, może nie że od razu mówię, bardziej można dźwięki wydobywające się z mojej skromnej osoby, przyrównać do nienaoliwionej i podrdzewiałej szafy pancernej, ale przynajmniej mogę się komunikować. Brawo ja!

Drugim są postawy buntownicze.

Znacie ten obrazek, kiedy jesteście w sklepie z dzieckiem, które rozkosznie tupta między asortymentem, zrzucając co poniektóre pozycje z półek, pociesznie chichrając się w rytm tłuczonego szkła? A kiedy tylko wyrażacie jakąkolwiek, choćby najmniejszą, formę dezaprobaty dla Waszego potomstwa, spotykacie się z rozrywającym serce płaczem, tarzaniem się po ziemi, tupaniem nogami i obrzucaniem wzrokiem pełnym bólu i poczucia niesprawiedliwości?

Bo ja tak.

Ale nic tam. Bunt dwulatka u 15-miesięcznego dziecka, to nie jest jeszcze taki dramat, prawda?

PRAWDA?!

I tym optymistycznym akcentem skończę dzisiejszą notkę.

Reklamy

Od pupy strony – czyli przypowieść o kupie

Dzisiaj jestem zła.

I daleko mi do urządzania sobie podśmiechujków z macierzyństwa.

Dlatego notka jest spóźniona o dzień.

Dlaczego jestem zła? Otóż, nie wchodząc w szczegóły, zostałam, bez pardonu, zdzielona z otwartej ręki, prosto w twarz polityką prorodzinną. I nie, nie zamierzam, póki co, tłumaczyć całej sytuacji, bo w głębi swojego urażonego serduszka liczę, że moralność i honor mają jeszcze jakieś znaczenie w dzisiejszym, zepsutym do jądra świecie.

To tyle gwoli wstępu i usprawiedliwienia, dlaczego notka dziś a nie wczoraj.

A że humor mam popsuty to i temat dzisiaj będzie z gatunku tych mniej apetycznych, ale jakże ważnych i życiowych.

Dziś będzie o kupie.

Tak. Dokładnie. Także wszystkie osoby, które imaginują sobie, że dzieci to generalnie jedzą tęczę i kupkają szczeniaczkami, mogą, w tym momencie, śmiało się wycofać i wrócić tramwajem słodkich wyobrażeń do swojej strefy komfortu. Bo ja tu będę mówić o ŻYCIU!

 serious GIF

Do momentu, w którym dziecko jest z gatunku stacjonarnych, my rodzice, mamy WZGLĘDNĄ kontrolę nad tym, co dostaje się do naszej latorośli i możemy, MNIEJ WIĘCEJ, przewidzieć, co z tej latorośli się wydostaje. Kiedy małolat staje się mobilny, mój Boże, pieluszka przeobraża się nagle w komorę maszyny losującej totalizatora sportowego. Nigdy nie wiadomo, cóż to ukrywa się w, jakże aromatycznym, pampersiku.

 shocked eddie murphy GIF

I niech pierwszy rzuci zasypką rodzic, który nigdy nie miał do czynienia z kupą ekstremalną. Niech wyjdą z ukrycia ci, którzy nigdy nie znaleźli w pieluszce niczego dziwnego. Niech zbłąkane owieczki pieluchowych rozterek odnajdą swą drogę i przyznają, że w kupie jest prawda zawarta!

O tym, jak ta jakże powszednia czynność fizjologiczna potrafi skomplikować życie, możecie sobie poczytać TUTAJ.

Tymczasem my zmierzamy nieuchronnie do meritum sprawy, czyli do faktu niezaprzeczalnego:

Kupa prawdę Ci powie!

Każda mama i prawie każdy tata wie, że obserwacja, niewątpliwych, dzieł sztuki, jakie codziennie znajdujemy w powijakach, może wiele powiedzieć nam na temat tego, co z naszymi małymi artystami się dzieje. Żadną tajemnicą nie jest też fakt, że co innego niepokoi nas przy dziecku karmionym piersią, a zupełnie co innego przy maluchach karmionych mlekiem modyfikowanym. Struktura oraz przede wszystkim aromat zmieniają się również wraz z wiekiem.

Nie oszukujmy się, od kiedy rozszerzyliśmy dietę Tomka o owoce, warzywa i mięsko, w kwestii zmiany pieluch, to ja jestem barmanem na tym dansingu. Mariuszowi zdarza się wymienić ściółkę młodemu, ale przy obecności kupy po prostu wymięka. Oczywiście jak mus to mus. Zrobi to, ale robi to w bardzo holyłódzkim stylu. Niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce. Stróżki potu ryją kratery w rozgrzanej do czerwoności skórze, mojego kochania, przy cichym akompaniamencie wstrzymywanego przez kilkadziesiąt sekund oddechu. Po całej czynności spektakularnie oddaje mi dziecko, po czym przystępuje do dezynfekcji całego pomieszczenia, w którym czynność zmiany pieluchy miała miejsce. Uzbrojony w odświeżacz powietrza i determinację, z pasją dezaktywuje gazy złowonne w całym domu.

 bruce willis GIF

Ok wiem, że to z Armagiedonu

Dlatego też, jak już przychodzi co do czego, samolot wyląduje na płycie lotniska, dziecko zgrabnie ląduje w moich rękach, bo tyyyyyyle jest rzeczy do zrobienia na około, że no ja bym bardzo chciał, ale po prostu nie mogę, kratki wentylacyjne same się nie oczyszczą i nie kochaniuj mi tu Kitku, że są czyste od wczorajszego szorowania. My mamy maleńkie dziecko i, doprawdy, mogłabyś zwrócić większą uwagę na warunki, w jakich owoc Twego łona dorasta, no chyba, że chcemy żeby Tomasz wdychał ten cały syf, który tylko czai się na jego delikatne, niczym nieskalane płucka, to owszem, odpuśćmy, zarośnijmy brudem, proszę bardzo.
I ja powalona siłą argumentów męża mego, zbieram się w sobie i pieluchę zmieniam. Tak, żeby nie zarzucić sobie w przyszłości, żem złą matką była, która to dziecko, całym złem z kominów wentylacyjnych, wypełniała.

Dlatego też, niezwykle ważną, o ile nie najważniejszą, decyzją w życiu każdego rodzica jest wybór odpowiednich pieluch. Bo nic nie boli tak bardzo jak kupa pozbawiona jakiejkolwiek kontroli. OCZYWIŚCIE pragnę tutaj ostrzec wszystkich przyszłych i obecnych rodziców przed jednym faktem. ZAWSZE zdarzy się, chociaż raz, kupa stulecia, której żaden pampers nie będzie w stanie udźwignąć. W związku z czym, warto być przygotowanym na KAŻDĄ ewentualność i przy każdym wyjściu mieć koło ratunkowe pod postacią ubranek na zmianę. Najlepiej paru, bo kupy chaosu lubią chodzić stadami.

 dump daughter response diaper GIF

To tyle. Mam nadzieję, że nie przekroczyłam przyzwoitej normy użycia słowa na k. A jak tak, to uprzejmie przepraszam. Taki dzień.

Bigos – czyli o odstawianiu Rekina od piersi

Mama zawsze mówiła, że mogę być kim chcę.

No więc, ja zostałam bigosem.

Już, już zbierałam się do pisania notki o odstawieniu malucha od piersi, że idzie mi to tak cudownie, że bez problemu, bez zbędnej farmakologii, że Szarasia – naczelny doradca laktacyjno-rozwojowy Rzeczpospolitej Polskiej.

I BAM!

Zapalenie piersi…

Także chodzę sobie obłożona z każdej strony liśćmi kapusty, niczym najsoczystszy gołąbek świata, wypijam oceany ziółek i cichutko łkam po kątach po każdym nokaucie pierworodnego, który niczym kotek przytula się do chorego miejsca… główką… z całej siły… często.


Oto ja. Mniamniuśne zdjęcie pochodzi stąd

I nie wiem gdzie błąd popełniłam, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowa perturbacja, a nie spektakularny upadek mojej nieinwazyjnej metody.

 

Kiedyś już wspominałam, że raczej nie należę do laktacyjnych wojowniczek walczących o to, by karmić dziecko wszędzie i zawsze, aczkolwiek jak już dane mi było dobrodziejstwo żywienia dziecka własnym mlekiem, nie zamierzałam z tego rezygnować.
Założenie jednak miałam jedno – odstawić po 6 miesiącach. I wiem, że w tym momencie wiele Matek Walczących łapie się z oburzeniem za pierś, że WHO, że flora bakteryjna, że bliskość, rozwój fizyczny i emocjonalny etc.
Well… Nie żebym się tłumaczyła nieprzebranym tłumom moich ukochanych czytelników, raczej usprawiedliwiam siebie przed sobą, ale niestety ze względów zdrowotnych po prostu MUSZĘ odstawić dziecko od cycka w czasie szybkim. I nie. Nie mam innego wyjścia.

Wiecie jak to ze mną jest?

Wiecie.

Otóż moje plany z rzeczywistością pozostają raczej, w dość luźnych stosunkach… Rzekłabym antagonistycznych.

Nowy Rok miał być momentem przełomowym, czyli że miałam odzyskać wolność dla piersi…
Dojechaliśmy do marca, a ja dalej karmię. Marginalne ilości, ale nadal karmię. Bo uparta to ja może jestem, ale… cóż… jak patrzę na tą małą pijawkę, która z taką pasją dopada do ukochanego cycusia, nie mam serca wprowadzać drastycznych metod odstawiennych.

Albowiem zasadniczo są właśnie 2 szkoły:

  1. Terapia szokowa- praktycznie z dnia na dzień. Dziecko ma absolutnego Bana na pierś, a mama ściąga mleko tylko po to by odczuć ulgę, uciszając tym sposobem laktację.
  2. Spokojne odstawienie- mocno rozłożone w czasie. Tak, by z tygodnia na tydzień zmniejszać ilość karmień piersią i zwiększać zainteresowanie malucha innymi pokarmami, już bardziej „dorosłymi”.

Ja wybrałam to drugie. I szczerze powiedziawszy to bardziej moja psychika cierpi niż Rekiniątka. No bo, to był taki NASZ czas, taki wyjątkowy i nierozerwalny. A teraz? Jedno karmienie. W nocy. Kiedy i ja i on, jesteśmy półtomni. Smuteczek.

Małe przechodzi cały proces praktycznie bezboleśnie. Być może dlatego, że odziedziczył, po mamusi, miłość absolutną do jedzenia… Jakiegokolwiek. Dlatego zastąpienie jednego karmienia, dajmy na to, soczkiem, nie stanowiło dla niego żadnego problemu.

Jednak do wszystkiego trzeba było się odpowiednio przygotować. Dlatego znając swoją sytuację, wiedziałam, że rozszerzanie diety będę musiała rozpocząć dosyć wcześnie. Stąd już od 4 miesiąca Pierworodny dostawał różnego rodzaju przeciery. Reagował różnie. Nie było jakichś większych problemów, do momentu rozpoczęcia ząbkowania. Wtedy nasze wybredne maleństwo postanowiło robić nam demonstracje wegetariańskie. W sensie wszystko, co miało w sobie, choćby śladowe, ilości mięsa, było automatycznie wypluwane i okraszane rzekami łez.
Ostatecznie jednak wstręt do mięska mu przeszedł zaraz po tym, jak wyrżnęły się jedynki. Mięsko pokochał miłością szczerą i czystą.

Właściwie, od kiedy rozpoczęłam rozszerzanie diety Tomeczkowi, ja zdobyłam dla siebie sporo wolnego czasu. Wcześniej, na każde zawołanie małego człowieka, biegłam przez mieszkanie, przeskakując zgrabnie, niczym gazela po afrykańskim stepie, hałdy złożone z zabawek, pieluch i ubranek, wydobywając z, przystosowanej do karmienia, odzieży pierś, by zaspokoić podstawową potrzebę mojego maleńkiego pączuszka. A miało to miejsce jakieś 18 razy dziennie.

Podobny obraz
Pączuszku nadchodzę.

Po wprowadzeniu stałego pokarmu, mój codzienny maraton skrócił się o jakieś 21 km. Także wszystko na plus, łącznie z rozmiarem spodni.

W tak zwanym międzyczasie, zaczęliśmy wprowadzać mleko zastępcze (dla alergików ze względu na AZS) i udało nam się w dzień wyeliminować karmienie piersią.

Laktacja ładnie się wyciszała, nie było żadnych problemów, aż do teraz.

W każdym razie dzięki mojemu Mężowi Akcja-Reakcja, szybko udało się zdiagnozować problem i podjąć odpowiednie kroki.

Także ja płaczę, dziecko się tuli, mleko płynie a Mariusz, chyba czuje się tak, jak ja przy ich ostatnich zębowych perypetiach.

Stare porzekadło mówi: jak nie urok to…

 

 

 

8 miesięcy z życia nieopierzonej mamy

Jakby ktoś się zastanawiał, co to się stało z Waszą ukochaną Szarasią. Tą, która to ostatnio zarzekała się, że co najmniej 2 notki w miesiącu, że noworoczne postanowienia, że dieta, że generalnie miss ogarniętości.

Informuję…

Otóż aktualnie znajduję się w oku cyklonu nienawiści.

Duży mężczyzna (czyt. Mariusz) całkowicie świadomie (na dodatek odpłatnie) pozbył się zęba, mały mężczyzna (czyt. Tomek) całkowicie nieświadomie (i bezpłatnie) zęby nabywa w ilości sztuk dwa (póki co). Całokształt sytuacji dopełniają lęki separacyjne młodego i nadmiar wolnego czasu starszego, który od razu czas ten pragnie wypełniać różnymi misjami.

A zatem, z jednej strony, mam w domu małego człowieka, dla którego każda najmniejsza rzecz idąca nie po jego myśli (w tym: za mało jedzenia na łyżeczce, za dużo jedzenia na łyżeczce, mama stanęła o 2 cm za daleko, mama stanęła o 2 cm za blisko, radio ustawione o 3 stopnie za głośno, radio ustawione o 3 stopnie za cicho, kaloryfer przekręcony na 5, kaloryfer przekręcony na 3, sweterek zapięty o jeden guziczek za mało, sweterek zapięty o jeden guziczek za dużo… i tak, w absolutnie, każdym aspekcie dnia codziennego) urasta do kryzysu o zasięgu globalnym.
Z drugiej zaś strony, mam dużego człowieka, który gardzi środkami przeciwbólowymi i woli przeżywać swój ból jak jakiś jaskiniowiec, pragnąc przy tym, jak zawsze, zbawiać świat, dbać o interesy, wyręczać mnie w obowiązkach domowych, robić przemeblowania, malować ściany czy majsterkować, kompletnie ignorując możliwości swojego, zatopionego w bólu, organizmu.

I ja. Istota delikatna niczym dmuchawiec na irlandzkim pastwisku. Miotam się między jednym a drugim, starając się zaradzić narastającym kryzysom wagi międzynarodowej.

W każdym razie, jak już udało mi się znaleźć chwilę, postanowiłam nie bacząc na nic (łącznie z pierworodnym, urządzającym sobie na moich włosach wspinaczkę życia, śmiejąc się przy każdym moim okrzyku bólu, jakby miał do czynienia z najlepszym stand upowym występem EVER), napisać nową notkę.

Dzisiaj nadchodzę z podsumowaniem. Jako, że okres około noworoczny, sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom, to i ja sobie strzelę jakiś bilansik.

Gdzieś tam kiedyś, planowałam zrobić podsumowanie pierwszego półrocza życia malucha, ale że Rekiniątko za dni parę kończy 8 miesięcy, postanowiłam troszeńkę rozszerzyć moje wywody.

Także zapraszam.

Miesiąc I – Jak ja się w ogóle nazywam?!

Patrząc z perspektywy czasu myślę sobie, nie mogło być przecież tak źle. I nie było. Jednak starając się przypomnieć sobie, jak wyglądało nasze życie przed pojawieniem się narybku, nie jestem w stanie zwizualizować w swojej głowie sytuacji, w której mogliśmy kłaść się spać o godzinach, które my uznawaliśmy za odpowiednie, bez wyrzutów sumienia, że oglądając film o 22, zabieramy sobie cenne 2 godziny snu.

Pierwsze dni z pierworodnym pamiętam jak przez mgłę. Może właśnie dlatego, że w pierwszym tygodniu życia Tomka spałam łącznie jakieś 6 godzin. I o ile ja zdążyłam się przyzwyczaić do sytuacji w szpitalu, o tyle dla Mariusza, była ona doświadczeniem, co najmniej, szokującym.  Żaden film, reklama, książka, czy opowieść znajomych, nie uprzedziła nas o tym, że dziecko może tak dużo (i głośno) płakać.

Zanim złapaliśmy jakiś rytm dnia (i nocy), chodziliśmy jak zombie. Wszystkie obowiązki domowe spadły na Mariuszka, bo ja WIECZNIE karmiłam dziecko. Serio. Miałam wrażenie, że Młody nie odrywa się od mojej piersi nawet na pięć minut. A jak już to robił, to po to by oddać (różnymi wylotami) to, co wchłonął.

W tym miesiącu też, po raz pierwszy złamaliśmy żelazną zasadę ustaloną przed porodem. NIE BĘDZIEMY DZIECKU PODAWAĆ SMOCZKA. Cóż… już drugiego dnia w szpitalu, napisałam do Mariusza błagalnego smsa, by przywiózł ze sobą smoczki, bo ja nie wytrzymie tej presji.

Tomek niestety (albo i stety) smoczka odrzucił. I po dziś dzień, kiedy dajemy mu smoczek, traktuje go raczej jak jakąś dziwną zabawkę, która idealnie wpasowuje się na przykład w oczodół jednego z rodziców.

Miesiąc II – chyba opanowałam potwora

Drugi miesiąc zapowiadał się całkiem obiecująco. Udało nam się opanować sytuację nocą. Wypracowaliśmy system wyciszania wieczornego i usypiania oraz szybkiej reakcji nocnej,  by dziecko nie zdążyło się zorientować dlaczego się rozbudziło.

Wszystko szło gładko.

Małe powoli zaczynało reagować na twarze, gdzieś tam pojawiały się pierwsze uśmiechy a w nas narastało poczucie, że tak, jesteśmy stworzeni do rodzicielstwa, jak nikt inny…

Miesiąc III – to potwór opanował nas

Dziecko przejęło nad nami kontrolę absolutną. Czasami zastanawiałam się czy sąsiedzi nie zainwestowali już w profesjonalny sprzęt nagrywający, by tworzyć z ukrycia filmiki z naszym udziałem i wysyłać je do National Geographic, jako niesamowicie rzadki pokaz tańców etnicznych, mających na celu zdobycie łaski i zadowolenia małego bożka.  Prześcigaliśmy się w pomysłach, jak wywołać uśmiech na małym pyszczku Rekiniątka.

Ostatecznie jednak nagroda, jaką był bezzębny uśmiech pierworodnego, wynagradzała absolutnie każdy, najgłupszy pomysł, na jaki mogliśmy wpaść

Miesiąc IV – macierzyństwo to najwspanialsza praca EVER!!!

Cudowny, wspaniały, karmelowo-czekoladowy miesiąc w rozwoju Tomeczka. Maleństwo jest słodkie, puchate, kontaktowe, samodzielne i wygląda już jak mikroczłowieczek z reklamy rodzicielstwa.

Moja mała krówka, mój słodki pączuszek, mój najmądrzejszy króliczek rozumiał już absolutnie wszystko, co do niego mówiłam, praktycznie wszystko potrafił przekazać (nie używając przy tym słów, a to już jest geniusz). Podejrzewam, że jakbym dała mu w tym czasie arkusz sudoku poziom hard i ołówek, machnąłby rozwiązanie bez najmniejszego zastanowienia, zapisując na marginesie wzór na kwadraturę koła.

Genialne umysły łączy, jednak, wspólny mianownik, jakim jest słaby popyt na sen. Tak też było w przypadku Szarątka.

Miesiąc V- genialne dziecię jest prawie samowystarczalne

Dokładnie. Zwłaszcza jak rozszerza się dietę Malucha od 4 miesiąca życia. Tym sposobem, moje piersi dostały względną wolność. Znaczy, że nadal były okupowane przez młodocianą pijawkę, ale już nie tak intensywnie. Mogłam nawet na 2 godziny zniknąć z pola widzenia dzieciowi. Ale tylko w teorii.

Tak jak wspomniałam, w poprzednim miesiącu. Sen był raczej u nas rzadkim rarytasem niż codzienną pomidorową. Dlatego ponownie zaczynaliśmy chodzić jak zombie.

Rekiniątko nadal było słodyczą samą w sobie. I posiadało nieopisany plus – tam gdzie go zostawiłam, tam, mniej więcej, znajdowałam Malca po 30 sekundach.

Miesiąc VI – Aaaaaaaaapokalipsa!!!!

Kochane, puchate, słodziutkie maleństwo zmienia się w Syna Chaosu Absolutnego. Próbuje: siadać, wstawać, raczkować, pełzać, turlać się – wszystko to w jednym czasie, na dodatek rozpoczyna się proces intensywnego ząbkowania.

I nie działa tutaj stwierdzenie, że jak dziecko zmęczy się w dzień, to będzie dobrze spało w nocy. W przypadku Młodego, im więcej przeżyć za dnia, tym większe były wariacje w nocy. Już dawno zapomniałam, co to znaczy spać ciągiem 4 godziny (nie mówiąc o dłuższych sesjach).

Miesiąc VII – Czas na reorganizację przestrzeni.

Stało się. Tomaszek stał się mobilny. Raczkuje z prędkością światła, wstaje podpierając się o wszystko, co uzna za stosowne i nie przejmuje się takimi drobnostkami jak kontrola, czy podłoże jest stabilne (szafka) czy ruchome (samochodzik pchacz).

Na co mi zatem karnet na siłownię? Pierworodny urządza mi w domu takie centrum sportu i fitnessu, że Chodakowska z Lewandowską mogą mi tylko pozazdrościć i błagać mnie o udzielenie franczyzy (tą drugą coś- albo ktoś- ostatnio wzięło tknęło i poczuła biznes nosem 🙂 ).

Wszystko w zasięgu małych rączek musiało znaleźć nowe miejsce, albo właściciela. Jest niewątpliwy plus tej sytuacji- dziecko pomaga w bardzo dużym stopniu wyeliminować z mieszkania zbędne elementy.

Miesiąc VIII – Mały nastolatek

Tak jak na początku. Wiedziałam o buncie dwulatka, wiedziałam o buncie nastoletnim, ale o buncie 8 miesięcznego dziecka nie słyszałam, a jestem jego największą ofiarą. Tomek buntuje się przeciwko wszystkiemu, co nie jest mamą. Swego rodzaju luksusem jest dla mnie korzystanie z toalety bez kibicującej publiczności.

Cóż… 9. Miesiąc maluje się całkiem ciekawie…

Poniżej: samodzielne dziecko robi porządek na swoich półkach.20170211_105701-1

Noworoczne postanowienia – czyli o tym jak po raz kolejny zmieniamy swoje życie

Nowy rok.

Nowe postanowienia.

Nowa notka!

Postanowienia, jak to postanowienia. Lubią być łamane. Ja na przykład, byłam silnie zdeterminowana by w pierwszym tygodniu stycznia wrzucić notkę i BAM. Na horyzoncie już widać luty i… oto ja! Objawienie polskiej blogosfery.

Czterotygodniowe opóźnienie… To już całkiem nieźle rokuje. Tak trzymaj Szarasiu, tak trzymaj! W końcu uda się dotrzymać jakiegoś dedlajnu jaki sobie ustanowiłaś w swojej głowie.

Ale tak po prawdzie, po prostu, nie chciałam Was za bardzo zaszokować moimi powalającymi zmianami i MUSIAŁAM (no musiałam) trochę z notką odczekać.

Poza tym… Im człowiek bardziej głodny, tym lepiej mu danie smakuje. Nawet najgorszy paździerz.

Ok, pośmieszkowaliśmy, a notka sama się nie napisze. A że temat całkiem wdzięczny to dzisiaj będzie o… pamparapampapam… oczywiście noworocznych postanowieniach.

Z Mariuszem (moim najwspanialszym mężem, jakby ktoś jeszcze nie wiedział) w wielu aspektach jesteśmy bardzo wyjątkowi, jeżeli jednak chodzi o silne postanowienie poprawy wiążące się z nadejściem nowego roku, to jesteśmy całkiem przeciętni i owszem, tworzymy sobie noworoczne listy rzeczy do zmiany.

Wraz z pojawieniem się w naszym życiu Rekiniątka, wiele rzeczy po prostu musiało się u nas zmienić. Tym sposobem, z każdym kolejnym miesiącem ciąży, musieliśmy, na przykład, oboje zaopatrywać się w sklepach odzieżowych w okrycia o coraz to większym rozmiarze. Gorzej, że po rozwiązaniu, tendencja zwyżkowa postępowała, we wcale nie wolniejszym, tempie. Tym sposobem, doprowadziliśmy się do stanu, do jakiego nigdy byśmy nie chcieli się doprowadzić. W sensie ja, bo Mariusz nawet z dodatkowymi kilogramami wygląda niczym ten Mars – mityczny bóg wojny…

Mars…

Mmmmm… Pyszności…

Mimo tego, miłość mojego życia uważa, że nie chce tych dodatkowych kilogramów i chce wyglądać jak w dniu naszego ślubu…

Ojjj… W moim przypadku to było jakieś paręnaście (dziesiąt?!) kilo temu…

Także pierwsze postanowienie to oczywiście:

DIETA

I wiecie co? Odkryłam, że mój umysł ma jednak jakieś masochistyczne zapędy. No bo, przecież JA CAŁY CZAS JESTEM NA DIECIE w związku z alergią pierworodnego i jem wyłącznie chrust, to jeszcze sobie ten chrust ograniczam do chrustu dietetycznego.

Co tydzień w niedzielę zasiadamy przy moim ukochanym BuJo (wspominałam w poprzedniej notce) i planujemy posiłki na kolejny tydzień, tworząc przy okazji listę zakupów, coby nie dorzucać do koszyka niepotrzebnych produktów.

Tym sposobem nie mamy już w domu żadnych niezdrowych przekąsek.

No dobra…

Są ciasteczka Pierworodnego, które z każdym tygodniem diety wydają się coraz głośniej krzyczeć „weź jednego, Tomek jest przecież za mały żeby zauważyć, a tym bardziej żeby czynić ci wyrzuty!!” .

Twardo się jednak trzymamy postanowień i tylko od czasu do czasu podkradamy Młodemu owocowego gerberka do zrobienia owsianych(=dietetycznych) ciasteczek.

I są efekty!

Także trzymajcie kciuki!

Ale dieta to taaaaaaakie banalne postanowienie na nowy rok. Zatem kolejne to:

ORGANIZACJA

Na punkcie której zdążyłam już mieć swego rodzaju obsesję (dowody: TU, TU i TU).
I nieocenioną pomocą okazuje się być mój ukochany wynalazek 2016 roku- Bullet Journal (oprócz polecanych ostatnio instagramów, pinterestów czy youtubów możecie o tym, i nie tylko o tym, poczytać też u pooderniczki :)).

Organizacja mojego BuJo przekłada się w dużym stopniu na moją produktywność w życiu, a już absolutnym hitem moich poczynań jest Habit Tracker. Coś jak tablica motywacyjna dla przedszkolaków z uśmiechniętymi i smutnymi buźkami, tylko dla dorosłych. Dla mnie bomba! Nigdy nie sądziłam, że z dziką radością będę codziennie odkurzać w mieszkaniu, tylko po to by zamalować kolorowym pisaczkiem krateczkę w zeszycie.

Czasem się zastanawiam, czy ja aby na pewno powinnam opuszczać przedszkole w wieku 6 lat…

W związku z tym, że im więcej postanowień tym większa szansa na spektakularny upadek, ostatnią rzeczą na mojej liście jest:

BLOG

I tutaj, odnosząc się do przydługiego wstępu, lekko nawaliłam. Ale styczeń niech będzie okresem przejściowym dla mnie i dla Was, abyśmy wszyscy tę, jakże ważną zmianę, przeszli bezboleśnie.

Założenie jest takie by w miesiącu były minimum 2 notki, ale chcę, poprzez moją hiperekstrawywalonąwkosmos organizację dojść do 1 notki tygodniowo.

Także trzymajcie kciuki i nie obawiajcie się rzucić we mnie korzeniem pietruszki, jakbym znikała na dłużej. Po pierwsze się ogarnę, po drugie, zawsze to coś do jedzenia.

Do zobaczenia w lutym 🙂

2017

Oaza spokoju- czyli jak dziecko zmieni Twój charakter

Pamiętacie poprzednią notkę?
Tę o niezawodnych sposobach usypiania dziecka?

Otóż możecie śmiało ominąć ten post szerokim łukiem, zwłaszcza kiedy Wasze dzieci postanowią ząbkować/raczkować/wstawać/siadać/wszystko jednocześnie.

Nie wiem w jak absurdalnym stanie świadomości musiałam być, kiedy uznałam, że to ja będę decydowała, o której godzinie moje dziecko będzie chodzić spać. Po prostu nie wiem.

Tym sposobem, każdego wieczora staczam bardzo nierówną walkę, w której wynik jest z góry przesądzony. Tomek idzie spać wtedy, kiedy to on (nie ja) ma na to ochotę. Walczę, jednak, dzielnie i z konsekwencją pajączka tkającego niteczka po niteczce swoją pajęczynkę, dziergam w sobie poczucie, posiadania czegokolwiek do powiedzenia w kwestii wychowania własnego dziecka. Wish me luck!

W każdym razie, jeżeli zastanawialiście się, czemu nie było mnie ostatnimi czasy na blogu- macie odpowiedź.

Myślałam też intensywnie nad tematem kolejnego wpisu i pewnego wieczora to po prostu przyszło.

Otóż po którejś z kolei (udanej!) próbie uśpienia Tomka, leżę na kanapie obok miłości mojego życia – Męża mojego najcudowniejszego i pieję nad nim z zachwytu. Moim ochom i achom nie ma końca.
Od czasu do czasu popiskuję niczym nabuzowana hormonami nastolatka na wieść, że jej jeszcze bardziej nabuzowany hormonami nastoletni idol, właśnie rozstał się ze swoją nabuzowaną hormonalnie dziewczynką, która to wygląda jakby była bliżej wieku przekwitania niż w okolicach pierwszego okresu.
Co jest powodem mojego głębokiego poruszenia? Otóż mój mąż gra w Fifę, a ja, jako jego najwierniejsza i najbardziej oddana fanka kibicuję mu najpiękniej jak tylko pozwala mi na to moje kibicowskie serduszko.
I to nie spektakularne gole, obronione bramki czy dokładnie przemyślana, genialna strategia jest powodem mojej niepohamowanej ekscytacji, a jego stoicki spokój.

Drodzy czytelnicy, musicie wiedzieć. Mój mąż jest niczym najsłodszy i najpiękniej zdobiony tort w cukierni, która to jest jedyną cukiernią w całej wsi i wszyscy mieszkańcy schodzą się do niej w każdą niedzielę, po mszy, by podziwiać dzieła lokalnego cukiernika, którego ambicją było robienie najbardziej zapierających dech w piersiach wypieków… i ambicję tę spełnił.
Miał mój mąż jednak jedną mroczną tajemnicę. Kiedy nie szło mu w grze, potrafił ostentacyjnie rzucić padem i przez kilkanaście minut być obrażonym na wszystko i wszystkich, bo Milik gwiazdorzy i nie chce z nim współpracować, robiąc na wirtualnym boisku kaszankę.

Tym razem jednak było inaczej. Milik, swoim fifowym zwyczajem, odwala manianę, a mój mąż, jak gdyby nigdy nic, ze spokojem komentuje (z typową dla siebie dawką ironii) sytuację, odkłada spokojnie pada i wyłącza z uśmiechem konsolę. Ja natomiast pozostaję w szoku na kolejnych parę godzin.  I dochodzę do wniosku, że co jak co, ale dziecko potrafi nas doskonale utemperować, jeżeli chodzi o charakter.
Cóż, kiedy usypiamy dziecko przez około 3,5 godziny, jesteśmy w stanie wyhamować wszelkie negatywne emocje, kiedy dziecko, w swojej łaskawości uzna, że w sumie może już zasnąć. Choćbyśmy z całym impetem wjechali małym palcem u nogi w stolik kawowy, nie pozostanie nam nic innego jak przełknąć łzy i w duszy pozwolić sobie na całą wiązankę pięknych, tradycyjnych słów, które każdy prawdziwy Polak zna, na zewnątrz pozwalając sobie jedynie na jak najcichsze syknięcie, coby nie obudzić młodzieży śpiącej czujnie w drugim pokoju. Taki lajf z dzieckiem :D.

Ja, jak wiecie, postanowiłam się ogarnąć. I, niezapeszając, muszę stwierdzić, że idzie mi całkiem nieźle. Wpadłam w pułapkę bulletjournalingu (o tej metodzie planowania swojego czasu możecie sobie pogooglać, albo poszukać inspiracji na pintereście, instagramie czy youtubie) i wszystkie plany wpisuję w swój piękny zeszycik w kropeczki, który dostosowuję do, tylko i wyłącznie, swoich potrzeb. Dzięki temu udało mi się wypracować jakiś harmonogram dnia, dom jest w miarę ogarnięty, ja mam czas na swoje małe przyjemności, a od przyszłego roku zamierzam totalnie zmienić swoje złe nawyki życiowe i żywieniowe i wykształcić w sobie instynkt mamy idealnej, samicy sukcesu… czy jakoś tak.

Także w duchu nadchodzących zmian, chciałam Wam życzyć, aby zbliżające się Święta Bożego Narodzenia upłynęły Wam we wspaniałej, rodzinnej atmosferze. Niech ten cudowny czas obfituje w mnóstwo pozytywnej energii oraz wiele pomysłów na przyszły rok :).

Tymczasem ja zmykam, bo dziecko moje zaczyna demontować choinkę.

Poniżej zdjęcie przedstawia efekt całonocnych pertraktacji o sen pierworodnego – on śpi, mama dokumentuje 🙂

20161223_085025

Ahoj!

Jak uśpić rekina – czyli mini poradnik o zasypianiu

Wiem, że mój blog zmienił życie nie jednej osoby, ale nie pomyślałabym, że jestem aż tak wpływową postacią w świecie blogerów światopoglądowych. Ja piszę o poważnej potrzebie zmian w swoim życiu, a tu Brytyjczycy biorą to do swoich arystokratycznych serduszek i organizują sobie Brexit, Amerykanie wybierają na prezydenta pomarańczowego Donalda Trumpa, a moje osobiste dziecko postanowiło przestać spać w nocy.

Siłą rzeczy i ja musiałam przystosować się do nowych porządków ustalanych przez pierworodnego.

Ale ale…

Mimo, że jestem osobą raczej uległą i dosyć elastyczną, to nie dam sobie odebrać dwóch jakże wspaniałych czynności w moim życiu: jedzenia i snu.

Obydwie kwestie, wraz z pojawieniem się Tomka, musiały zostać w dużym stopniu okrojone (pierwsze z mojej inicjatywy, drugie już nie ;(), ale walczę jak wygłodniała lwica, o kawałek jędrnej antylopy, aby jednak zachować jakąś równowagę w życiu.

W związku z powyższym musiałam opracować kilka metod usypiania potomka, a jako że jestem superwspaniałomyślna, postanowiłam podzielić się moimi sposobami z całym światem. Tym sposobem żadna mama na Ziemi nie będzie musiała borykać się już z problemem nieprzespanych nocy, wszyscy tatusiowe będą z zadowoleniem patrzeć na swoje wyspane, świeże i urocze partnerki, dzieci z całego globu będą rosły zdrowo i szczęśliwie, a dookoła latać będą bajeczne słowiki, śpiewając pochwalne pieśni na moją cześć .

Nie ma za co. To drobiazg.

Także przejdźmy do rzeczy.

Sposób I: Żarełko

Tomek po urodzeniu okazał się być małym klonem swojego taty. Absolutnie WSZYSTKO na jego mikrociałku można było odnotować, w większej wersji, na moim lubym. Nie było NIC, co mogłabym uznać za „swoje”. Oczy, uszy, usta, miny, gesty a nawet paluszki na małych stópkach – Mariusz w wersji kieszonkowej. Czułam lekką frustrację po 9 miesiącach ciąży, 7 godzinach porodu oraz wielu nieprzespanych godzinach na karmieniu i lulaniu, że to małe słodkie stworzenie wizualnie nie za bardzo się ze mną identyfikuje.
I, w końcu, odkryłam, że Tomek, ma coś po mnie – kocha jeść w równie dużym, o ile nie większym, stopniu co jego mamusia. Wystarczy, że gdzieś, przez nanosekundę, synek znajdzie się w okolicy (nawet nie bezpośredniej) mojej piersi, od razu jego źrenice kurczą się do rozmiaru główki od szpilki, w kącikach ust pojawiają się pierwsze krople śliny, a z buzi wydobywa się okrzyk bojowy nawołujący do ataku.

Jak tylko dopadnie swojej ofiary, od razu zmienia się nie do poznania – jest łagodny jak baranek, przytulaśny i generalnie najkochańszy mały rekinek na świecie.
Kiedy zestawiam karmienie z wyciszeniem, szumem i delikatnym światłem, sukces mamy prawie murowany.

Czasami niestety jednak to nie działa. Wtedy wchodzą pozostałe metody.

Sposób II: Kołysanki

W sytuacji gdy popyt przerasta podaż, trzeba szukać szybkich rozwiązań. I spokojne, powtarzalne zwrotki kołysanek powinny działać kojąco.

I pewnie działają.

Tylko nie na naszego pierworodnego. Dlaczego zatem uznałam to za skuteczny sposób?

Zawsze kiedy nie działa sposób pierwszy, przechodzę do wałkowania „Na Wojtusia z popielnika”. Śpiewam to w kółko, przez 30 minut do 2 godzin. Po drodze napotykam kolejno:
– spokój
– rozbudzenie
– zaciekawienie
– zaczepianie (poprzez plucie)
– zniecierpliwienie
– rozpacz
– dziką rozpacz
– czarną rozpacz
– pełne wyrzutu piski
– rozpacz
– uspokojenie
– marudzenie
– sen

I cokolwiek by się nie działo, ja dalej spokojnie piłuję Wojtusia. Po takiej walce pierworodny przeważnie śpi już do samego rana.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak, zdarzają się noce kiedy sposób drugi nie przynosi efektu. Wtedy przechodzę do kolejnego półsposobu.
Pół, bo rzadko się zdarza, że wtedy Tomek zasypia, ale jest dobrym podłożem pod kolejną metodę.

(Pół)Sposób III: Zmęczenie przeciwnika

Tutaj pozwalam sobie na absolutny spontan. Robię to co mi przyjdzie do głowy. Tańczymy, bawimy się, wygłupiamy, przedrzeźniamy, rozmawiamy (po swojemu), ćwiczymy… Cokolwiek! Byle mały się zmęczył.

Przeważnie mała krewetka doskonale się bawi przez jakieś 5 minut, po czym zaczyna płynnie przechodzić do dzikiej rozpaczy. Wtedy mam dwa wyjścia, albo wrócić do sposobu nr I (na tyle na ile pozwalają mi możliwości przerobowe moich piersi), albo przejść do sposobu odkrytego przez mojego męża.

Sposób IV: Leżące rodeo na kolanach

Absolutna bomba w usypianiu. Kiedy pierworodny jest już zmęczony, ale jego buntownicza natura nie pozwala mu na coś tak nudnego jak sen, mój mąż podąża z odsieczą.

Kładzie rekiniątko na swoich kolanach, główką do dołu i zaczyna delikatnie podrygiwać.

Uwierzcie mi, to jest absolutna petarda!

Działa niemal w każdej sytuacji. Dziecko zasypia w mniej niż 5 minut. I jedyne co trzeba później zrobić to, przenieść młodzież do łóżeczka, a następnie wytrzeć kałużę śliny z miejsca, nad którym wisiała przed chwilą główka.

Mariusz jest tak zachwycony swoim odkryciem, że postanowił w przyszłości napisać o swojej autorskiej metodzie książkę. Najpierw jednak chce przetestować ją na reszcie naszego przyszłego narybku.

W każdym razie ja już polecam – Szarasia.

Poniżej sposób IV w praktyce:
20161021_193136

Jak widać – działa.