Jak uśpić rekina – czyli mini poradnik o zasypianiu

Wiem, że mój blog zmienił życie nie jednej osoby, ale nie pomyślałabym, że jestem aż tak wpływową postacią w świecie blogerów światopoglądowych. Ja piszę o poważnej potrzebie zmian w swoim życiu, a tu Brytyjczycy biorą to do swoich arystokratycznych serduszek i organizują sobie Brexit, Amerykanie wybierają na prezydenta pomarańczowego Donalda Trumpa, a moje osobiste dziecko postanowiło przestać spać w nocy.

Siłą rzeczy i ja musiałam przystosować się do nowych porządków ustalanych przez pierworodnego.

Ale ale…

Mimo, że jestem osobą raczej uległą i dosyć elastyczną, to nie dam sobie odebrać dwóch jakże wspaniałych czynności w moim życiu: jedzenia i snu.

Obydwie kwestie, wraz z pojawieniem się Tomka, musiały zostać w dużym stopniu okrojone (pierwsze z mojej inicjatywy, drugie już nie ;(), ale walczę jak wygłodniała lwica, o kawałek jędrnej antylopy, aby jednak zachować jakąś równowagę w życiu.

W związku z powyższym musiałam opracować kilka metod usypiania potomka, a jako że jestem superwspaniałomyślna, postanowiłam podzielić się moimi sposobami z całym światem. Tym sposobem żadna mama na Ziemi nie będzie musiała borykać się już z problemem nieprzespanych nocy, wszyscy tatusiowe będą z zadowoleniem patrzeć na swoje wyspane, świeże i urocze partnerki, dzieci z całego globu będą rosły zdrowo i szczęśliwie, a dookoła latać będą bajeczne słowiki, śpiewając pochwalne pieśni na moją cześć .

Nie ma za co. To drobiazg.

Także przejdźmy do rzeczy.

Sposób I: Żarełko

Tomek po urodzeniu okazał się być małym klonem swojego taty. Absolutnie WSZYSTKO na jego mikrociałku można było odnotować, w większej wersji, na moim lubym. Nie było NIC, co mogłabym uznać za „swoje”. Oczy, uszy, usta, miny, gesty a nawet paluszki na małych stópkach – Mariusz w wersji kieszonkowej. Czułam lekką frustrację po 9 miesiącach ciąży, 7 godzinach porodu oraz wielu nieprzespanych godzinach na karmieniu i lulaniu, że to małe słodkie stworzenie wizualnie nie za bardzo się ze mną identyfikuje.
I, w końcu, odkryłam, że Tomek, ma coś po mnie – kocha jeść w równie dużym, o ile nie większym, stopniu co jego mamusia. Wystarczy, że gdzieś, przez nanosekundę, synek znajdzie się w okolicy (nawet nie bezpośredniej) mojej piersi, od razu jego źrenice kurczą się do rozmiaru główki od szpilki, w kącikach ust pojawiają się pierwsze krople śliny, a z buzi wydobywa się okrzyk bojowy nawołujący do ataku.

Jak tylko dopadnie swojej ofiary, od razu zmienia się nie do poznania – jest łagodny jak baranek, przytulaśny i generalnie najkochańszy mały rekinek na świecie.
Kiedy zestawiam karmienie z wyciszeniem, szumem i delikatnym światłem, sukces mamy prawie murowany.

Czasami niestety jednak to nie działa. Wtedy wchodzą pozostałe metody.

Sposób II: Kołysanki

W sytuacji gdy popyt przerasta podaż, trzeba szukać szybkich rozwiązań. I spokojne, powtarzalne zwrotki kołysanek powinny działać kojąco.

I pewnie działają.

Tylko nie na naszego pierworodnego. Dlaczego zatem uznałam to za skuteczny sposób?

Zawsze kiedy nie działa sposób pierwszy, przechodzę do wałkowania „Na Wojtusia z popielnika”. Śpiewam to w kółko, przez 30 minut do 2 godzin. Po drodze napotykam kolejno:
– spokój
– rozbudzenie
– zaciekawienie
– zaczepianie (poprzez plucie)
– zniecierpliwienie
– rozpacz
– dziką rozpacz
– czarną rozpacz
– pełne wyrzutu piski
– rozpacz
– uspokojenie
– marudzenie
– sen

I cokolwiek by się nie działo, ja dalej spokojnie piłuję Wojtusia. Po takiej walce pierworodny przeważnie śpi już do samego rana.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak, zdarzają się noce kiedy sposób drugi nie przynosi efektu. Wtedy przechodzę do kolejnego półsposobu.
Pół, bo rzadko się zdarza, że wtedy Tomek zasypia, ale jest dobrym podłożem pod kolejną metodę.

(Pół)Sposób III: Zmęczenie przeciwnika

Tutaj pozwalam sobie na absolutny spontan. Robię to co mi przyjdzie do głowy. Tańczymy, bawimy się, wygłupiamy, przedrzeźniamy, rozmawiamy (po swojemu), ćwiczymy… Cokolwiek! Byle mały się zmęczył.

Przeważnie mała krewetka doskonale się bawi przez jakieś 5 minut, po czym zaczyna płynnie przechodzić do dzikiej rozpaczy. Wtedy mam dwa wyjścia, albo wrócić do sposobu nr I (na tyle na ile pozwalają mi możliwości przerobowe moich piersi), albo przejść do sposobu odkrytego przez mojego męża.

Sposób IV: Leżące rodeo na kolanach

Absolutna bomba w usypianiu. Kiedy pierworodny jest już zmęczony, ale jego buntownicza natura nie pozwala mu na coś tak nudnego jak sen, mój mąż podąża z odsieczą.

Kładzie rekiniątko na swoich kolanach, główką do dołu i zaczyna delikatnie podrygiwać.

Uwierzcie mi, to jest absolutna petarda!

Działa niemal w każdej sytuacji. Dziecko zasypia w mniej niż 5 minut. I jedyne co trzeba później zrobić to, przenieść młodzież do łóżeczka, a następnie wytrzeć kałużę śliny z miejsca, nad którym wisiała przed chwilą główka.

Mariusz jest tak zachwycony swoim odkryciem, że postanowił w przyszłości napisać o swojej autorskiej metodzie książkę. Najpierw jednak chce przetestować ją na reszcie naszego przyszłego narybku.

W każdym razie ja już polecam – Szarasia.

Poniżej sposób IV w praktyce:
20161021_193136

Jak widać – działa.

Reklamy

Z cyckiem na talerzu – czyli krótko o karmieniu

Wiem…
Nie było notki na blogu ponad tydzień.
Notki nie było z prostego powodu.

Rozpaczy.

Rozpaczy mojej głębokiej. Rozpaczy takiej, że nie wyłaniałam się ze swojej podkołdernikowej norki nawet na sekundę. Mariusz podawał mi tylko dziecko do zaaplikowania mu dziennej racji żywnościowej oraz od czasu do czasu rzucił mi jakąś paszę.

Tak. Paszę. Bo moja rozpacz związana była właśnie z jedną z moich najukochańszych pasji – żywieniem mojej osoby.
Przy okazji ostatniej wizyty z pierworodnym u lekarza, wspólnie z pediatrą odkryliśmy, że dzieje się coś niedobrego ze skórą malucha. Krótki wywiad, oględzinki i mamy werdykt. Atopowe zapalenie skóry. Mały prawdopodobnie uczulony jest na białko mleka krowiego i parę innych rzeczy.

No ok Pani doktor, co mamy w takim razie robić?

Otóż nic nadzywczajnego. Musi Pani przejść na dietę…

… Dietę…

To słowo odbijało się w mojej głowie jeszcze przez długi czas, kiedy sympatyczna pani pediatra wymieniała mi czego jeść nie mogę. W sumie prościej byłoby wymienić jej co jeść mogę: chrust, kurz i moje łzy..

Także z racji tego, że dostałam bana na wszystko co lubię, postanowiłam obrazić się na świat i zamknąć się w swojej bazie okalanej poduszkami, kocami i kołdrą. Obraziłam się też na Mel B, bo w niczym mi ta wariatka nie pomagała, a tylko wkurzała… No i skąd tu brać energię, jak się żywi ściółką leśną?

Ale, że jest to powiązane dosyć ściśle z karmieniem piersią, postanowiłam uzewnętrznić się na forum publicznym z moim zdaniem na ten jakże kontrowersyjny temat. Dokładniej na temat karmienia piersią w miejscach publicznych.

Zanim zostałam pełnoetatową mleczarnią, moje zdanie było dosyć liberalne. Nie przeszkadzało mi to, chociaż dziwiłam się dlaczego co poniektóre panie mamy, tak jakby na siłę chciały pokazać otaczającemu je światu, że tak, one karmią piersią, tak, nie wstydzą się zerwać z siebie koszuli na forum i udostępnić dziecku swej kształtnej piersi, tak, są w stanie wykarmić dziecko własnym pokarmem, tak, są najwspanialszymi matkami w związku z tym…

Byłam wręcz lekko poirytowana tym, swego rodzaju, kultem naturalnego karmienia. Na szkole rodzenia, położne przedstawiały to wręcz tak, że TYLKO naturalne mleko jest akceptowalne, że trzeba robić WSZYSTKO aby dziecko jadło z piersi, i jeżeli zależy nam na tym by dziecko rosło zdrowe i mądre to należy przez MINIMUM pół roku karmić je WYŁĄCZNIE piersią, bo inaczej dupa blada… Automatycznie pojawiła się we mnie myśl, że powinnam uznawać siebie za chorą i głupią, bo moja mama, miała czelność karmić mnie mlekiem modyfikowanym. I chyba nawet argument, że najzwyczajniej w świecie pokarmu nie miała, a podejście do karmienia piersią w tamtych czasach było zgoła inne, nie przemówiłby do serca tej prolaktacyjnej sekcie.
W związku z tym i wieloma publikacjami, którymi raczyłam się przed porodem, byłam w ciągłym stresie, czy ja dam radę wykarmić moje dziecko. Czy zdam ten egzamin na „dobrą mamę”?

Kiedy już mały wyszedł na świat, okazało się, że większość moich obaw nie miała racji bytu. Ale to nie sprawiło, że nagle stałam się fanką karmienia piersią. O nie. Parę razy byłam wręcz bliska porzuceniu swoich postanowień i przejściu na sztuczne mleko. Laktacja u mnie przechodziła bardziej niż boleśnie. Przy każdym dostawieniu Tomka, ja odkrywałam w sobie bratnią duszę Mariah Carey z wchodzeniem na coraz wyższe oktawki. Mariusz starał się za każdym razem jakoś mnie zdekoncentrować, ale ja konsekwentnie skupiałam się na swojej niedoli. Mimo to, uznałam, że wielkim nietaktem byłoby gdybym nie skorzystała z tego, że mogę karmić piersią, dlatego postanowiłam nie rezygnować tak łatwo. Wszelkie bolączki przeszły, na szczęście, po 2 miesiącu życia pierworodnego i teraz nie ma nic cudowniejszego niż widok małej pijawki, która z taką radością dopada do piersi jakby to właśnie ona była portalem do cudownego świata mlekiem i miodem płynącego…
Mimo wszystko, całkowicie rozumiem i daleka jestem od piętnowania kobiet, które karmić nie mogą lub, najzwyczajniej w świecie, nie chcą.

Co do karmienia w miejscach publicznych… Coś się w kobiecie po porodzie zmienia, oprócz kilku dodatkowych wałeczków i rozchwiania emocjonalnego. Pewne hamulce moralnego zachowania puszczają. Dlatego nie mamy problemu z tym by rozmawiać przy posiłku o kolorycie i konsystencji kupki swojego dziecka, żyć normalnie z lekko ubrudzonymi okryciami od ulewek, bez jakiegokolwiek obrzydzenia wycierać dziwne płyny wylewające się z różnych otworów niemowlaka i nie mamy też problemu z publicznym karmieniem piersią. Oczywiście, może nie jest to do końca komfortowa dla nas sytuacja, ale też nie budzi to jakiegoś paraliżującego wstydu.

Mimo wszystko, będąc w miejscu publicznym, kiedy młody zaczyna wyraźnie artykułować, że mamo sorry, ale nie jadłem już jakieś 25 minut, nie uważasz, że to lekka przesada, helloł… staram się brać pod uwagę otoczenie i to, że nie każdy ma ochotę patrzeć na to czym obdarowała mnie natura. Szukam wtedy jakiegoś przytulnego kącika, nakrywam się lekko chustą i karmię.

Ale sorry, umówmy się, jest pewna grupa ludzi, która w takiej sytuacji zachowuje się jak dzika zwierzyna na odpuście w Januszkowie Wielkim. Automatycznie wyłapują kawałek nagiej skóry i patrzą się bliżej niezidentyfikowanym wzrokiem tak jakby jeszcze nigdy, never ever, nie widzieli 5 cm gołej (!!!!) piersi. Przeważnie są to panowie w przedziale wiekowym 50+, co wywołuje automatyczną zniesmaczoną reakcję ich połowic, które to głośno później komentują, że olaboga świat schodzi na psy, że cóż to za brak ogłady, i mój osobisty faworyt: kobiety z takim małym dzieckiem to w domu powinny siedzieć, a nie wałęsać się po mieście świecąc cycami tu i tam. Cóż…zdążyłam się już na takie argumenty całkiem nieźle uodpornić. Nie zmienia to jednak faktu, że jak restauracja, lub inne dosyć oblegane miejsca, jak centra handlowe, dysponują pomieszczeniem dostosowanym do spokojnego karmienia piersią, moje serce raduje się jak hipster na widok Starbucks’a, wokół mnie zaczynają wesoło patatajać jednorożce, a nad moją głową pojawia się jaskrawa tęcza w najpiękniejszych kolorach, jakie przyszło widzieć człowiekowi.

Także powoli zaczęłam robić sobie mały ranking miejsc przyjaznych kobiecie karmiącej i z chęcią zapoznaję się z innymi.

Tymczasem poniżej wrzucam wcale nie roznegliżowane zdjęcie autorstwa M. Wegner, ukazujące, że karmienie piersią może być całkiem estetyczne i (szok szok szok!) piękne 🙂

www.uwstudio.eu (20).jpg

Zmian ciąg dalszy – czyli o tym, jak nigdy nie zostanę Perfekcyjną Panią Domu

Tak się składa, że nigdy nie byłam szczególnie stworzona do prac domowych.
Wręcz, mimo najszczerszych chęci, byłam klasyczną antytezą gospodyni domowej. Ba! Byłam, i chyba już na zawsze pozostanę, pewnym wyjątkiem potwierdzającym regułę w wielu aspektach, które od pokoleń przypisywane są raczej kobietom.

Dla przykładu, moja znajomość palety barw ogranicza się do… powiedzmy 12 kolorów (z czego turkus i butelkowa zieleń to najbardziej ekwilibrystyczne określenia kolorów jakie potrafię nazwać i co najważniejsze rozróżnić). Dlatego jak ktoś do mnie mówi, że sukienka miała odcień burgundowej tafli jeziora w bursztynowym świetle lipcowego zachodu słońca, zatrzymuję się na pierwszym słowie i zastanawiam się czy jest to nazwa czegoś do jedzenia, bo tylko to jest w stanie przemówić do mojej konsumpcyjnej wyobraźni. Jak słyszę, natomiast, że ściana miała kolor budyniowy, to ja od razu wizualizuję sobie co najmniej 5 kolorów, prosząc o doprecyzowanie smaku, bym mogła dokładnie trafić w prawidłowy odcień.

Druga rzecz to odwieczna niechęć do robienia zakupów, zwłaszcza odzieżowych. Ze wszystkich nieprzyjemnych rzeczy na świecie, wliczając w to wodę w nosie i gorzką czekoladę, zakupy plasują się na szczycie mojej listy tortur, które z pewnością dotknęłyby mnie najboleśniej.
W naszym domu dochodzi do sytuacji, że mąż, na dobrych parę tygodni przed planowanymi zakupami, przygotowuje mnie na ten dzień i cyklicznie prosi mnie o określenie konkretnej daty, kiedy będę gotowa pójść na odzieżowy shopping, co ja konsekwentnie odkładam w bliżej nieokreśloną przyszłość, mówiąc że jeszcze nie jestem gotowa i nie wiem kiedy będę. Dopiero kiedy moim odzieniem podejrzanie często zaczyna interesować się lokalny konserwator zabytków, daję za wygraną i nie opieram się (aż tak bardzo), kiedy mąż zaciąga mnie do centrum handlowego.

W związku z chrzcinami naszego pierworodnego oraz ogólną zmianą gabarytów po 9 miesiącach beztroskiego podjadania ciastków (w końcu jem za dwoje!!! i nie patrz tak na mnie bo te 3 czekolady i 5 kawałków sernika to dla naszego dziecka! Przecież nie dla mojego hedonistycznego ego!) byłam zmuszona pojawić się w sklepie odzieżowym w celu nabycia czegoś bardziej wyjściowego niż plandeka na tira.
Aby maksymalnie skrócić moje męki, od razu skierowałam się do sklepu, którego asortyment stanowiły tylko i wyłącznie sukienki. Po morderczych i jakże upokarzających 15 minutach wciskania się w kilka propozycji wspomnianego przybytku oraz szybkiej konsultacji z mężem, wyszłam z tej jaskini wszelkiej rozpaczy, przecinanej potokami moich łez, ze zwycięsko wypełnioną torbą, znaczy się, dokonałam zakupu! Brawo ja!

Tym sposobem, nabyłam drogą kupna piękną, biało-niebieską suknię, lub jakby to określiło 80% populacji kobiet – porcelanowo(aczdelikatniewpadającąwodcieńchamois)-chabrową(albomożenawetkobaltową) sukienkę wizytową.

A teraz do meritum. Sukienka spełniła swój obywatelski obowiązek i z racji swojej uniwersalności po praniu miała zostać jeszcze wykorzystana na inne okazje (a przede wszystkim uchronić mnie przed koszmarem kolejnych zakupów w razie kolejnego oficjalnego wyjścia).

Pranie. Niby prosta czynność. Robimy to przecież codziennie.

Otóż nie tym razem.

Po wyjęciu sukienki z pralki okazało się, że niebiesko-kobaltowo-chabrowo-jakaś część weszła na jasną, tworząc tym samym błękitno-szaro-niebiesko-bylejaką sukienkę. I pragnę tutaj zaznaczyć, że przewidziałam, iż taka sytuacja może mieć miejsce, dlatego wcześniej wrzuciłam do pralki również dwie chusteczki wyłapujące kolor.
Jak już wiemy nic to nie dało.

W zaistniałej sytuacji pozostały mi dwa wyjścia:

a) pogodzić się z faktem i udawać, że tak właśnie miało być i ten dziwny majtkowy kolor był tu od zawsze i o co w ogóle chodzi?
b) zapytać wujka Google o radę.

Już kolejnego dnia, zgodnie z sugestią moich serdecznych przyjaciół z forów internetowych, zaopatrzona w ODBARWIACZ pewnej niemieckiej firmy, przystąpiłam do działania.

Jak bum-cyk-kucyk! Zrobiłam wszystko tak jak w instrukcji. Tym razem nie pozwolilam sobie na żadne improwizacje. Nazwa produktu – odbarwiacz – nie zapaliła w mojej głowie żadnej czerwonej lampki ostrzegawczej, że nie Szarasiu, to może być pułapka, nie rób tego, wstrzymaj się i zastanów czy aby napewno rozumiesz sens słowa „odbarwiacz”. Właściwie na mojej synaptycznej autostradzie pomyślunku panował, jak zawsze zresztą, tunel zielonego światła i efekty mojej, jakże edukacyjnej, przygody z praniem, możemy podziwiać na poniższej grafice.

20161012_131534

Jak widać na załączonym obrazku… Kury domowej to ze mnie nie będzie, but I will keep trying!

Wish me luck.

Szkoła życia, czyli jak przetrwać chrzciny

Zastanawiam się jak to jest, że los tak przewrotnie sobie z nami, od czasu do czasu, poczyna.
No bo, jak inaczej nazwać fakt, że tak skrajnie różne jednostki jak ja i mój mąż, trafiły na siebie i postanowiły spędzić ze sobą resztę życia, sprowadzając na świat liczne potomstwo?
Czasem sobie myślę, że miałam być tą kłodą rzuconą pod supermęskie nogi mojego męża, coby mu nieco utrudnić dotychczasowa egzystencje, a Mariusz miał tę kłodę, czyli mnie, przeskoczyć i pognać dalej, a on zaskakująco uznał to za życiowe wyzwanie i wziął mnie, jako tę kłodę, do wybudowania tratwy, aby wypłynąć na głębsze wody, i tak wspólnie dryfować po oceanach naszej egzystencji do końca świata, na co ja, kłoda życia Mariusza, przystałam z ochotą…

Tu daje Wam, drodzy czytelnicy, minutkę na zatrzymanie sie nad powyższym zdaniem i pozachwycanie sie metaforą i symboliką w nim zawartych….

Już?

Świetnie.

Jedną z wielu rzeczy jakie nas różnią jest poziom organizacji. Mariusz potrafi wszystko zaplanować od A do Z, przewidując wszelkie sytuacje, które:

– mogą,
– mogą a nie muszą,
– prawdopodobnie się przydarzą,
– przydarzą się na pewno

I wymyśla też rozwiązania na te sytuacje, a nawet po kilka rozwiązań.

Ja natomiast za sukces życia uznaję sytuację, w której uda mi się zaplanować obiad na kolejny dzień, a za spektakularny sukces życia, jak uda mi się ten plan zrealizować.

W związku z tym, odnosząc sie do poprzedniej notki postanowiłam sie zmienić. Bo zestawienie takiego nieogarka (czyt. Ja) z Mistrzem wszelkiej organizacji (czyt. Mariusz), było przykrym widokiem i wzmagało w ludziach potrzebę zapytania, pod jaki numer wysłać sms o treści „pomagam” żeby jakoś zniwelować ten dysonans w poziomie organizacji.

Doskonałym egzaminem z życia okazał się dzień chrzcin naszego pierworodnego.
Nasza dwójka poważnie podeszła do tematu. Byliśmy, zwyczajem Mariusza, przygotowani na każdą ewentualność…

Tak nam sie przynajmniej wydawało…

Otóż, w swoim kajeciku na zapiski  nowej, zorganizowanej Szarasi, miałam zanotowane wszystko, co po kolei zrobić, tak by obyło sie bez wpadek.
I tak, dzień rozpoczynać sie miał od pobudki i odciągnięcia mleka, coby mieć na później i nie świecić gołym cycem w miejscu świętym. Następnie miałam obudzić pierworodnego, nakarmić i zorganizować mu zajęcia tak, by nie zasnął do wyjścia.
W międzyczasie śniadanko, kąpanko, malowanko, przebieranko itp.

Dziecko zasnęło już w 2 godziny po przebudzeniu. Ale nic tam. Chwilkę się prześpi, nic sie nie stanie.

Nadchodzi godzina wyjścia, Młody wystrojony, awaryjne eleganckie ubranko spakowane, wszelkie przybory niezbędne, jak grzechotki, misiaki i telefon z wgranymi białymi szumami zapakowane. My, rodzice, piękni i pachnący. Ja jeszcze dziecko przed wyjściem nakarmię, bo ładnie zaśnie…

Jedziemy. Dziecko w ryk. Także śpiewamy mu Ogórka w wersji: głęboka depresja (wooooooolno i rozpaczliwie) a w tle wesoło przygrywają nam odgłosy macicy (jedna z wersji białego szumu). Podjeżdżamy pod kościół? Dziecko usypia… uff…

Stoimy pod kościołem, cmok cmok, jaki ładny, jaki duży, ochy i achy otulają nas niczym mgiełka drogich i ekskluzywnych perfum, dzięki którym czujemy sie jak VIPy na gali rozdania nagród za bycie fajnym.
No nic. Wchodzimy do kościoła. Dziecko śpi jak mały aniołek. Podchodzi do nas ksiądz i mówi, że jakby Mały zaczął płakać głośno, to żeby zabrać go do zakrystii i uspokoić. Ok, ok  proszę księdza, Tomek śpi, więc nie będzie potrzeby…

Otóż była.

Msza się rozpoczęła. Dziecko jak zaprogramowane oczy w pięciozłotówki i w ryk. Mariusz próbuje niezawodnego sposobu- gałęzi (dziecko przewieszone przez rękę). Zawiodło. Lulamy, podśpiewujemy, dajemy smoczka. Tomek wykazuje klasyczne objawy wścieklizny. W końcu ksiądz, w trakcie kazania, sugeruje nam przejście do zakrystii.
No to ja myk myk, dziecko pod pachę i juz nas nie ma.

Pierworodny drze sie coraz głośniej. Nie wzięłam ze sobą nic a juz tym bardziej butelki z mlekiem.
No nic, znajduję zydelek, siadam w kąciku i karmię… karmię… karmę… a Mały nawet na sekundę nie chce sie odczepić. Wchodzi Miłość mojego życia. Dziecko w końcu mnie uwalnia, biorę go do odbicia i juz czuje, ze zbliża sie najgorsze.
Mówię:
– Kotek, chyba będziemy musieli go przebrać
Kotek patrzy na mnie z niedowierzaniem
– Tutaj?? Chyba wytrzyma do końca mszy…

I w tym momencie zagrzmiało. I nie, nie był to Gniew Boży. To nasze pierworodne strzeliło w pieluchę dzieło swojego niespełna trzymiesięcznego życia.
Sytuacja była dosyć poważna, bo powoli na widok publiczny zaczęły wychodzić brudy naszego syna, dlatego jako rodzice musieliśmy działać szybko i sukcesywnie.

Tutaj bardzo przydały się nasze umiejętności działania zespołowego. Mariusz na szybko zorganizował prowizoryczny przewijak i wyleciał z zakrystii do samochodu, gdzie znajdowała się druga kreacja „na wszelki wypadek”. Ja w tym czasie doprowadzałam dziecię do względnego porządku. Mariusz, w drodze powrotnej, zdążył załapać się jeszcze na przyjęcie komunii (swoją drogą, nieźle to sobie nasz synek wykalkulował) i przybiegł z zestawem awaryjnym.

Tym sposobem, wyszliśmy z zakrystii akurat na ogłoszenia parafialne.

Poza tym, jakże spektakularnym, incydencie, reszta dnia przebiegła we względnym spokoju.

Także, co tu dużo mówić… Poniekąd udało nam się zapanować nad sytuacją kryzysową, a nawet wzbogaciliśmy się o kolejne rodzinne doświadczenie, jakim jest karmienie oraz zmiana ekstremalnej pieluchy w kościele.

Brawo my!

Aż strach myśleć o pierwszej komunii…

 

 

 

Poniżej: spokojne i szczęśliwe dziecko w kreacji numer 1

20160902_093821

O zmianach słów kilka

Zmieniam się.

Tak. Macierzyństwo oraz ponad roczne życie w małżeństwie, przymusiło mnie do zmian. A właściwie nie przymusiło, a wzmogło we mnie potrzebę ograniczenia swojej nieogarniętości.

Tym więc sposobem, postanowiłam, że oprócz wprowadzenia większego ładu w swoje życie codzienne, zacznę, a przynajmniej podejmę próbę, pisać na bloga częściej. Może nawet pokuszę się o pewną formę systematyczności, ale nie wiem czy to nie będzie już zbyt potężna zmiana jak na mój prokrastynacyjny organizm. Się zobaczy, jak to mawiają.

Jako blogująca mama z całym arsenałem atrybutów macierzyństwa, pod postacią wiecznie zimnej kawy, odzieży zalanej mlekiem oraz potężnym plecakiem „dobrych rad” uzbieranych przez niespełna 3 miesiące, zasiadam do planowania moich zmian.

I tak. Po 2 miesiącach dopingowania (z tabliczką czekolady w jednej ręce i zimnym kotletem w drugiej) tych biednych ludzi, którzy pocą się ćwicząc z  Mel B, postanowiłam odstawić węgle i powylewać z  siebie wszelkie płyny ustrojowe czyniąc to samo. I tak po 5 minutach rozgrzewki mam wrażenie jakbym dwukrotnie przebiegła maraton, serduszko stuka mi w rytmie drum and base, pot tworzy urokliwą kałużę na podłodze a ja sama leżę i staram się zapomnieć o tym, że moje ciało ma funkcję przemieszczania się. Ale ok. Dzisiaj rozgrzewka, jutro cały trening. W końcu nie od razu Radom zbudowano… czy coś w tym kierunku.

Niestety następny dzień wita mnie dosyć ponuro. Wytaczam się z łóżka. Przecież nie wychodzę, bo nie umiem. W sensie umiem, ale nie mogę, bo po rozgrzewce z byłą spicetką doznałam skrętu karku i absolutnie nie mogę poruszyć szyją. Moja motoryka jest bliższa foce niż zwinnej gazeli, ale ruszyć się trzeba. Tak więc na spacerze z pierworodnym jestem łakomym kąskiem dla lokalnych złoczyńców czających się na zawartość mojej torebki. Jakby taki rzezimieszek chciał nabyć jedną z bazyliona grzechotek, zabawek, smoczków czy gryzaczków znajdujących się w mojej tytce – nic prostszego, wystarczy zakraść się do mnie od lewej strony i brać jak rolnik dotacje. Po pierwsze nic bym nie zauważyła, bo szyją ruszyć nie potrafię, po drugie nawet jakbym zauważyła, zapewne udałabym, że nie widzę, albowiem wymagałoby to ode mnie reakcji, a tego wolałabym uniknąć w obecnym stanie.

Oto i ja- Janusz sportu i fitnessu. Jeden dzień ćwiczeń (hoho! 8 minut rozgrzewki urasta u mnie do rangi całego dnia), a ja natychmiast staję się jednostką niezdolną do jakiejkolwiek formy życia. A mawiają, że sport to zdrowie…

Nic tam. Jedna jaskółka Chodakowskiej ze mnie nie uczyni. Nie poddaję się i wprowadzam dalsze zmiany.

Aż strach się bać…

 

Poniżej: poziom organizacji level Asia… ważne żeby nie zgubić dziecka…20160711_143306

Porodówka II (ostateczne starcie)

Postawiona przed wyborem: drzemka, prysznic, czy pisanie, postanowiłam ukoić skołatane nerwy moim wiernym czytelnikom i płodzę tę oto notkę.
Mężczyźni na spacerze, więc ja korzystam z nadarzającej się okazji dwóch całkowicie wolnych dłoni oraz dziwnej lekkości u piersi wynikającej z deficytu małego ssaka wiszącego na nich. Przeważnie ten czas wykorzystuję na sen, ale tym razem postanowiłam się poświęcić i jako zapalona blogerka mam nadzieję, że świat Internetu doceni moją heroiczną postawę i wybije mnie na szczyty wszelkich rankingów popularności blogów parentingowych (ha! Oficjalnie jestem rodzicem, więc nikt mi nie zarzuci, że staram się wbić na nie swój rynek). Nie no żart. W moim mniemaniu już dawno osiągnęłam spektakularny sukces wszechczasów tym, że jestem prawie bliska jakiejś systematyczności.

Ale nie o tym.

Jak można się domyślić po tytule, dzisiaj pochylę się ponownie nad kwestią porodu, ale tym razem nie z perspektywy aktywnego słuchacza. Dzisiaj historia będzie o wiele bardziej mroczna… I bolesna.

Mój poród….

Ok. Nie było szczeniaczków. Nie było też żadnych pand, wombatów, jelonków, fok ani żadnego innego uroczego stworzenia… No może finalnie poza jednym.

Co zatem było?

Szok, strach i niedowierzanie.

Serio. W swojej naiwności myślałam, że mój poród, z racji tego, że będzie to MÓJ poród, przejdzie leciutko. Myślałam, że będzie to bardziej formalność i dziecko w kilku zgrabnych parciach pojawi się na świecie w przeciągu paru… no może parunastu minut.

Otóż nie.

Poród trwał 7 godzin. I może to nie był rekord świata, ale w przeciągu tego czasu cierpliwość Mariusza do mojej osoby została wystawiona na poważną próbę. Bo to nie wyglądało tak, że ja natchniona mocą zbliżającego się macierzyństwa walczyłam w pocie czoła o sprowadzenie naszego pierworodnego na świat, a Mariusz rozsiadł się w bujanym fotelu i pykając kubańskie cygaro, komentował, jaki ten cud narodzin jest niesamowity. No nie. W sumie, ostatecznie to nie wiem kto z naszej dwójki wyszedł z porodówki bardziej styrany.
Już w pierwszym kwadransie od momentu, w którym podana oksytocyna zaczęła powolutku siać spustoszenie w moim organizmie (głównie w głowie) można było śmiało zakwalifikować mnie pod zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Ale to tylko w początkowej fazie porodu, kiedy miałam jeszcze siły na wykazywanie pozytywnego pobudzenia.

Także potrafiłam płynnie przechodzić od płaczu, przez wściekłość aż do śmiechu i zadowolenia, że to wszystko takie niesamowite i piękne. Niestety o ile ja czułam się całkiem swobodnie w swoich zmiennych stanach, o tyle Mariusz przechodził prawdziwą szkołę życia. I to taką szkołę dla jednostek służb specjalnych z tarzaniem się po podmokłych terenach, strzelaniem do wroga i odratowywaniu konających partnerów. Jako, że to ja towarzyszyłam mu w tym jakże edukacyjnym doświadczeniu z pełną odpowiedzialnością i świadoma swoich decyzji wystawiam mu absolutnie najwyższą notę. Są dwie możliwości jak skończyłaby się ta przygoda gdyby nie obecność mojego Męża:

  1. Rodziłabym do dzisiaj
  2. Pozbierałabym swoje zabawki i wyszła z porodówki nie mówiąc nic nikomu, licząc na to, że dziecko postanowi jednak jeszcze trochę się wstrzymać… Rok, dwa, no góra 5 lat.

Na szczęście tak się nie stało i w naszym życiu pojawił się On.

Tomasz Aleksander.

Najsłodsza istotka na świecie.
Kiedy przyszedł na świat pachniał jak rybka. Serio. Ale nie jakiś obleśny  nadmorski dorsz, tylko najpiękniejsza i najsłodsza, śpiewająca rybka z bajek Disneya.
Taka mała bezbronna paróweczka.
Taki nieskoordynowany robaczek.

Wszystkie koale, pandy, wombaty, wydry trzymające się za łapki, alpaki, a nawet jamnicze szczeniaczki, niestety musiały oddać palmę pierwszeństwa jeżeli chodzi o słodziakowatość. Tomaszek skradł nasze serca w pierwszej sekundzie swojego życia. Nie znaczy to jednak, że wyżej wspomniane istotki mnie nie ruszają. Owszem cały czas potrafię z oczami wypełnionymi łzami wzruszenia oglądać filmiki na jutubie z wyżej wymienionymi. Po prostu robię to krócej (mniej więcej o jakieś 8 godzin dziennie).

Także tego…

Chyba jednak koncepcja bloga delikatnie się zmieni…

A zdjęcie naszego Skrzata autorstwa M. Wegner z UW Kreatywne Studio

www-uwstudio-eu-27

Porodówka

Wiem już czego nie powinna robić pierworódka. Być może nawet i bardziej doświadczona ciężarówka też nie powinna popełniać błędu, jaki ja żem popełniła.
Oczywiście o konsekwencji swoich mało przemyślanych czynów dowiadujemy się kiedy jest już za późno, kiedy nie ma już ratunku.
Także leżę. Leżę na porodówce na obserwacji, bo coś mnie tknęło w 39 tygodniu ciąży, że nasze małe szczęście coś niemrawe jak na siebie. Na rejestracji zbadali, pomacali, obejrzeli pod specjalistycznym sprzętem. Jest diagnoza- małowodzie, łożysko brzydkie- zostawiamy na obserwacji.
Normalnie raczej bym się obraziła po tej krzywdzącej ocenie moich wnętrzności, ale moje doświadczenia w byciu ciężarną ograniczają się do jednej ciąży, więc sprawa wydała mi się poważna i przyjęłam krytykę z pokorą.
Poza tym, zawsze w moim nie do końca prostym umyśle, pobyt w szpitalu kojarzył się z szybką akcją i gdzieś tam zatliła się we mnie nadzieja, że oto może już za parę godzin zniosę to jajeczko.
Otóż nie.
Godzina 00:30 w radyjku u położnych gra sobie Zbigniew Wodecki zapowiadając nam rychłe i ekscytujące spotkanie ze śmiałą, zwinną, rezolutną Mają, a na końcu korytarza ktoś morduje kobietę. Ktoś bez pardonu obdziera ją ze skóry, bezczelnie pokrzykując na ten akustyczny obraz nędzy i rozpaczy słowami „dajesz dajesz dajesz!! Już końcóweczka!!”. Jej odpowiedzi zdają się natomiast przeczyć tej teorii, ponieważ do moich delikatnych uszu docierają słowa powszechnie uznawane za mało literackie, i przyprawione są głośnym nawoływaniem, błaganiem wręcz, o litość.
Także ja leżę. Leżę i myślę, czy mnie też to czeka? Czyżby moja teoria, traktująca poród jako miłe spotkanie towarzyskie okraszone rozkosznym popiskiwaniem jamniczych szczeniaczków, okazywało się mieć hipotezę alternatywną, że oto może być zgoła inaczej? I nie czekając na odpowiedź, ja już wiem, że popełniłam błąd. Było siedzieć na dupie w domu i czekać aż akcja porodowa sama się rozhuśta. Wtedy wszystko szło by zgodnie z planem. Nawet jakbym usłyszała wtedy, to co usłyszałam zeszłej nocy, wiedziała bym, że nie ma już odwrotu. Że wrota sali porodowej zaraz otworzą się i dla mnie i będę postawiona przed faktem dokonanym. A tak? Leżę w łóżku i obczajam kątem oka ścieżki ewakuacyjne. Leżę w twardym łóżku, odziana w koszulę, która pamięta zapewne narodziny Nerona, podpięta pod pierdyliardy kabli, wsluchuję się w różnego rodzaju dźwięki porodówkowej codzienności i nie wiem absolutnie nic.
Położne z kolei pilnują swojego oddziału niczym stado sklonowanych Cerberów nie pozwalając nawet nosa wetknąć na sale zatroskanym mężom. Mój co prawda zawsze w takich sytuacjach wykazuje się sprytem liska chytruska, przedostając się do mnie każdą możliwą szczeliną, wykorzystując każdą nanosekundę nieuwagi położnych. Bardzo podnosi mnie to za każdym razem na duchu i bardzo krwawi mi też serduszko jak za chwilę pojawia się Strażnik Porodówki, pod postacią niewysokiej pielęgniarki, który na momencie wyprasza Miłość Mojego Życia z oddziału…
O godzinie 4:23 przychodzi przesympatyczna studentka, która proponuje mi prysznic i ponowne podłączenie pod ktg. Nie powiem, super jest słuchać co tam u Maleństwa się dzieje, ale leżenie w bezruchu przez ponad godzinę w najmniej wygodnej pozycji, bo tylko w takiej łapiemy sygnał, nie bardzo wpisuje się w moją definicję dobrostanu pacjentki. Z drugiej jednak strony, mogłam siedzieć w domu, na zacnych swoich czterech literach i zajadać się czereśniami, czekając aż nasze małe cudo samo raczy oznajmić nam, że oto nadchodzi. Nie mam zatem prawa narzekać, bo sama ten alarm wszczęłam. Cierp ciało co chciało!
Z sali gdzie obdzierają kobietę ze skóry, dobiega mrożący krew w żyłach wrzask, który nijak kojarzy się z cudem narodzin. Bliżej mu do rytualnych afrykańskich egzorcyzmów. Chwila ciszy i dociera do mnie dziwnie kojący pisk nowego obywatela Ziemi.
Wow…
Stado niewidzialnych mróweczek przebiegło mi przez plecy….
Już nie mogę się doczekać!!!
ES-System-PIKTOGRAM-WYJSCIE-W-PRAWO-DOL-MONITOR-1-9693041