Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉

O wykastrowanym pudelku – czyli Instamatki celebrytki

Moi drodzy, oto ja, powracam!

Ostatni weekend upłynął mi pod hasłem Blog Conference Poznań, a że działo się tam wiele, to i mi udzielił się klimat bycia influencerem (tak jakbym już nie wpływała znacząco na Wasze życie).

W każdym razie, nie wiem który to już raz czytacie u mnie na blogu, ale…

Uwaga, uwaga!

Będą zmiany.

Może nie w formie, bo całkiem swobodnie się w takiej, a nie innej, czuję, ale w systematyce (w założeniu 1-2 posty na tydzień) oraz po trochu w tematyce, ale wiadomo, ja już dawno udzieliłam sobie mandatu na wypowiadanie się w każdym możliwym temacie, także od czasu do czasu mogę odskoczyć na chwilę z tematów okołodziecięcych, ale nie martwcie się, nie na długo.

Tyle w kwestii formalnej.

Ostatnio postanowiłam podreperować swoje braki w kwestiach niecierpiących zwłoki, czyli poprzeglądać portale plotkarskie. Szusuję ja sobie między szalenie istotnymi wiadomościami ze świata celebrytów, gdzie spora część artykułów poświęcona jest frywolnemu penisowi Roberta Lewndowskiego oraz nieudanym próbom znalezienia nowej, życiowej miłości przez Edytę Herbuś, aż tu nagle… moje oczy zatrzymują się na tytule bliskim memu sercu: „Internetowa strona macierzyństwa. Tak instamatki sprzedają swoją prywatność”. Czytam ja sobie ten tytuł i mówię do siebie „Oho! Zaczyna się! Pudelek wziął się i za mnie, w końcu moja oszałamiająca liczba obserwatorów na Instagramie, w postaci 70, z pewnością nie przeszła bez echa w świecie instamatek celebrytek”. Ostatecznie okazało się jednak, że jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, pozostałam pominięta przez autora wspomnianego artykułu.

W tej, jakże porywającej i edukacyjnej, literackiej przygodzie przeczytałam o tym, że celebryci, tacy których znamy z nagłówków poczytnych gazetek, dzielą się z nami swoim nudnym życiem, i że nagle, zwykłe kobiety odkryły, iż dzielenie się swoją prywatnością może przynosić pieniądze, poprzez promowanie różnych produktów na swoich profilach i, kto wie, może kiedyś uda im się zarabiać na swoich dzieciach, jak to aktualnie czyni żona najpopularniejszego polskiego piłkarza. Najbardziej wzruszył mnie jednak fragment opisujący owe, zwykłe, kobiety, jakoby jedynym ich osiągnięciem życiowym było urodzenie dziecka.

Otóż, kochana redakcjo Pudelka, jeżeli bierzecie się już za profile zwykłych, jak sami określacie, kobiet, w celu analizy krytycznej ich działalności, powiedzcie proszę gdzie Wy się do tej pory uchowaliście, skoro kwestia ewoluującej reklamy, wychodzącej poza schematy sztucznych celebrytów z gadającego pudełka, jest Wam obca? Skoro krytykujecie już kobiety bez większych osiągnięć, poza urodzeniem dziecka, to zorientujcie się, czy czasem, poza wrzucaniem zdjęć na portale społecznościowe, kobiety te, nie zajmują się przekazywaniem bardziej merytorycznych i wartościowych treści niż Wy, droga Redakcjo.

Wśród instamatek celebrytek wymieniliście między innymi Martę z bloga Superstyler, którego prowadziła na długo przed pojawieniem się dzieci. Owszem pokazuje ona dużą część swojego życia prywatnego, ale nie bawi się w pudrowanie rzeczywistości, poprzez kreowanie nierealnych obrazków codzienności. Że ludziom się to podoba, a to z kolei prowadzi, nieuchronnie, do zainteresowania reklamodawców, to jest jej wina? Cóż. Takie mamy czasy. Reklamy wyszły już dawno ze standardowych ram i z coraz większą śmiałością, wchodzą w nasze życie codzienne.
Druga instamatka celebrytka na waszej liście to Nicole z Mamaginekolog. Pozostawię tę kwestię bez większego komentarza… Nicole pisze o sprawach szalenie istotnych i robi to w sposób przystępny dla każdego. Skoro dzielenie się z milionami kobiet (i nie tylko) wiedzą ginekologiczną, głównie ciążową, nie jest większym sukcesem życiowym, to przyjrzyjmy się temu co Ty nam proponujesz szanowna Redakcjo.

Oto kilka tytułów z Waszej głównej strony:

  • Dekolt Edyty Herbuś na imprezie z „wiecznym pacjentem” z „Daleko od noszy” [ZDJĘCIA]
  • Nieruchoma twarz Mai i fryzura Krzysztofa na imprezie [ZDJĘCIA]
  • Magda Gessler prawie jak diabeł [FOTO]
  • Paris Hilton w bikini tęskni za Ibizą [ZDJĘCIA]
  • Pupa brazylijskiej gwiazdy… ZGNIŁA od nadmiaru wypełniaczy [FOTO]
  • Lara Gessler pozuje w toalecie [FOTO]
  • Jessica Mercedes pokazała stopy na tle Monako [ZDJĘCIA]
  • Kinga Rusin i Rozenek nadal się nie lubią
  • Koroniewska siedzi okrakiem na Dowborze [FOTO]

 

Tak drogi Pudelku, oto są osiągnięcia godne nagrody Pulitzera i największego społecznego uznania.

Wiadomo, media społecznościowe sprzedają nam zakrzywioną wersję rzeczywistości. Instamatki pokazują macierzyństwo jako najpiękniejsze lukrowane ciasteczko, które jest tylko i wyłącznie przyjemnością. I z zasady jest. Nie znam jednak żadnej matki, która ma życie jak z takiego internetowego obrazka. Dzieci, poza tym, że są słodkie jak małe tabliczki czekolady z karmelem, masłem orzechowym i wszelkimi innymi dobrami natury, potrafią też być męczące, złośliwe, marudne, czasem nawet śmierdzą, ale to tak śmierdzą, że wycieczki, jakie odbywałam w ramach studiów, do obory pełnej świnek, krówek i całej reszty zwierząt gospodarskich, wydawały się być, przy możliwościach małego Rekina, wycieczką do perfumerii. Dodając zdjęcia przerzucone przez pierdyliard filtrów i okraszone bazylionem hasztagów, nie liczę na to, że ktoś mi uwierzy w to, że moje macierzyństwo jest tak słodkie, łatwe i przyjemne, ale w przyszłości, kiedy będę już jeść masło przez kroplówkę, miło będzie wrócić do takiej właśnie wizji przeszłości.

20170526_095834

Jak podróżować z dzieckiem i nie zwariować?

Pierworodny nauczył się mówić „Mama”, ale nie że mama, mamusia, moja ukochana mateczka, która w bólach wydawała mnie na świat przez kilka godzin.

Nie.

Mama w słowniku Rekiniątka oznacza „jestem głodny, weźże mnie nakarm kobieto”. I dochodzę do wniosku, że sąsiadów oszukam, znajomych oszukam, nawet męża słynącego z ponadprzeciętnej dociekliwości oszukam, ale dziecka nie oszukam.
Dziecko zauważy, że moja dieta istnieje bardziej w teorii niż w praktyce. Trudno zresztą nie zauważyć, jak wiecznie coś w jamie gębowej przeżuwam i mogę, logicznym ciągiem myślowym, kojarzyć się mojemu malutkiemu Pączuszkowi tylko z żarciem. A że siła genów psychopatycznej adoracji jedzenia jest wielka, Tomek przez cały dzień, w różnej tonacji i z godnym podziwu entuzjazmem, odśpiewuje hymn pod tytułem „Mama!”.

Także osnuta melodyjnością syna mojego (póki co) jedynego, postanowiłam ruszyć szare komórki i napisać notkę.

Paramount Movies movies thinking think clueless GIF

Dzisiaj miał być temat harmonogramu dnia 10 – miesięczniaka, ale jesteśmy aktualnie w trakcie reorganizacji naszych przyzwyczajeń, łącznie z nauką samodzielnego zasypiania (co idzie nam dosyć horrorystycznie) i dlatego ten temat przesunę na bliższą przyszłość, jak już w pełni będę mogła dumnie zakrzyknąć, że tak, moje metody wychowawcze są jedyne i niepodważalne i przynoszą spektakularne efekty, Tomek jest całkowicie samodzielny, potrafi komunikować się w 3 językach nowożytnych oraz języku migowym, a my z Mariuszem mamy czas na łechtanie naszego kulturalnego ducha w operze, możemy w spokoju zjadać ciepłe posiłki, a kawa nigdy nie ma szansy ostygnąć.

W związku z tym, będzie o podróżowaniu.

Bo wiecie. Zasadniczo są 2 teorie.

Pierwsza mówi o tym, że jak się ma małe dziecko, to siedzi się na dupsku w domku i czeka aż młodzież, chociażby usiądzie, co by w samochodzie nie odkształciły mu się plecki w foteliku. I o ile zgadzam się z kwestią pozycji wymuszonej w foteliku, o tyle nie jestem fanką całej teorii, że jak dziecko to koniec, the end, finito, ende zamykamy się na świat i wyłonimy się, MOŻE, jak młody wejdzie w okres dojrzewania.

 feel free to use GIFPo tych wszystkich latach, w końcu wolność!

Druga mówi, że nie należy się ograniczać. Że żyjemy w XXI wieku, a nie w średniowieczu. Że nie przewozimy już dzieci w skrzynkach po burakach, tylko w przetestowanych fotelikach z atestami wszelkich możliwych organizacji. Że owszem, pozycja wymuszona jest szkodliwa, ale dla dorosłego człowieka również, dlatego warto podróżować z głową! I ta teoria przemawia do nas w 100%.

Przez pierwszy miesiąc życia Tomka postanowiliśmy, że nigdzie dalej jechać nie będziemy. Byłoby to zresztą dosyć problematyczne ze względu na ilość posiłków oraz zmian pieluch. Jednak od drugiego miesiąca wyruszyliśmy na podbój świata.
Tak się nasze, moje i Mariusza, ścieżki przecięły, że spotkaliśmy się akurat w Poznaniu, ale ja pochodzę z miejscowości oddalonej od Poznania o 100 km, a Mariusz z miejscowości 170 km w zupełnie przeciwległą stronę. Tym sposobem jedni dziadkowie od drugich oddaleni są od siebie o niespełna 300 km. Wiedzieliśmy, że musimy to jakoś pogodzić, chociażby ze względu na święta, które naturalnie chcemy spędzać z jednymi i drugimi.
Dlatego postanowiliśmy przyzwyczajać Rekiniątko do podróży stopniowo. Najpierw wycieczka na 20 km, później na 40 km i tak dalej. W końcu udało nam się bez większych problemów doprowadzić do sytuacji, że i jedni i drudzy seniorzy zostali zaszczyceni naszą obecnością. Sukces!

Oczywiście w trakcie takich podróży, musieliśmy liczyć się z licznymi przystankami, nie tylko ze względu na potrzeby fizjologiczne bejbika, ale również zwykłe przystanki, tak żeby młody mógł chwilę odpocząć od fotelika. Ale udało się! Tomek tak przyzwyczaił się do podróżowania, że przeważnie jak tylko usłyszy dźwięk odpalanego silnika, zapada w sen, czasami nawet na kilka godzin i nie przeszkadza mu wtedy, że już dawno dojechaliśmy, został wyjęty z fotelika, rozebrany i nieświadomie zapozował do pierdyliarda śmiesznych (tylko w naszym uznaniu) zdjęć, którymi będziemy go szantażowali, kiedy przyjdą mroczne czasy buntu nastolatka. Nevermind.

W podróżowaniu z dzieckiem jest jeszcze jeden aspekt. Warto wyrobić sobie papiery na prowadzenie samochodów ciężarowych, ponieważ ilość gadżetów, jakie TRZEBA zabrać ze sobą, często nie mieści się w standardowym bagażniku. Kiedy wyjeżdżaliśmy na weekend (2 dni, jedna noc, jakby ktoś nie wiedział) do rodziców, starsza sąsiadka z naprzeciwka, widząc nas uwijających się przy samochodzie z całym podróżnym pierdolnikiem, z troską zapytała „Państwo znowu się przeprowadzacie?”.
Znowu, bo kiedyś w porywie naszych idealistycznych serc zapakowaliśmy cały (!) dobytek i wyprowadziliśmy się ze wszystkim (!!) na 4 dni (!!!), czule pielęgnując w naszych umysłach wizję sielankowego życia w porcie nad rzeką, jak jacyś amisze, gdzie ja codziennie witałabym dzień rytualnym patroszeniem, złowionego przez Mariusza, dorsza, a mój (wtedy jeszcze) narzeczony heroicznie zarzucałby kotwicę, pomagając zbłądzonym statkom znaleźć bezpieczną przystań. Zrezygnowaliśmy, jak tylko okazało się, że przysłowiowe życie amiszów, okazało się być boleśnie prawdziwe. I o ile życie bez ogrzewania bylibyśmy w stanie jakoś przeboleć, o tyle brak wody bieżącej, zdatnej do jakiegokolwiek użytku okazał się być przeszkodą nie do przeskoczenia. Więc, zapakowaliśmy z powrotem nasz dobytek i wróciliśmy do naszego cudownego podpoznańskiego mieszkanka z ogrzewaniem, wodą i innymi  ekskluzywnymi dobrami.

Wracając do tematu, samo łóżeczko turystyczne, wózek i zwykły bagaż zajmują ¾ samochodu, a weź tu jeszcze fotelik do karmienia, bujaczek, zabawki, ulubiony kocyk, pół metrowego Misiaka, podgrzewacze do butelek, zapas mleka, kaszek i kleików. Dorzuć do tego jeszcze całą apteczkę (na wszelki wypadek) i kilkanaście pozycji wydawniczych dla najmłodszych. Siłą rzeczy, zabraknie miejsca dla Ciebie. Dlatego nasz bagaż to mała tytka z biedry wypełniona, zasadniczo, tylko majtkami na zmianę, bo reszta i tak by się nie zmieściła. Dziecko doskonale nauczyło nas jednej ważnej rzeczy- nie potrzebujemy 90% rzeczy, które wydawały nam się niezbędne przed pojawieniem się naszego małego Robaczka. Ubrania na zmianę? Po co? I tak za chwilę, mała łapka wytaplana w bananie odbije się na samym środku koszulki. Kosmetyczka? Żeby młody zlizywał ze mnie warstwy tapety? Perfumy? Jak młody zrzuci bombę, to choćby i najintensywniejsze olejki eteryczne, nie pomogą…


Piątek, piąteczek, piątunio- czyli jedziemy na weekendzik (zdjęcie TU)

A jakie są Wasze doświadczenia z podróży?

 

 

Internetowe mamy – czyli dajcie mie strzelbę bo nie wytrzymię

Ostatnimi czasy przechodzimy, w sensie ja i Mariusz, poważne zmiany życiowe. Otóż postanowiliśmy zamienić opony zimowe na letnie. I już, już, pewnie, co wierniejsi czytelnicy bloga, podnoszą się z impetem z krzeseł i zakrzykują: „ale jak to? Przecież to już miało następować dawno! Co najmniej od nowego roku!”.
Owszem.
Miało.
I nawet tak się działo… Dzieje.
Co tydzień.
Od poniedziałku do czwartku.

A potem przychodzi weekend…

Bo młodzi rodzice formalnie nie mają weekendów. Bo do maluchów nie bardzo dociera filozofia piątku, piąteczku, piątuniunia. Bo i tak rytm dnia i nocy pozostaje taki sam. Bo na nic nam radość z wolnych dni, bo ich po prostu NIE MA!

Dlatego nasze, mój i Mariusza, sprytne organizmy wraz z nadejściem czwartkowego wieczoru, nagle przestawiają się na tryb weekendowego obżartuszka.
Po czterech dniach heroicznego wysiłku umysłowego, pod tytułem „z czym by zjeść ten topinambur na kolację oraz jak przyrządzić polędwiczki z piersi kurczaka, tak by były jak najbardziej bez kalorii”, wycieńczony głodówką mózg postanawia podjąć ostateczną próbę buntu. Niestety udaną. I tak przez kolejne 3 dni pływamy w oceanie węglowodanów, z radością nacieramy się różnymi olejami (z palmowym na czele), a w przerwach skaczemy po trampolinach sztucznych konserwantów i barwników.

HULU tv snl saturday night live nbc GIF

I przychodzi poniedziałek. Płacz i zgrzytanie zębów, że olaboga, dlaczego ja, ukryta prawda i szpital w jednym.

No.

Także od dzisiaj walczymy i w czwartek uprzejmie prosimy o wyjątkowo mocne trzymanie za nas kciuków, co by nasze postanowienia nie utonęły w hałdach tkanki tłuszczowej, która to ostatnimi czasy szturmem opanowuje okolice moich ud i podbródka.

I ja tak sobie siedzę i gmeram w Internecie, w poszukiwaniach szybkich i tanich sposobów na chudnięcie. Nieoceniony jest oczywiście stary, dobry wujaszek Google, ale ciocia Forum Internetowe bardzo zgrabnie dotrzymuje mu kroku.

Każdy, kto kiedykolwiek korzystał z Internetu wie, że wystarczą nanosekundy, chwila nieuwagi, leciuteńkie zboczenie z kursu myślowego i nagle znajdujemy się w tej części globalnej sieci, w jakiej nigdy znaleźć byśmy się nie chcieli, a nawet nie bardzo chcielibyśmy wiedzieć, że taka część istnieje. W związku z tym, ja na przykład nie bardzo wiem jak z tematu o detoksie organizmu, znalazłam się w tej części forum gdzie ludzie wysyłają zdjęcia różnych części swoich członków z pytaniami, czy ta plamka w okolicy lewego pośladka, to nie jest czasem objaw policystycznych jajników, a pytanie zadane jest przez użytkownika o tajemniczej nazwie „królewicz_rozkoszy69”.

 reaction wtf wut steve harvey dumbfounded GIF

I generalnie wszystko byłoby ok, bo co ja się będę mądrzyła, w końcu, od kiedy tylko istnieje Internet, ludzie szukają tam odpowiedzi na każde możliwe pytanie, łącznie z tymi dotyczącymi kwestii zdrowotnych, ale… No właśnie jest to ale. Bo o ile dorosły człowiek bierze pełną odpowiedzialność za siebie i swoje wybory, o tyle, jak widzę pytania mam, albo też tat, z całą galerią zdjęć pupek, cipuszek, penisków, z całą gamą pytań, czy konsystencja kupki jest prawidłowa, czy wysypka na policzkach jest ok, czy ta ropiejąca rana jest normalna, to natychmiast wpływa na moje usta soczyste KURWA MAĆ!

 fuck frustrated table flip fuck this shit GIF

Ludzie! Co jest z wami?! Czy konsultacja z lekarzem parzy?! Czy to naprawdę taki wielki problem, spiąć poślady i przejść się do pediatry, jak macie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące Waszych dzieci?! Ja rozumiem, że czasami lepiej nie panikować, i owszem nie mam nic przeciwko szukaniu w internecie możliwych diagnoz, ale na litość boską, serio myślicie, że mama, czy tata, czy ktokolwiek tam jest po drugiej stronie kabla, ma większe kompetencje od lekarza, by ocenić, na podstawie zdjęcia kupy Waszego Szkraba, czy wszystko z nim w porządku?! Serio?! SERIO?! NA PODSTAWIE ZDJĘCIA KUPY?!

Quo vadis świecie? Quo vadis??!!

I byłabym hipokrytką jakbym powiedziała, że nie korzystam z takich stron. Należę do chyba każdej możliwej grupy zrzeszającej mamy z różnymi artefaktami macierzyństwa. Fitmamy, Mamy z Warszawy/Poznania/Gdańska/Koszalina/Starej Dziedziny (bo w każdym z tych miejsc gdzieś kiedyś byłam, choćby przejazdem), rozszerzanie diety po 4 miesiącu, rozszerzanie diety po 6 miesiącu (obydwie grupy zwalczają się nawzajem z determinacją godną rolnika zwalczającego stonkę ziemniaczaną), mamy z włosami blond, mamy bez kolczyków, naturalne mamy, plastikowe mamy, mamy alergików, mamy żarłoczków, mamy niejadków i wiele, wiele innych. I zasadniczo uważam, że każda z tych grup ma ogromną wartość merytoryczną i można bardzo wielu rzeczy z nich się dowiedzieć, ale niektórzy mocno przeceniają ich możliwości.

Błagam, zatem! Jak widzicie zbłąkaną duszyczkę w internetowym świecie, wysyłającą zdjęcia części intymnych swojego dziecka, proszę zareagujcie, postarajcie się jej uświadomić, że Internet to nie jest idylliczne miejsce, w którym puchate króliczki, żyją w zgodzie z mądrymi wilczkami. Nie! Tak nie jest! Internet to ciemny las pełen nieprzyjaznych bestii i to, że zdarzają się miłe i pomocne stworzonka, nie znaczy, że zaraz nie trafimy na wilka w owczej skórze, który ze zdjęcia naszego Skarbeńka zrobi bardzo brzydki użytek.

Notka tak ku przestrodze, bo mnie już strzela.

Jak pies z dzieckiem – o roli zwierząt w życiu Malucha

Starym sharkmumowym zwyczajem, notkę zaczynam od lekcji wychowawczej, czyli od obiecanek, jak to ja zamierzam pracować nad swoją prokrastynacją i systematycznością wpisów.

Także, uwaga, uwaga – zamierzam.

I aby nie pozostać gołosłowną, zrobiłam sobie nawet miesięczną rozpiskę wpisów na bloga oraz zarys tematów na przyszłość.


WIN! WIN! WIN! Plus milion do ogarniętości.

W każdym razie dzisiaj chciałam poruszyć temat, który od dawna truchtał mi po głowie- a mianowicie o pogodzeniu życia dziecka z psem lub innym zwierzem domowym.

Zatem dzisiaj będzie notka czysto teoretyczna, ponieważ my, póki co, tego typu rozkmin nie prowadziliśmy, ani nie prowadzimy, ale może w przyszłości tak się właśnie stanie, a przygotowanym trzeba być. I już!

Poza tym, helloł! Jestem w końcu blogerką parentingową, a to daje mi dożywotnią wizę na wypowiadanie się w ABSOLUTNIE KAŻDYM temacie około dziecięcym. Od zagwozdek ginekologii położniczej, po ocenę etyki metod wychowawczych amiszów szwajcarskich. I nikt mi mojego świętego prawa mądrzenia się w tych sprawach (i innych również, bo niepisane prawo mówi, że bloger parentingowy może wypowiadać się na ABSOLUTNIE KAŻDY temat, także nie około dzieciowy), nie odbierze. Hawgh! Powiedziałam!

Jest i drugi argument, przemawiający za moim niezaprzeczalnym prawem wypowiadania się w temacie eukariontów w życiu dziecka. Jest nim fakt wykształcenia, jakie nabyłam dawno dawno temu w swoim życiorysie, czyli magister inżynier zootechnik. I jeżeli zastanawiacie się, czym zajmuje się magister inżynier zootechnik, śpieszę, czym prędzej, z odpowiedzią. Otóż nie mam najmniejszego pojęcia czym zajmuje się magister inżynier zootechnik. W sensie wiem, jaką wiedzę posiadam, ale nie jestem pewna, czy studia na tym kierunku, dają jakiekolwiek uprawnienia do hodowania zwierząt gospodarskich (i nie tylko), bo w sumie to robić może każdy. Ale mniejsza o większość. Istotą powyższych dywagacji jest fakt, że ja w zawodzie nie pracuję, ale lubię przedstawiać się tytułem magister inżynier zootechnik Szarasia, bo jest czadowe. No i jak inżynier to wiadomo – umysł ścisły. Także możecie śmiało okrzyknąć mnie Michaelem Faradayem światowej blogosfery parentingowej. Nie obrażę się.

A wracając do meritum, wiemy już, że mimo, iż wiedzy praktycznej nie posiadam, jestem jak najbardziej kompetentną osobą do wypowiadania się w temacie zwierząt. Niczym Kinga Rusin wypowiadająca się na temat niskich zarobków w Polsce, czy Janusz Korwin Mikke o zasadności równouprawnienia na świecie. Także tego…

To, że czworonoga w domu nie posiadamy, nie znaczy, że Tomaszek nie ma kontaktu z sierściuchami. Zasadniczo ma i właśnie wchodzi w taki etap zainteresowania otoczeniem, że psy/koty i inne stworzenia futerkowe stanowią dla niego źródło niepohamowanej ekscytacji.

Najczęściej Rekiniątko spotyka się z Malibem. W teorii moim jamnikiem (a jakże!), w praktyce psiakiem moich rodziców, którzy to stwierdzili, że ja mogę sobie z gniazda wyfruwać, ale Malibu zostaje z nimi i nie ma żadnej dyskusji. I ja powalona siłą ich determinacji, musiałam przystać na tę propozycję nie do odrzucenia. Tym sposobem już na parę lat przed pojawieniem się pierworodnego, moja mama miała niesamowitą okazję trenowania bycia babcią. Dziś pies jest rozpuszczony jak dziadowski bicz i nie bardzo radzi sobie z konkurencją pod postacią Tomeczka.
Nie znaczy to absolutnie, że darzy, swego mniej kudłatego brata, jako wroga. Ich relacja przypomina, w istocie, relację czysto braterską. Malibu, starszak, teoretycznie ignoruje, irytującego Malucha, starającego się, za wszelką cenę, obrać go z sierści, ale jak tylko Tomek stęknie, rozpłacze się lub krzyknie niespodziewanie, ten staje niemalże na baczność i obserwuje sytuację. Jeżeli stan rzeczy jest niezmienny, włącza alarm. Będzie biegał od jednej osoby do drugiej, nawołując o pomoc dla swojego dziwnego, obłego przyjaciela. Tym sposobem, mimo, że na dźwięk płaczu swojego dziecka jestem wyczulona jak komar na moje łydki latem, jestem bombardowana rozpaczliwym nawoływaniem o pomoc w wersji stereo – Tomek i Malibu razem brzmią wyjątkowo przekonująco. I choćbym aktualnie ratowała świat przed zagładą, muszę rzucić wszystko i gnać z misją ratunkową do pierworodnego, inaczej w trybie pilnym sąsiedzi wezwaliby do nas policję, opiekę społeczną i CBŚ, w celu sprawdzenia, czemu znęcamy się nad dziećmi i zwierzętami.

Możemy być zatem pewni, że choćby pies był wyjątkowo zazdrosny o sralucha, nie pozwoli by stała mu się krzywda. I żadna elektroniczna niania nie jest nam potrzebna… Wystarczy Malibu.

dog police costume cops cop
Halo policja? Tomaszek w opałach!

Poza tym psy mają w sobie ogromne pokłady opiekuńczości i cierpliwości do małych istot. Na przykład, Malibu jest wyjątkowo wyczulony na kwestie trymowania (usuwania martwych włosków, w przypadku psów szorstkowłosych) i każda próba dokonania na nim tego czynu kończy się albo ucieczką, albo groźbami karalnymi z jego strony. Kiedy Tomaszek, w swoim stylu, wyrywa pieskowi sierść garściami, ten czeka cierpliwie aż dziecko skończy, ewentualnie oddali się, gdy ma już dość zabiegów kosmetycznych Rekiniątka.  I tu mam pewność, że pies dziecka nie skrzywdzi, choćby nie wiadomo co.

Oczywiście nie twierdzę, że do zwierząt nie należy podchodzić z odpowiednią dozą dystansu, bo nie. Pies/kot/świnka morska/wombat  to jednak zwierzę, po którym trzeba spodziewać się wszystkiego i zdrowy rozsądek wymaga by podchodzić do tematu z odpowiednim dystansem… Tylko, po głębszym zastanowieniu myślę sobie, że z ludźmi tym bardziej trzeba uważać.

I tym optymistycznym akcentem kończę, chociaż pewnie do tematu jeszcze wrócę, bo kto mi zabroni? 🙂