Słowo na niedzielę – czyli o tym jak dziecko prawdę Ci powie

Bywają takie dni, kiedy najlepszym rozwiązaniem jest wyjść na dwór, udać się do lasu (koniecznie liściastego), znaleźć odpowiednio dużą kupkę liści (utwierdzając się wcześniej w przekonaniu, iż w tym kopczyku kupka jest tylko w nazwie), wydrążyć swym obłym ciałem tunel, okopać się szczelnie szeleszczącą okrywą i przeziomować w swoim ekoschronie tę dobę.

Tak też jest dzisiaj.

Jako matka polka, z alkoholem jestem od jakiegoś czasu w raczej skomplikowanym związku na odległość, w sensie że chęci to może i od czasu do czasu by były, ale jak już coś do organizmu wprowadzam to ścina mnie z nóg niczym Magicala na ostatniej gali mordobitek dla jutuberów. Pół biedy jak mnie zetnie i po prostu mi się oko przymknie, eliminując mnie, tym samym, z dalszych wyskokowych rozrywek. Gorzej jak wypijam sok chmielowy w ilościach porównywalnych z importem chińskiej elektroniki do krajów unii.

Wtedy niby wszystko fajnie, haha hihi, bawimy się i udajemy na imprezie, że ten samodzielny byt z przodu, falujący na wszystkie strony, bez jakiejkolwiek kontroli z naszej strony, to nie jest pociążowa fałdka (która notabene powinna wchłonąc się jakieś 2 lata temu) , tylko element naszego fikuśnego przebrania na halloween („ale, że to dopiero za dwa tygodnie? No ja nie mogę! Ale ze mnie krejzi babeczka, kompletnie mi się imprezy pomyliły!”). I kiedy już wrócimy do domu, odkryjemy, że dziecko przeprowadziło małą rewolucję w układach z dziadkami i leży między nimi w łóżku, tworząc swym miniciałkiem środkową kreskę w literce H, my zmęczeni szalonym życiem zasypiamy, żeby po dwóch godzinach usłyszeć nad 35-tonową głową, pisk porównywalny z szaleńczą jazdą paznokciami po tablicy, „mama, tata pobudkaaaa!!!”. I nie ma wybacz, że głowa boli, w gardle wielka klucha, a cały swój mizerny byt lekko podśmierduje. Trzeba z uśmiechem przywitać się z miniczłowiekiem i rozpocząć dzień. I dajesz się tak oglądać, w tym żałosnym stanie, swojemu mężowi, bo jest Ci totalnie wszystko jedno (#bólgłowy #poziomhard), a on nie mogąc znaleźć innych słów, kłamie Ci w żywe oczy, że nie wyglądasz tak źle (nawet mu brewka nie tyknie). Nie spodziewasz się jednak po dzisiejszym dniu żadnej szczerej reakcji, bo taka mogłaby trwale zreorganizować relacje społeczne, na Twoją niekorzyść.

Nie masz też czasu się nad tym zastanawiać, bo miniczłowiek, jakby wyczuwając Twoją czasową niedyspozycję, domaga się uwagi ze zdwojoną mocą. Układasz więc z nim puzzle, budujesz najwyższe wieże z klocków, kolorujesz zwierzątka najpiękniej jak potrafisz, równiuteńko przyklejasz naklejki i masz wrażenie, że złapałaś pana Boga za nogi, bo te zajęcia tak cudownie nie angażują Twoich szarych komórek do jakiejkolwiek aktywności, co jest dzisiaj tak bardzo ważne. I nagle miniczłowiek przybiega do Ciebie z hawajskim łańcuchem – zdobyczą z klubowych wojaży dnia poprzedniego, zarzuca Ci go na głowę, poprawia przy uchu i oznajmia:

– jesteś piękną księżniczką

#ijamuwierzę #jestemksiężniczką #ikoniec ❤

Reklamy

Oaza spokoju

2-latki są, w istoście, czarującymi stworzeniami. W jednej chwili potrafią zmienić się z pałającej nienawiścią do wszystkiego i wszystkich (zaś w szczególności do Ciebie) bestii, w okaz tak wielkiej słodyczy, że diabetolodzy ich nienawidzą (#promo #dajpieniążka).

Co więcej, sprawiają, że i Tobie ambiwalencja uczuć nie jest obca. W ciągu dnia, z zadziwiającą łatwością, przechodzisz od nieposkromionej miłości, przez zakochanie, zdziwienie, poirytowanie, złość, wściekłość aż do zamknięcia się dla bezpieczeństwa w kiblu, coby Tobie lub postronnym krzywda się nie stała.

Tak też było ostatnio, kiedy pokłady mojej cierpliwości skurczyły się do rozmiarów wiarygodności obietnic wyborczych (#politykapolityka) i po prostu musiałam odizolować się od miniczłowieka, bo byłam gotowa wystawić go w trybie pilnym, na aukcji aliexpress (#zadopłatą). Niestety miejsce mojego hipotetycznego świętego spokoju było okupowane właśnie przez (#oironio) obiekt mojego niepokoju.

Miniczłowiek, od jakiegoś czasu, hobbystycznie utrudnia możliwie każdą czynność z nim związaną. Dzień zaczynamy od świeżakowego teatrzyku, gdzie matka schowana za armią pluszaków kibicuje dziecku, by to raczyło łaskawie otworzyć oczy. Kiedy już mamy za sobą krzyki, kwiki i teatralne rzucanie się po podłodze, przychodzi czas na mycie zębów, podczas którego wyrywamy sobie nawzajem tubkę pasty o smaku truskawkowym, by zaraz po wyszorowaniu minikiełków, matka mogła ubrać się od nowa oraz oczyścić pomieszczenie ze słodkiej mazi. Dzień jest na starcie, a my już wściekle dyszymy i powarkujemy na siebie w rodzicielskiej aurze wzajemnego obwiniania się o to, kto jest za to wszystko odpowiedzialny. I przychodzi czas ubierania.

Słodki Boże.

Jak bardzo musimy uchodzić wśród sąsiadow za kwintesencję patologii? Ileż krzyków, łez, wściekłego tupania, agresywnych reakcji na matkę widziały nasze 52 metry kwadratowe (#plusbalkon), to wiemy tylko my, miniczłowiek i zaciekawione oczy sasiadów z bloku naprzeciwko.

W każdym razie, kiedy po samodzielnym (!) nałożeniu na siebie okrywy ubraniowej, dziecko, ku rozpaczy zdesperowanych rodziców w półbiegu do pracy, oznajmia, że „mamo, siusiu kupa”, my miękniemy jak ten papier, na którym (według reklamy) Mozart przepadał pisywać swoje sonaty.

Wtedy następuje ciąg powtarzalnych sekwencji słownych: „niebieski nocnik… nie, nie chcę… zielony… ja siam… siaam!! ja SIAAAAAAM!!!!!!!… mama ić stomt!! No ić stomt!!!” w tym momencie można śmiało zasiąśc w fotelu i na spokojnie pyknąć sobie sienkiewiczowską trylogię, bo miniczłowiek zamierza siedzieć na nocniku jeszcze przez kwartał. Jedyne co działa na serce Szarątka, jest zasugerowanie, że mama też by chciała skorzystać z toalety. Wtedy szczenię uśmiecha się szeroko i władczym gestem wskazuje na muszlę klozetową i łaskawością obdarza poddanych „mamo, plosię tolita”. I ja rozumiejąc tę skomplikowaną procedurę siadam na rzeczonej tolicie, co daje impuls dla miniczłowieka do podciągnięcia gaci i wyjścia z łazienki, trzaskając przy tym drzwiami coby dobitnie zaakcentować fakt, że dba o intymność swoich niewolników. Ten moment sam na sam ze sobą jest bardzo cenny i każda sekunda jest absolutną celebracją. Do momentu, aż usłyszę za drzwiami szuranie przesuwanego mebelka. Po lekkości szuru oraz prędkości ruchu przesuwnego, mogę wywnioskować iż dziecko właśnie ciągnie za sobą drabinkę z kuchni. Moje podejrzenia szybko znajdują potwierdzenie w rzeczywistości, kiedy w łazience gaśnie światło. Odczekuję chwilę, po czym pytam szefa, czy mógłby jednak zapalić mi światło. I oto stała się jasność.

– tak lepiej? – słyszę przytłumiony głos zza drzwi.

– tak Kotku, tak lepiej – odpowiadam.

Światło gaśnie.

Głos zza drzwi znów się odzywa:

– a teraz lepiej leci?

#troska #poziom500 #taklepiejleci #truestory

Życie na krawędzi

Ostatnio, postanowiliśmy stawiać na spontaniczność. Taką, że wiecie, krew staje w żyłach, włosy, o których istnieniu nie ma się pojęcia, powstają jak nowe podmiejskie osiedla, a w uszach dudni na cały regulator „RUda tańczy jak szalona”.

Także, w duchu nowego, żywiołowego życia, postanowilismy wybrać się na wycieczkę z dzieckiem, bez drzemki (!), bez obiadu („a idziemy w gości, z pewnością będzie jakieś ciasto” #matkaroku2018 #przepadło) i bez jakiegoś szczególnego zaopatrzenia żywieniowego dla miniczłowieka.

Ostatni raz taki poziom adrenaliny w naszej rodzinie wygenerowałam, kiedy zaproponowałam Mariuszowi wspólne założenie karty w miejskiej bibliotece.

Jedziemy sobie zatem na wycieczkę, szalenie z siebie zadowoleni, że tak spontanicznie, że bez planowania, że tak jak stali, tak wyszli #krejzole #handlujztym, aż tu nagle z tylnego siedzenia pada „mamo poproszę deserek”.

Świat zamarł.

Chwila bębniącej w uszach ciszy, przeciąga się w nieskończoność, bo logicznym jest, że kiedy rzeczonego deserka się zapomniało (#wiadomo), to najlepiej udawać chwilowy niedosłuch odbiorczy. A w mojej głowie dzieje się film pasjonujący. Całe życie przebiega mi przed oczami, zwalniajac tylko w najbardziej żenujących momentach. Że niby takie akcje, to tylko w chwili zagrożenia życia #bullshit.

W każdym razie, ja już wiem, że czasu jest niewiele, bo kolejne zdanie wypowiedziane, przez żywą, tykającą bombę będzie „mamoo, poproszę deserek… prooooooszę”, a kiedy i na ten drugi sygnał nie będzie odzewu, bomba wybuchnie i nie będzie co z naszych szczątków zbierać.

Szybko analizuję ostatnio pozyskana wiedzę z książki „Jak mówić żeby maluchy nas słuchały”. Wspinam się na szczyty moich negocjacyjnych możliwości. Dziecko powoli zaczyna płynnie przechodzić z fazy „prooooosię” do „matka dawaj deserka, bo jak nie, to ci urządzę tutaj Blitzkrieg!”. Zgodnie z wszelkimi instrukcjami, akceptuję jego uczucia („Masz ochotę na deserek”), omawiam sytuację („problem polega na tym, że mamusia deserka nie wzięła”), staram się użyć humoru („ale zobacz, pan brzuszek krzyczy ‚ja już nic nie zmieszczę, litości, panie litości!!”), ale dziecko ksiażki chyba nie czytało i nie wie, że teraz powinno słodko zachichotać, kontynuujac wycieczkę w przyjaznej atmosferze. Zamiast tego rytmicznie przekrzykuje mnie, używając najwyższych rejestrów, więc zmieniam taktykę („co możemy zrobić w tej sytuacji?”), miniczłowiek nie wydaje się być porwany perspektywą wspólnego szukania rozwiązań, w zwiazku z czym ja zaczynam („możeeee…. zerwiemy jabłuszka po drodze i zrobimy mus, albo zajedziemy do sklepu i kupimy, albo…. albo zrobimy czary mary”), na co dziecko milknie, robi ustka w podkówkę i teatralnie zaczyna pociagać suchym noskiem, co na moje serce działa, jak zjazd gołym dupskiem po papierze ściernym, do wanny pełnej śliwowicy – w sensie, że krwawi i szczypie jak pierun.

Negocjacje z dwulatkiem, to nie był najlepszy z moich pomysłów w karierze supermamy. Z góry skazana na porażkę, sięgam po broń ostateczną – herbatniki, na co dziecko z pogardą, walącą prosto w moją zdesperowaną twarz, odpowiada „już nie cie”.

#nocozrobisz #nicniezrobisz #poległam #przegryw

Słodziakowa ekspansja – czyli gdzie zgubiłam rozum i resztki godności?

Wycieram ja sobie litr octu z podłogi, co jakiś czas nadziewając się na odłamki szklanej butelki, na tyle zdradliwe, że niewidoczne gołym okiem, a wbijają się w skórę na głębokość rowu mariańskiego.
Takie masochistyczne atrakcje zapewnił mi jakiś dekiel z działu marketingu popularnej sieci dyskontów, który wymyślił, godną szatana, akcję zbierania naklejek za każdy wydany milion lokalnej waluty, w sklepie z robaczkiem w nazwie, za które to naklejki (w ilości 2 milionów) otrzyma się futrzane coś, warte 2 dolary na aliexpress. #niechżyjekonsumpcjonizm.
Oprócz dekla, odpowiedzialnego za całą akcję, w dziale marketingu pracuje jeszcze jeden dzban, który chciałby już zakończyć swój staż na stanowisku junior marketing development assistant leroy marche accountant i ruszyć z kopyta na stanowisko, o równie skomplikowanej nazwie, ale ponoć, sugerującej, że jest się o punkcik wyżej w korporacyjnej hierarchii. I ten dzban, na jednym z działowych mitingów, po rozważeniu wszelkich za i przeciw, rozpracowaniu każdego możliwego scenariusza, postanawia, po raz pierwszy wyrazić swoje zdanie. I mówi asapem do senior marketing developement leroy marche chiefa:
– słuchaj, Łukasz, zobaczmy jak pieklo płonie – i rozsyła smsy do wszystkich posiadaczy karty lojalnościowej sieci dyskontów.
A w tym smsie informacja, że słuchaj Helena, dzisiaj w niedzielę, w końcu, coś kupisz. Leć do Biedry, bo tam czeka Cię niespodzianka! Za każdy wydany milion dostaniesz nie jedną, a dwie (!!!!!!!!!1) naklejki! = Twój mały Jeronimomartin dostanie szybciej naszego kultowego supersłodziastego szkodnika! Pozdro500.

I wszystkie biedromamy i biedrotaty zajarani, jak Rzym przy Neronie, biegną do dyskontu, bo słodki pluszak jest na wyciągnięcie ręki.

Wiec, nie ma się co dziwić, że i ja niewolnica (#Isaura) marketingowego zagrania mistrzów szalonych liczb, poleciałam do sklepu, robić tygodniowe zakupy (ze szczególnym uwzględnieniem owoców i warzyw, bo wiadomo, za 40 kg pasternaku przysługuje dodatkowa naklejka #tylewygrać). I nie tylko ja, bo jak, po wydaniu półrocznej wypłaty, okazało się, że brakuje nam 6 naklejek do darmowego (!!) pluszaka, mając do wyboru, zrobić kolejne zakupy na miesiąc, czy przehandlować duszę na olx za naklejkę, Mariusz wziął się i pojechał dokupić, tak na wszelki wypadek, parę butelek octu, worki na śmieci i 12 kg ziemniaków (#wiadomo).
I jest! Mamy go! Jerzysław Jeżozwierz zasilił naszą Słodziakowatą Szajkę (zaraz za Borsukiem Bogusławem)! #asertywność1000 #uśmiechdziecka #byłowarto

LRM_EXPORT_5569783720571_20181001_085943711

Czytam z dziecka jak z otwartej księgi – o ewolucji języka dzieciowego

Kiedyś.

Kiedy byłam jeszcze młodym i beztroskim dziewczęciem, myślącym, że macierzyństwo to taka wisienka na torcie kobiecości, upiększająca życie samic wiecznym wzruszeniem i adoracją każdego bezzębnego uśmiechu. Myślącym, że dzieci to takie bezobsługowe, hipersłodkie stworzonka, wyprodukowane tylko po to, by je podziwiać i chwalić się nimi przed całym światem. Myślącym, że cokolwiek by się z owych dzieci nie wydobywało, jakimkolwiek otworem ich mikrych ciałek, nie może być przecież takie złe, i że jak ktoś jest tak słodki to przecież wszystko, co z niego wyjdzie też musi być, co najmniej, przyzwoite.

Nie rozumiałam jednego.

baby licking GIF by America's Funniest Home Videos

Nie rozumiałam, jak rodzice takich mikrych człowieków, są w stanie zrozumieć, co te istotki do nich przemawiają. Jak ze zlepku kilku, zdawać by się mogło, przypadkowych sylab, są w stanie rozszyfrować wielokrotnie złożoną prośbę?
Była to dla mnie wiedza tajemna, której, na tamten moment, nie umiałam w  żaden sposób przyswoić.

Do czasu.

Rekiniątko, w ostatnim kwartale, stało się krasomówcą absolutnym. Nadaje non stop. Relacjonuje dosłownie wszystko, co zobaczy, szczególnie (oczywiście) ku skrępowaniu jego rodziców. Bo cóż można więcej powiedzieć, po wyjściu z publicznej toalety w towarzystwie młodego reportera, który parę sekund wcześniej z zaangażowaniem przeprowadzał relację live z tego co działo się wewnątrz kabiny („ooo tata łaaał siusiu oooo koniec uuu papa”)?

Animated GIF

Nie zawsze jednak komunikaty Rekiniątka są tak obrazowe. W większości, posługuje się on językiem własnym, którego logika często wybiega ponad naszą inteligencję.
Co prawda, nauczyliśmy się, po trosze, dekodować jego zawiłe wypowiedzi, ale przy natłoku słów jakie wydobywa z siebie pierworodny, czasami potrzebowalibyśmy protokolanta, który na bieżąco spisywałby wszystkie dźwięki tworzone przez Szarańczę z odpowiednim oznakowaniem akcentów oraz tłumacza przysięgłego, który na szybko relacjonowałby nam komunikaty małego obywatela.

Wspominałam coś o akcencie?

Ma on niebagatelne znaczenie. Kiedy młody Szar wchodził w zawiły świat komunikacji werbalnej miał jeden, dosyć elastyczny wyraz, zmieniający swoje znaczenie w zależności od położonego akcentu.

Baba – teraz babcia, ale kiedyś
Baba – babcia
Babaaa – bajka
Baaaba – papa
Babba – banan

I wtedy, zrozumienie młodego, było całkiem możliwe, a nawet edukujące, zakładając, że kiedyś chcielibyśmy zgłębiać meandry filologii chińskiej, gdzie kwestia akcentu i melodyjności wypowiedzi ma znaczenie kluczowe.


Jednak dziecko, jak to dziecko, dość szybko chłonie płynące z otoczenia słowa, przetwarza je w swojej twarzoczaszce, po czym stosuje według własnego klucza.

I tak, co może znaczyć zdanie:

„Mamo bani nie babuszka nie głono oddaj”?

Nic prostszego. Otóż powyższe zdanie znaczy tyle co: najkochańsza mamusiu, odłóż proszę, tego banana, nie mam na niego ochoty, jak i na jabłuszko, które w swojej łaskawości mi proponujesz, nie pogardzę natomiast kilkoma kulkami winogrona.

Albo:

„Tato mamo tam tań fłuni ako łafa popatrz”

Znaczy: Tatusiu, proszę, podejdź do mamy i poproś ją by wstała byście mogli razem podziwiać moje dzieło pod postacią upchniętego słonika oraz żyrafy do autka lego.

Czy to nie jest logiczne?

I po całym dniu kiedy, dzieciok przy kolejnej próbie uśpienia, jeździ miękką szczotką po ścianie, po czym komentuje sprawę krótkim „czysto”, to ja już wiem, że gdziekolwiek mnie życie nie poprowadzi, zawsze jest szansa, że odnajdę się w nauce jakiegokolwiek języka.

Nawet dzieciowego.

Rzecz o człowieczeństwie, szczepionkach, nocnikowaniu – czyli z życia wzięte

Ktokolwiek twierdzi, że przy dziecku, omijają go wszelkie przyjemności życia – podróże, kultura, rozrywka, ten jeszcze nie wie, jak bardzo jest w błędzie.

Ktokolwiek uważa, że przy dziecku, na jego ścieżce samorozwoju pojawia się  rozsypane ziarno i stado strajkujących rolników, ten jeszcze nie wie, że bardziej mylić się nie może.

Ktokolwiek mówi, że wraz z wkroczeniem w elitarne grono rodziców, gubimy gdzieś login i hasło do świata normalnego myślenia, ten jeszcze nie wie… że w sumie to ma rację

damn right walter white GIF by Breaking Bad

Ale do brzegu. Ja na przykład, od kiedy pierworodny poszedł do żłobka, nie stałam w miejscu, o nie, ja obeszłam cały atlas chorób dziecięcych wzdłuż i wszerz. Zaczęło się od niewinnej wycieczki w głąb Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli choroby bostońskiej…. A potem to już poszło po pełnej petardzie. Wszelkie odmiany kataru – koloryt, konsystencja, zapach czy kleistość – umiem rozpoznać i zakwalifikować do odpowiedniej jednostki chorobowej na momencie. Kaszel – suchy, mokry, oskrzelowy czy krtaniowy – no problemo, znam ludzi, którzy znają ludzi, którzy znają leki, które temu zaradzą. Swędzi oczko – jako doświadczony rodzic, wiem dokładnie jak w wyszukiwarce, ukochanego doktora rodziców – doktora Googla – odsiać ziarna od plew i odpowiednio zdiagnozować u dziecka alergię. Jestem jak pies myśliwski, który za pomocą jednego ruchu nozdrzy, wyczuwa skitraną w niewielkim ciałku, chorobę i reaguję na momencie. Lekarze? Potrafią wyrecytować pesel mojego dziecka z pamięci, a dziecko wchodzi do ich gabinetów, jak do swojego miejsca pracy, pozdrawiając ich nonszalancko uniesioną rączką i hasłem „sześć”, po czym, nie bawiąc się w konwenanse, siada po drugiej stronie biurka i bez zbędnych pytań, częstuje się cukierkiem. Także w dziedzinie opieki zdrowotnej i wszelkich aspektów działania Narodowego Funduszu Zdrowia mogłabym, powoli robić specjalizację.

like a boss wave GIF by Red Bull

Jeżeli zaś chodzi o kwestie normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, to rzeczywiście ostatnimi czasy niepokojąco często nachodzi mnie myśl, że coś tutaj mogło pójść nie tak jak powinno. Złapałam się na tym ostatnio, przy intensywnym procesie nauczania Rekiniątka korzystania z nocnika. Poniesiona falą totalnej euforii, po udanej próbie posadzenia pierworodnego na nocniku, kiedy to, mówiąc metaforycznie, jedyneczka gładko wpłynęła do portu, obfotografowałam, z każdej strony, owo dzieło okraszając wiadomość multimedialną ckliwym opisem, że zobacz, co owoc naszej miłości dzisiaj zrobił, i już już miałam klikać paluszkiem opcję „wyślij do mąż”, kiedy przez moją głowę przemknął taki dawno niewidziany błysk, który daje nadzieję, że być może jeszcze kiedyś uda mi się porozmawiać z kimkolwiek na inny temat niż wady i zalety metody montessori, że… hej, halo Szarasiu, zawróć. To chyba pułapka. Jak chcesz wysyłać mężowi mmsa, który ma wywołać w nim poruszenie i chęć szybszego powrotu z pracy, to są chyba lepsze treści niż zdjęcia moczu waszego dziecka… niezależnie czy ciecz ta znalazła ujście w pieluszce, nocniku czy podłodze… Serio.
I zastanawia się człowiek, w takim momencie, że jak to się stało, kiedy, w którym momencie swojego jestestwa w branży rodzicielskiej, zatraciłam swoje człowieczeństwo? Człowieczeństwo, w sensie bycia człowiekiem zdolnym do jakiejkolwiek formy współegzystowania z innymi człowiekami w jednej przestrzeni, bez oceniania, bez nachalnego wpajania im zalet posiadania osobistych kopii awaryjnych w postaci małych człowieków, bez wywrzaskiwania po prawo i lewo o relacji bliskości, jako jedynej słusznej drodze wychowania, czy też bez męczeńskiego wojowania o wolność karmiących cycków i absolutny zakaz wprowadzania w małe istoty zabójczych szczepionek.

W akcie desperacji, postanowiliśmy, jako jednostki dorosłe i odpowiedzialne, poczynić pewne kroki, które będą w stanie usprawiedliwić nas i naszą monotematyczność, w otaczającym nas społeczeństwie. Droga była jedna.

Skoro już i tak będą mówić, że jesteśmy dziwni, dajmy im niezaprzeczalny powód. Zostańmy weganami!

vegan GIF

Tak. Znaczy to, że mogą tu się pojawiać treści nieodpowiednie dla zadeklarowanych mięsożerców 😊, ale nie żeby od razu robić  z siebie blogerkę kulinarną, bo na to jestem zbyt leniwą bułą. Także proszę się nie dziwić, jak nagle na blogu pojawią się przepisy na wegańskie burgery z komosy ryżowej i fasoli na delikatnej pierzynce z batatów, albo przydługa dywagacja na temat wyższości diety roślinnej nad dietą mięsną. Nie no żart. Będą różne treści, bez indoktrynacji 😉.

Ps. Kolejnym krokiem, idąc tokiem naszego myślenia, będą najpewniej studia prawnicze.

 

Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg