Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg

Reklamy

Wojny męsko-męskie, Freud, pułapka na faceta – czyli o porządkach słów kilka

Mam w domu dwa antagonistyczne obozy, zwalczające się z równą zaciekliwością.

Z jednej strony Mariusz – mąż mój, który jest raczej duszą pedantyczną. Może nie składa bokserek w kostkę przed snem (a nawet jakby to robił, to pozbawione byłoby to najmniejszego sensu, bo od kiedy Szarątko nauczyło się otwierać szuflady, samo ustala jak wyglądać ma ich wnętrze… i bynajmniej, nie uświadczymy tam niczego złożonego w kostkę), ale ma podejście perfekcjonistyczne do otaczającej go rzeczywistości, co przy mojej osobie jest jeszcze bardziej zauważalne, bo z pedantycznych rzeczy to ja bardzo poważnie podchodzę do kwestii doprowadzania kształtu mojego ciała do perfekcyjnej kuli.
W każdym razie Mariusz, jak tylko zbliża się jakaś bardziej znacząca data w naszym kalendarzu, to planuje porządki. Bo wiecie. Ja jestem na macierzyńskim. Codziennie sprzątam w mieszkaniu i mój mąż to bardzo docenia. Ale Mariusz, lubi jak posprzątane jest w jego stylu. Mi nic nie powie, bo wie, że obudziłby bestię, i potem foch przez trzy dni, na obiad ziemniaki z solą i zwracanie się do siebie w sposóbformalny, ale widzę, jak wielka walka czasem toczy się w jego czyściutkim serduszku, kiedy widzi, że po moich ostatnich kuchennych rewolucjach, ściany w kuchni pokryte są malowniczymi plamkami tłuszczu, kefiru, pomidorów, czy innych składników naszej strawy. Także jak już mój Mąż planuje porządki, to można spodziewać się fajerwerków z drobnymi pracami remontowymi włącznie. Po jego porządkach, można śmiało zapraszać gości na ucztowanie prosto z podłogi, bo żaden drobnoustrój nie ma prawa, ani najmniejszej szansy w starciu z filozofią pedantyzmu mojego męża.

Z drugiej strony Tomasz – syn nasz, który ewidentnie kieruje się w życiu filozofią chaosu. To nie jest tak, że damy Młodemu zabawkę, choćby i najbardziej multifunkcjonalną, i on momentalnie zostaje wciągnięty w wir zabawy na najbliższe godziny. Otóż nie. Tomasz lubi tworzyć wokół siebie przestrzeń pełną… wszystkiego. Czasami zastanawiam się, jak to małe urocze stworzonko, potrafi tak szybko przekształcić pustą podłogę w festiwal kolorów. Kiedy z pokoju Szarańczy nie wydobywa się żaden dźwięk, to my już wiemy, że prawdopodobnie młodzian demontuje panele, rozmontowuje okno, albo reorganizuje przestrzeń w naszej szafie. Cóż… Gen bałaganiarstawa… tfu… twórczego nieładu, ma ewidentnie po mamusi.

Dlatego, jeżeli kiedykolwiek chciałabym zastawić pułapkę, na któregoś z moich chłopaków to wystarczyłoby, albo zostawić na środku pokoju jakiegoś paprocha, albo pozostawić coś w idealnym porządku. Ani jeden, ani drugi, nie pozwoliłby sobie na taką zniewagę. I nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo swoich nieco rozbieżnych stanowisk w kwestii trzymania porządku, Mariusz i Tomek, doskonale się ze sobą dogadują… No chyba, że działa to na zasadzie istnego perpetuum mobile – Tomek rozwala, Mariusz układa, Tomek rozwala itd. I każdy ma co robić w tej relacji.

I tak o tym wzajemnym zwalczaniu się, dzisiejsza notka. Otóż, kiedy byłam jeszcze młodą, piękną i beztroską ptaszynką, szukającą swojej drogi życiowej, otarłam się o studia psychologiczne. Ostatecznie porzuciłam uczelnię, obrażając się na nią do odwołania, ale zamiłowanie do pewnych aspektów psychologii rozwojowej pozostało. A będąc na studiach psychologicznych nie sposób ominąć pewnego pana, który stał się niejako wizytówką współczesnej psychologii, niekoniecznie ją definiując. Mowa oczywiście o Zyziu Freudzie, który miał kilka teorii, które nieodwracalnie wryły się w historię psychologii. Między innymi stworzył, znaną chyba każdemu, choćby ze słyszenia, teorię Kompleksu Edypa (lub też Elektry, wprowadzoną przez pana Junga, do czego pan Freud nie podchodził zbyt entuzjastycznie). W skrócie, teoria ta opiera się na domniemaniu, iż na pewnym etapie rozwoju malucha pojawia się zazdrość o matkę, podszyta przesłankami seksualnymi. Stąd, na którymś etapie życia (dość wczesnym bo w okolicach 2-3 roku) synkowie roszczą sobie prawa do mam, chcąc eliminować rolę ojców. Z drugiej jednak strony pojawia się lęk kastracyjny – Maluch obawia się, że czyniąc sprzeciw ojcu, który jest silniejszy i ma większy autorytet, zostanie narażony na  pozbawienie swojej męskości. Dlatego też, przy odpowiednich relacjach matka – syn – ojciec, dziecko jest w stanie prawidłowo wykształcić w sobie składnik osobowości zwany superego (odpowiedzialny za moralność i kulturowe ideały), jeżeli konflikt ten nie zostanie prawidłowo rozwiązany, dziecko narażone jest w przyszłości na problemy osobowościowe, które przez pana Zygmunta były tłumaczone bardzo często właśnie nierozwiązanym kompleksem Edypa.
Z drugiej strony jest jeszcze Jungowska teoria Kompleksu Elektry, dotyczącego dziewczynek, które na podobnym etapie, co chłopcy, odkrywają różnice płciowe i pojawia się zjawisko zwane „zazdrością o penisa”. Tutaj z kolei rozpoczyna się rywalizacja między mamą, a córką o ojca. I według tej teorii, o ile chłopcy są w stanie całkowicie wyrosnąć z Kompleksu Edypa, o tyle dziewczynki nigdy do końca z tego nie wyrastają, przez co superego kobiet jest słabsze. Także wiecie kobitki…. Morale to u nas moooocno kuleją, i co gorsza, nie mamy za bardzo nadziei na poprawę.

Oczywiście teorie te nie mają żadnego naukowego potwierdzenia w prowadzonych badaniach. Są wręcz mocno krytykowane, chociażby przez psychologów ewolucyjnych, którzy zarzucają teoriom tym wiele nieścisłości oraz ewolucyjnych sprzeczności.

W każdym razie nie sugeruję, że moje dziecko wchodzi w etap ewentualnego kompleksu Edypa, bo trochę mi ta teoria nie podchodzi, a poza tym to jednak dużo za wcześnie. Rzeczywiście jednak przechodzimy etap totalnej mamozy, oraz zazdrości, która przejawia się w dość dosadny sposób – Rekiniątko, kiedy tylko Mariusz chce mnie pocałować, odpycha go rączkami, uwieszając się na mnie jak mała małpka, nie mówiąc już o sytuacjach kiedy widzi mnie w trakcie zabawy z tatą… Momentalnie rzuca wszystko i domaga się obecności mamy.
Dlatego też mimo, że moje chłopaki należą do dwóch przeciwległych obozów, zwalczających siebie nawzajem pod kątem wizji otoczenia, walczę jak lwica o to by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Dzięki temu, ja mam troszkę czasu dla siebie, a moi mężczyźni rozwiązują, ewentualne rozwojowe konflikty interesów 😊.

O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!

Olimpijskie złoto – czyli o zakupach z wózkiem

Naszła mnie ostatnio myśl i nie żeby to było byle jakie wydarzenie, bo po ciąży, podczas której podobno obkurcza się kora mózgowa, powrót do myślowej formy idzie mi nieco pod górkę.
Wracając jednak do tematu, naszła mnie ostatnio taka myśl, że ja i mój mąż, to jesteśmy wyjątkową parą. Bo widzicie, drodzy moi, jesteśmy tak skrajnie różni, ja i mój mąż, że chyba teoria o przyciągających się przeciwieństwach była wzorowana na naszym przykładzie.
Kiedy ja mówię, że coś zrobię, to owszem robię to, ale wtedy kiedy już nie mam innego wyjścia. Komputer kupuję jak mi się popsuje, ale już tak popsuje, że informatyk dostaje zawału i apopleksji na jego widok. Zaczynam się uczyć, kiedy termin egzaminu jest bliższy niż termin kolejnego mycia dziecka. Włączam okap, kiedy para z obiadu, zaczyna skraplać się do postaci wzburzonego oceanu na naszych panelach i tak dalej.
Mariusz z kolei nie pozwala sobie na czekanie, ani tym bardziej na sytuację zaskoczenia. Coś świszczy w samochodzie? Jeszcze tego samego dnia Mariusz bierze udział w porywającym panelu dyskusyjnym między trzema mechanikami a nim na temat genezy różnych samochodowych odgłosów, po czym decyduje się na natychmiastowe działanie naprawcze. Trzeba zapłacić rachunki? O każdej porze dnia i nocy, można podejść do mojego męża, zapytać o termin zapłaty rachunku za prąd, a on odpowie bez mrugnięcia oczkiem z podaniem kwoty należnej za miesiąc bieżący, oraz analizą tendencji wzrostowej opłat z ostatniego kwartału.

Sytuacja jest o tyle, dla mnie, pogrążająca, że miłość mojego życia, potrafi zajść mnie znienacka o 7 nad ranem i oświadczyć mi z wyrzutem, że za chwilę skończy się moja odżywka do włosów i dlaczego ja jeszcze sobie nie kupiłam nowej? Nie żebym narzekała, bo to szalenie miłe, ale ja chyba nigdy nie wyhoduję w sobie genu zapobiegawczości. Na szczęście mam męża!

I ostatnio tak mnie właśnie przyatakował mój mąż, że o kończy ci się peeling, że ten balsam co tak ładnie pachnie też jakby na wykończeniu i że, tak w ogóle, to by ci się chyba przydały jakieś nowe buty.

Ktoś ze zdumienia przeciera oczka? Otóż mój mąż właśnie taki jest, ale żeby nie było, że to taka idylla i że bomba, mąż sam mnie wysyła na zakupy, to ja akurat z zakupów to lubię tylko te w cukierni. Bo jakby on powiedział, że kochanie, tak coś za mną chodzi smak na sernik, albo kremówkę, to ja już, już biegłabym do najbliższego sklepu i opróżniałabym półki z całego cukierniczego asortymentu. Natomiast chodzenie, mierzenie, lamentowanie nad nieodwracalnością procesów jakie zaszły w moim ciele po 2-letnim odpuście, szukanie sklepów z plandekami na tira, bo tylko takie są w stanie okryć mnie w przyzwoitym stopniu, wybór wyszczuplającego printu na plandece… No dramat.

Dlatego jak już mam chodzić na zakupy, to wybieram te spożywcze, a resztę załatwiam przez Internet (omija mnie, przynajmniej, ten cały festiwal bolesnego upokorzenia w przymierzalni). A zakupy spożywcze, z małym Rekinem w wózku, można by śmiało zakwalifikować równocześnie do triathlonu, połączonego z turniejem sztuk walki, z elementami jazdy figurowej. Śmiganie z 2 wózkami jednocześnie, pchając jeden przed, a drugi ciągnąc za sobą, jest niebywałym  sprawdzianem koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej. Że niby kobiety mają problemy z parkowaniem, a w mikrowąskich alejkach sklepowych, potrafią zaanektować całą przestrzeń i się w niej doskonale odnaleźć.
Osobliwie musi wyglądać obraz Szarasi w tej pozycji, podśpiewującej dziaciarowi, po raz setny, piosenkę Majki Jeżowskiej, bo Rekiniątko czuje się już lekko poirytowane całym faktem robienia zakupów i z nudów zaczyna demontować sklep, na tyle na ile pozwalają mu pasy w wózku i jego krótkie, acz bardzo sprawne rączki.

I ja tak zwinnie lawiruję w tym sklepie, w tych maleńkich alejkach, doskonale odnajduję się w labiryncie kartonów i regałów, rozmawiając niby to z Rekiniątkiem, niby to z sobą, kto wie? No i jest. Zakupy zrobione, teraz tylko kasa i fru do domku.

Kasa… O matko z córką i wszystkimi rybkami! To jest dopiero walka o przetrwanie, bo w sklepie, z którego korzystam, tylko i wyłącznie dlatego, że jest najbliżej domu, w kolejkach dzieją się sceny dantejskie. Tutaj nie ma żadnych zasad. Tu jest wojna!
Także ja sobie stoję, jak ten mały pociąg z wagonikami przed i za sobą, śpiewam „wszystkie dzieci nasze są”, wokół lekko nerwowa atmosfera, pani stojąca za mną ciężko sapie i mruczy, że to jakiś żart, że codziennie to samo, że po co 6 kas jak zawsze tylko jedna otwarta, że ona ma rosół na gazie, żelazko na koszuli i kotkę w rui. Pan przede mną rozmawia przez telefon, w sensie krzyczy, bo zasięg słaby i może, jak będzie krzyczał głośniej, to go rozmówca usłyszy, w końcu mieszka parę ulic stąd. I nagle słyszę dzwonek. Ja nie do końca obyta w tych sklepowych zwyczajach, sygnał ten zignorowałam, ale nie mogłam zignorować nagłej zmiany atmosfery w kolejce. Gwar jakby ucichł, pan z telefonem, w końcu uznał, że dalsza konwersacja nie ma sensu, pani od koszuli na gazie i kotki na żelazku zaczyna nerwowo się rozglądać, a dalsza część kolejki uważnie stroszy uszy. I nagle wyłania się zza winkla pani kasjerka z kasetką drobnych i z pieśnią na ustach „zapraszam do kasy numer 6”. Świat dookoła zamiera na jakieś pół sekundy….

I jak nie ruszą! Wyłamują się z kolejki. Ostatni będą pierwszymi. Naiwnie stwierdzam, że skoro stoimy w jednej kolejce, to rozłożymy się po równo i wszystko pójdzie szybciej. O ja głupia! O ja naiwna! Manewruję więc wózkami tak, by przejść grzecznie do kasy numer 6, już prawie ustawiam się za panem od telefonu, i jak mnie nie przepchnie pan Janusz, Wojownik z Dyskontu, jak się nie wepchnie… Lekko zaskoczona mówię, naiwnie, że chyba jakaś kolejka obowiązuje, zwłaszcza że szanowny pan to chyba stał na samiutkim końcu. Sklepowy Conan Barbarzyńca patrzy na mnie jak na kosmitkę, prycha (autentycznie prycha, jak kotek) i woła „Halina!!! Chodź no tu szybko, bo ja kolejkę zajęłem”. A Halina potulnie podchodzi, zwinnie omija mój kompleks wózków i zaczyna wykładać zgrzewkę mleka i całą paletę kefirów na taśmę. Wzdycham więc i czekam, bo mimo, iż dziecko mi zaczyna ciężko rozpaczać w związku z jednostajnością otaczającego go obrazu, nie będę przecież wchodziła w konflikt z lokalnymi, nabiałowymi potentatami.

Nachodzi mnie jednak taka refleksja,  że ja to wolałabym, żeby zakupy spożywcze, były tak samo dostępne przez Internet jak inne usługi, bo wojowanie z Januszami w dyskontach jest nie na moje nerwy. Na szczęście zakupy tylko w poniedziałki!

20170311_120118

To już poniedziałek?!

Macierzyństwo – oczekiwania a rzeczywistość

W końcu wiosna!

Wymieniamy rajstopki na skarpetki. Czyli teraz oprócz ciągłego chronienia potomka przed popełnianiem typowych błędów dzieciństwa, jak wkładanie języka do kontaktu, biegam za Rekiniątkiem i naciągam mu skarpety, które po 30 sekundach od nałożenia, w towarzystwie triumfalnych okrzyków radości, lądują 3 metry dalej.

I tak się zastanawiam… Czy to tak miało wyglądać?

Myślałam, że błąd obliczeniowy, dotyczący oczekiwań, jak coś ma wyglądać, został daleko za nami – na Sali porodowej (Klik), czyli, że nie było radośnie merdających jamniczymi ogonkami szczeniaczków oraz rozmów na poziomie o rozwoju kultury wysokiej w okresie międzywojennym, przy jednoczesnym uczestniczeniu w bajkowym Cudzie Narodzin. Była natomiast próba ucieczki ze szpitala, oceany łez oraz przysięganie, że następnym razem tylko cesarka.

Cóż… Każdy się może delikatnie pomylić.

 jennifer lawrence oops yikes mistake uh oh GIF

Jednak, kiedy byłam młodą, pląsającą po beztroskim życiu sarenką, wyobrażałam sobie macierzyństwo, jako mistyczne doświadczenie, gdzie dziecko jest wiecznie rozkoszne, nie ma humorków, codziennie uczy się nowych rzeczy, ja przykładam najwyższą uwagę do jego rozwoju, dostarczam mu tylko intelektualnych rozrywek, tak by jego komórki nerwowe były wiecznie stymulowane w kierunku superzrównoważonego rozwoju. Jak maleństwo płacze, to zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu, codziennie jest stylowo ubrane i otoczone hipertrendywypasionymi gadżetami. W tej wizji macierzyństwa ja malowałam siebie, jako elegancką, uśmiechniętą, bardzo cierpliwą supersexy mamę, która już w 2 tygodnie po porodzie wróci do wagi sprzed 4 lat.

Nie żeby coś, ale chyba nie wszystko pyknęło. Bo dziecko ma humorki, czasem płacze bez jakiegokolwiek powodu (ot powód prosto sprzed 2 minut – Tomek wpadł w szał dzikiej rozpaczy po tym, jak magnes lodówkowy nie chciał przyczepić się do drewnianej łyżki, a do nogi od taboretu, już owszem), ulubiona zabawa to gryzienie butów, albo lizanie okna, ubranka są wiecznie poplamione, bo hektolitry śliny płyną rwącymi strumieniami po całym mieszkaniu, a najbardziej funkcjonalnym gadżetem jest karton po jakimś wypasionym, dziecięcym sprzęcie (który oczywiście nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu). Ja, jako mama, staram się jak mogę, ale to wracanie do formy to nie jest wcale taka bułeczka z masełkiem (mmmmm…. Węglowodany…  Tłuszcze… stop! Szarasiu, nie daj się ponosić emocjom!!!  mniam…), bo jak tu ćwiczyć, kiedy Maluch widząc matę do ćwiczeń i mamę na niej, zaczyna toczyć się po całej długości tej drugiej albo wyrywać włosy, bo w końcu jak już się nadarza odpowiednia okazja, to czemu nie? Albo, jak trzymać się diety, kiedy co chwilę jest jakaś okazja do podjadania (bo urodziny, bo święta, bo goście, bo wtorek)?  Ja się pytam jak? No jak? Nie da rady!

 funny baby window licking GIFTak to mniej więcej wygląda 🙂

Ale czy to, że coś nie idzie zgodnie z moimi wyobrażeniami, sprawia, że jest gorzej?

Na przykładzie chociażby porodu, który był raczej traumatycznym (na tamte chwile) przeżyciem (szczególnie dla mojego Męża, który musiał trzymać fason, w przeciwieństwie do swojej żony, która zachowywała się jak amatorska wersja filmu „Egzorcysta”), uważam, że nie. Bo nie wykluczam, a wręcz nastawiam się na poród naturalny przy kolejnych Rekiniątkach (po przeczytaniu tych słów, prawdopodobnie w Mariuszu toczy się zażarta walka między zgrozą a rozpaczą).
I tak samo jest z macierzyństwem, bo co mi po tym, że moje dziecko będzie jak z najpiękniejszego zdjęcia na instagramie otoczone pastelowymi kolorami, ubrane w ciuszki droższe niż cała garderoba rodziców razem wzięta? Co mi po otoczeniu pełnym edukacyjnych, naturalnych, ekologicznych, politycznie poprawnych przedmiotów? Czy moje dziecko, albo ja będziemy dzięki temu szczęśliwsi?

 parks and recreation beautiful scary makeup april ludgate GIFTak było. True story.

Jestem wdzięczna za to, co mam, za to, że Tomek pokazuje cały wachlarz emocji, za to, że często muszę ruszyć głową, żeby zrozumieć, o co mu chodzi, że mam wieczny bałagan w domu, bo pisklę nauczyło się otwierać wszystkie nadające się do otwierania meble w domu i z szewską pasją reorganizuje nam przestrzeń.
Jestem wdzięczna za naukę płynącą z macierzyństwa, bo nigdy, w żadnej innej sytuacji nie nauczyłabym się tak kreatywnego myślenia, nie potrafiłabym tak bez niczego zebrać się w sobie i pomyśleć nad tym, jaki przykład daję swojemu dziecku, nie podchodziłabym aż tak refleksyjnie do wszystkiego, co robię, nie pracowałabym nad swoją organizacją aż tak bardzo. Przede wszystkim nie myślałabym o wielu konsekwencjach różnych działań.

Macierzyństwo zmienia kobietę diametralnie i mimo, że czasem mam wrażenie, że mamusieję, to wiem, że jest to okres przejściowy, który pozwoli mi być coraz lepszym człowiekiem w przyszłości. Także oczekiwania a rzeczywistość to są dwie różne bajki, ale z tym samym Happy Endem :).

O nadopiekuńczości słów kilka

Stało się.

Tomasz osiągnął nowy level rozwojowy. Zaczął wchodzić po schodach, póki co, za pomocą wszystkich dostępnych mu kończyn, ale fakt pozostaje faktem, dziecko przemieszcza się oprócz po linii poziomej, to i pionowej.  A jak po schodach to i kanapa nie stanowi dla niego żadnej przeszkody.

Tym sposobem pozbyłam się ostatniego miejsca w domu, gdzie mogłam w miarę bezpiecznie położyć torebkę. Wiem też, że mimo mojej rozpaczy, mój mąż, w głębi swojego pedantycznego serduszka, bardzo cieszy się z nowej umiejętności owocu naszej miłości, bo ja uczę się (! Nie, że jeszcze to robię!) odkładać rzeczy na miejsce. Problem polega na tym, że na moje torby miejsca nie ma, bo nigdy o to miejsce nie zadbałam…. Po przekroczeniu progu mieszkania, torba automatycznie lądowała na podłodze i grzecznie czekała, tam gdzie ją zostawiłam, na kolejne wyjście. Od kiedy pisklę szturmem opanowało podłogę, torba zmieniła miejsce na krzesło w salonie, a następnie na oparcie kanapy… A teraz muszę główkować, bo wiadomo, w damskiej torebce znajduje się cały warsztat przydatnych rzeczy, ale w rękach niespełna 9-miesięcznego szabrownika, mogą to być narzędzia globalnej zagłady. Także, nie wiem, jak wy, ale ja mam co robić… Najczęściej szukam torebki.

The Oscars oscars academy awards looking searching GIF

I zastanawiam się jakby to było, gdybym na przykład zrobiła dziecku strefę bezpieczeństwa. W sensie wydzieliłabym mu kwadrat o powierzchni 2×2, odgrodziłabym barierkami, wyściełała miękkimi kocykami, podłożyła pod spód monitory oddechu, włączyła elektroniczną nianię, na głowę pierworodnego wcisnęła kask i okutałabym go folią bąbelkową, to czy ja byłabym spokojniejsza?

Kiedy kobieta wydaje na świat potomstwo, w jej mózgu wyrasta nowa strefa o roboczej nazwie: ŻEBYDZIECKUSIĘNICNIESTAŁO. I tak każda najmniejsza umiejętność, jaką nabywa dziecko, okraszona jest z jednej strony ochami i achami, jakie to ja mam cudowne dziecko, a z drugiej strony przerażeniem, jak to teraz będzie?!
Od pierwszych dni jest to lęk o to czy dziecko nie zapomni w trakcie snu oddychać. Nawet jak, niczego nieświadome maleństwo, spokojnie sobie śpi, rodzice sterczą pół nocy nad dzieckiem i wytężają zmęczone gałki oczne w poszukiwaniu unoszącej się klatki piersiowej. I my się niby wycwaniliśmy, bo pożyczyliśmy od znajomych monitor oddechu i chociaż ten strach nas ominął… No może nie do końca, bo żyliśmy w strachu, co to będzie, jak rozładują się baterie w monitorze i nie będziemy o tym wiedzieli… Zatem i tak pół nocy nieprzespane bo patrzymy, czy diodka na monitorku miga.
Później przychodzi obracanie się z brzuszka na plecy i na odwrót, czyli strach, że w nocy dziecko się przewróci na boczek, zapomni jak się wraca i będzie mu niewygodnie całą noc.
Każdy kaszelek, zachłyśnięcie, czkawka, lekkie uderzenie urasta do rozmiaru tragedii… Tu muszę nadmienić, że znajomi posiadający potomstwo w ilości większej niż jeden mówią, że z każdym kolejnym potomkiem to przechodzi, także jest i dla nas nadzieja!
Aż przychodzi wstawanie… Jeny jeny jeny. On już wstaje, on już sięga sobie rzeczy ze stoliczka kawowego (my już się nauczyliśmy nie zostawiać niczego w zasięgu małych łapek, a wy? :)), on już ściąga książki z regału (my już pozbyliśmy się zawartości dwóch dolnych półek, a wy? :)), on już otwiera szuflady w kuchni (my już mamy zabezpieczenia na meblach, a wy? :)), on już uwiesza się na nocnym stoliczku (my już przymocowaliśmy wszystkie meble do ścian, a wy? :)). Strach pomyśleć, co my zrobimy z mieszkaniem jak Rekiniątko zacznie chodzić?!

 pizza community donald glover chaos troy GIF

I szczerze powiedziawszy, jestem trochę zła na tą naszą nadopiekuńczość, ale z drugiej strony, wydaje mi się, że dajemy dziecku całkiem spore pole manewru, bo… nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Młody człowiek wpada na pomysły, na które większy człowiek nawet po długich rozważaniach by nie wpadł. I wiem, że nie uchronię dziecka przed całym złem tego świata, bo się nie da. Dlatego z każdym kolejnym tygodniem odpuszczamy trochę z naszą dbałością o bezpieczeństwo malucha. Nie, żebyśmy dawali mu od razu piłę łańcuchową do zabawy, czy wpuszczali na wybieg z tygrysami, coby się dziecko z kotkami pomiziało,  ale nie biegniemy też za każdym razem, gdy dziecię robi coś, co w nas budzi lęk, by go powstrzymać.  No chyba, że robi coś wyjątkowo głupiego (jak otwieranie gorącego piekarnika w trakcie jego pracy).

 chaos GIF
Zjedz, Żabko, owocka

Pamiętam, z jakim przerażeniem patrzyłam, jak Tomek przy pierwszych swoich próbach raczkowania, schodził z piankowej maty, którą dla niego, dzień w dzień rozkładaliśmy. Jak wizualizowałam sobie te wszystkie bakterie na podłodze, po której on teraz zasuwa rączkami, a później wkłada je sobie ochoczo do buźki. Tym sposobem wyrobiłam w sobie nawyk, dosyć regularnego odkurzania. I gdy zobaczyłam, że dziecku nic się nie dzieje, postanowiłam zrezygnować z maty, bo ani to funkcjonalne nie było, ani estetyczne, ani dla dziecka szczególnie interesujące. Teraz Tomek przemieszcza się po całym terenie mieszkania, bez żadnych ograniczeń i myślę, że na dobre mu to wychodzi. Codziennie odkrywa coś nowego, co niekoniecznie jest odbierane euforycznie przez sąsiadów. A to odkryje, że w salonie panuje idealna akustyka do rzucenia najcięższą zabawką, jaką ma o ziemię (wewnątrz Mariusza dzieją się wtedy dantejskie sceny, bo biedna podłoga), z kolei w kuchni doskonale szura się drabinką, bo wydaje ona tak cudownie irytujące (i głośne!) dźwięki. Natomiast w jego pokoiku najlepiej na świecie stuka się drewnianą łyżką w różne elementy wystroju, a przede wszystkim w podłogę i świetnie liże się okna (także jak zobaczycie kiedyś małego glonojada, dokładnie wylizującego centymetr po centymetrze okno, to duże prawdopodobieństwo, że jest to mój glonojad). Korytarz to taki trochę zakazany owoc dla Tomeczka, bo stoją tam, niczym niezabezpieczone buty. To miejsce to święty Graal młodego Rekina. Za każdym razem, gdy rodzice nie patrzą, niby przypadkiem Tomaszek akurat tamtędy przechodzi, a ten but w jego buzi to niewiadomo jak się w niej znalazł.

 baby what confused awkward huh GIF
Ja nic nie wiem

No ale cóż, inaczej się dziecko życia nie nauczy. Trochę uodporniliśmy się już na jego upadki, które swoją drogą młode szarątko doskonale kontroluje. Nie wpadamy w popłoch, kiedy w jego buzi ląduje element mieszkania, który w buzi raczej znaleźć się nie powinien. I nie siejemy paniki, kiedy dziecko z jakiegoś, bliżej nie określonego powodu zaczyna płakać, bo coraz częściej jest to klasyczne wymuszanie, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę  J.

8 miesięcy z życia nieopierzonej mamy

Jakby ktoś się zastanawiał, co to się stało z Waszą ukochaną Szarasią. Tą, która to ostatnio zarzekała się, że co najmniej 2 notki w miesiącu, że noworoczne postanowienia, że dieta, że generalnie miss ogarniętości.

Informuję…

Otóż aktualnie znajduję się w oku cyklonu nienawiści.

Duży mężczyzna (czyt. Mariusz) całkowicie świadomie (na dodatek odpłatnie) pozbył się zęba, mały mężczyzna (czyt. Tomek) całkowicie nieświadomie (i bezpłatnie) zęby nabywa w ilości sztuk dwa (póki co). Całokształt sytuacji dopełniają lęki separacyjne młodego i nadmiar wolnego czasu starszego, który od razu czas ten pragnie wypełniać różnymi misjami.

A zatem, z jednej strony, mam w domu małego człowieka, dla którego każda najmniejsza rzecz idąca nie po jego myśli (w tym: za mało jedzenia na łyżeczce, za dużo jedzenia na łyżeczce, mama stanęła o 2 cm za daleko, mama stanęła o 2 cm za blisko, radio ustawione o 3 stopnie za głośno, radio ustawione o 3 stopnie za cicho, kaloryfer przekręcony na 5, kaloryfer przekręcony na 3, sweterek zapięty o jeden guziczek za mało, sweterek zapięty o jeden guziczek za dużo… i tak, w absolutnie, każdym aspekcie dnia codziennego) urasta do kryzysu o zasięgu globalnym.
Z drugiej zaś strony, mam dużego człowieka, który gardzi środkami przeciwbólowymi i woli przeżywać swój ból jak jakiś jaskiniowiec, pragnąc przy tym, jak zawsze, zbawiać świat, dbać o interesy, wyręczać mnie w obowiązkach domowych, robić przemeblowania, malować ściany czy majsterkować, kompletnie ignorując możliwości swojego, zatopionego w bólu, organizmu.

I ja. Istota delikatna niczym dmuchawiec na irlandzkim pastwisku. Miotam się między jednym a drugim, starając się zaradzić narastającym kryzysom wagi międzynarodowej.

W każdym razie, jak już udało mi się znaleźć chwilę, postanowiłam nie bacząc na nic (łącznie z pierworodnym, urządzającym sobie na moich włosach wspinaczkę życia, śmiejąc się przy każdym moim okrzyku bólu, jakby miał do czynienia z najlepszym stand upowym występem EVER), napisać nową notkę.

Dzisiaj nadchodzę z podsumowaniem. Jako, że okres około noworoczny, sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom, to i ja sobie strzelę jakiś bilansik.

Gdzieś tam kiedyś, planowałam zrobić podsumowanie pierwszego półrocza życia malucha, ale że Rekiniątko za dni parę kończy 8 miesięcy, postanowiłam troszeńkę rozszerzyć moje wywody.

Także zapraszam.

Miesiąc I – Jak ja się w ogóle nazywam?!

Patrząc z perspektywy czasu myślę sobie, nie mogło być przecież tak źle. I nie było. Jednak starając się przypomnieć sobie, jak wyglądało nasze życie przed pojawieniem się narybku, nie jestem w stanie zwizualizować w swojej głowie sytuacji, w której mogliśmy kłaść się spać o godzinach, które my uznawaliśmy za odpowiednie, bez wyrzutów sumienia, że oglądając film o 22, zabieramy sobie cenne 2 godziny snu.

Pierwsze dni z pierworodnym pamiętam jak przez mgłę. Może właśnie dlatego, że w pierwszym tygodniu życia Tomka spałam łącznie jakieś 6 godzin. I o ile ja zdążyłam się przyzwyczaić do sytuacji w szpitalu, o tyle dla Mariusza, była ona doświadczeniem, co najmniej, szokującym.  Żaden film, reklama, książka, czy opowieść znajomych, nie uprzedziła nas o tym, że dziecko może tak dużo (i głośno) płakać.

Zanim złapaliśmy jakiś rytm dnia (i nocy), chodziliśmy jak zombie. Wszystkie obowiązki domowe spadły na Mariuszka, bo ja WIECZNIE karmiłam dziecko. Serio. Miałam wrażenie, że Młody nie odrywa się od mojej piersi nawet na pięć minut. A jak już to robił, to po to by oddać (różnymi wylotami) to, co wchłonął.

W tym miesiącu też, po raz pierwszy złamaliśmy żelazną zasadę ustaloną przed porodem. NIE BĘDZIEMY DZIECKU PODAWAĆ SMOCZKA. Cóż… już drugiego dnia w szpitalu, napisałam do Mariusza błagalnego smsa, by przywiózł ze sobą smoczki, bo ja nie wytrzymie tej presji.

Tomek niestety (albo i stety) smoczka odrzucił. I po dziś dzień, kiedy dajemy mu smoczek, traktuje go raczej jak jakąś dziwną zabawkę, która idealnie wpasowuje się na przykład w oczodół jednego z rodziców.

Miesiąc II – chyba opanowałam potwora

Drugi miesiąc zapowiadał się całkiem obiecująco. Udało nam się opanować sytuację nocą. Wypracowaliśmy system wyciszania wieczornego i usypiania oraz szybkiej reakcji nocnej,  by dziecko nie zdążyło się zorientować dlaczego się rozbudziło.

Wszystko szło gładko.

Małe powoli zaczynało reagować na twarze, gdzieś tam pojawiały się pierwsze uśmiechy a w nas narastało poczucie, że tak, jesteśmy stworzeni do rodzicielstwa, jak nikt inny…

Miesiąc III – to potwór opanował nas

Dziecko przejęło nad nami kontrolę absolutną. Czasami zastanawiałam się czy sąsiedzi nie zainwestowali już w profesjonalny sprzęt nagrywający, by tworzyć z ukrycia filmiki z naszym udziałem i wysyłać je do National Geographic, jako niesamowicie rzadki pokaz tańców etnicznych, mających na celu zdobycie łaski i zadowolenia małego bożka.  Prześcigaliśmy się w pomysłach, jak wywołać uśmiech na małym pyszczku Rekiniątka.

Ostatecznie jednak nagroda, jaką był bezzębny uśmiech pierworodnego, wynagradzała absolutnie każdy, najgłupszy pomysł, na jaki mogliśmy wpaść

Miesiąc IV – macierzyństwo to najwspanialsza praca EVER!!!

Cudowny, wspaniały, karmelowo-czekoladowy miesiąc w rozwoju Tomeczka. Maleństwo jest słodkie, puchate, kontaktowe, samodzielne i wygląda już jak mikroczłowieczek z reklamy rodzicielstwa.

Moja mała krówka, mój słodki pączuszek, mój najmądrzejszy króliczek rozumiał już absolutnie wszystko, co do niego mówiłam, praktycznie wszystko potrafił przekazać (nie używając przy tym słów, a to już jest geniusz). Podejrzewam, że jakbym dała mu w tym czasie arkusz sudoku poziom hard i ołówek, machnąłby rozwiązanie bez najmniejszego zastanowienia, zapisując na marginesie wzór na kwadraturę koła.

Genialne umysły łączy, jednak, wspólny mianownik, jakim jest słaby popyt na sen. Tak też było w przypadku Szarątka.

Miesiąc V- genialne dziecię jest prawie samowystarczalne

Dokładnie. Zwłaszcza jak rozszerza się dietę Malucha od 4 miesiąca życia. Tym sposobem, moje piersi dostały względną wolność. Znaczy, że nadal były okupowane przez młodocianą pijawkę, ale już nie tak intensywnie. Mogłam nawet na 2 godziny zniknąć z pola widzenia dzieciowi. Ale tylko w teorii.

Tak jak wspomniałam, w poprzednim miesiącu. Sen był raczej u nas rzadkim rarytasem niż codzienną pomidorową. Dlatego ponownie zaczynaliśmy chodzić jak zombie.

Rekiniątko nadal było słodyczą samą w sobie. I posiadało nieopisany plus – tam gdzie go zostawiłam, tam, mniej więcej, znajdowałam Malca po 30 sekundach.

Miesiąc VI – Aaaaaaaaapokalipsa!!!!

Kochane, puchate, słodziutkie maleństwo zmienia się w Syna Chaosu Absolutnego. Próbuje: siadać, wstawać, raczkować, pełzać, turlać się – wszystko to w jednym czasie, na dodatek rozpoczyna się proces intensywnego ząbkowania.

I nie działa tutaj stwierdzenie, że jak dziecko zmęczy się w dzień, to będzie dobrze spało w nocy. W przypadku Młodego, im więcej przeżyć za dnia, tym większe były wariacje w nocy. Już dawno zapomniałam, co to znaczy spać ciągiem 4 godziny (nie mówiąc o dłuższych sesjach).

Miesiąc VII – Czas na reorganizację przestrzeni.

Stało się. Tomaszek stał się mobilny. Raczkuje z prędkością światła, wstaje podpierając się o wszystko, co uzna za stosowne i nie przejmuje się takimi drobnostkami jak kontrola, czy podłoże jest stabilne (szafka) czy ruchome (samochodzik pchacz).

Na co mi zatem karnet na siłownię? Pierworodny urządza mi w domu takie centrum sportu i fitnessu, że Chodakowska z Lewandowską mogą mi tylko pozazdrościć i błagać mnie o udzielenie franczyzy (tą drugą coś- albo ktoś- ostatnio wzięło tknęło i poczuła biznes nosem 🙂 ).

Wszystko w zasięgu małych rączek musiało znaleźć nowe miejsce, albo właściciela. Jest niewątpliwy plus tej sytuacji- dziecko pomaga w bardzo dużym stopniu wyeliminować z mieszkania zbędne elementy.

Miesiąc VIII – Mały nastolatek

Tak jak na początku. Wiedziałam o buncie dwulatka, wiedziałam o buncie nastoletnim, ale o buncie 8 miesięcznego dziecka nie słyszałam, a jestem jego największą ofiarą. Tomek buntuje się przeciwko wszystkiemu, co nie jest mamą. Swego rodzaju luksusem jest dla mnie korzystanie z toalety bez kibicującej publiczności.

Cóż… 9. Miesiąc maluje się całkiem ciekawie…

Poniżej: samodzielne dziecko robi porządek na swoich półkach.20170211_105701-1