Rodzicielski szach i mat

Mój tata zawsze miał ambicje, by nauczyć mnie grać w szachy.
Ja natomiast nigdy nie miałam ambicji tej umiejętności nabyć.

A szkoda…

Zdolność przewidywania ruchów przeciwnika na trzy kroki naprzód, wydaje się być podstawowym arsenałem bojowym każdego rodzica.
Tymczasem, ja się muszę uczyć tego od bebiko. I mimo, że już raz tę drogę przechodziłam, to nadal jestem więcej niż zaskoczona, kiedy w momencie maksymalnego sprężenia czasowego na umówioną wizytę lekarską, dziecko obsrywa się w sposób sprzeczny z wszelkimi prawami natury, tak że nie tylko trzeba dziecko przebierać począwszy od skarpet, na czapeczce zimowej kończąc, ale również należy rozejrzeć się za firmą dokonującą kompleksowych usług w zakresie prania wszelkiej powierzchni tapicerowanej.

A irytujący głosik z tyłu głowy, szepczący namiętnie „Szarasiu, to było do przewidzenia” tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, żem głupia była, szachowych nauk od ojca nie pobierając.

Do przewidzenia był też fakt, że jak starszak przychodzi do domu z zapaleniem oskrzelików, to istnieje wysoki współczynnik prawdopodobieństwa, iż młodsze dziecię, hojnie przekazywaną przez brata zarazą, ochoczo się poczęstuje.

Także jesteśmy w szpitalu.
I nie żebym była bliska narzekania, bo tak jak mówię, było to do przewidzenia. Jednak los rodziców na takich oddziałach bywa dosyć uciążliwy.
To, że będąc z dzieckiem, na izolacji, czyli maksymalnym ograniczeniu kontaktów ze światem zewnętrznym, dla rodzica nie jest przewidziany posiłek, absolutnie mnie nie zaskoczył.
To, że szpital nie jest w stanie zapewnić opiekunom jakiejkolwiek formy posłania, by ci mogli w miarę godnych warunkach spędzić noc przy dziecku, też jestem w stanie zrozumieć.
Jednak fakt, że rodzic sam przynosi leżak, rozkłada go tylko na godziny nocne, maksymalnie przy ścianie, by nie ograniczać ciągu komunikacyjnego, jest przeszkodą nie do przejścia, wydaje mi się być absurdem.
Jednak, kto mnie zna ten wie, że jak coś jest zakazane, to Szarasia i tak to zrobi, ale będzie obsrywała się mentalnie, niczym Junior dnia poprzedniego, za każdym razem gdy jej umysł podpowie jej, że oto nadchodzi wymiar sprawiedliwości.

Tak więc poprzednią noc spędziłam pocąc się jak mysz w obawie, że lada moment, do naszej izolatki wpadnie szpitalny oddział CBŚ, rzuci mnie na glebę i ukaże mnie w imieniu księżyca, jakobym zbrodnię niewybaczalną popełniła, korzystając z czegoś wygodniejszego niż kawałek podłogowego linoleum, by umęczone całym dniem plecy, ułożyć w pozycji horyzontalnej.
Jako, że dane jest Wam czytać ten tekst, możecie domyśleć się, że tak się nie stało i dalej prowadzę życie na krawędzi.
Ostatni raz takie emocje towarzyszyły mi, kiedy oddałam książkę do biblioteki jeden dzień po terminie #handlujztym.

I umówmy się, recydywa to moje drugie imię, więc i tę noc zamierzam spędzić na leżaku z castoramy.

Ze szpitalnej codzienności pozdrawiam ja – Szarasia z Juniorem 😊

Ps. Nie umarnęłam jeszcze z głodu tylko i wyłącznie dzięki mężowi, który suchym prowiantem ratuje każdego dnia (jednocześnie sprężając wszelkie umiejętności organizacyjne do maksimum, mając pod opieką starsze Rekiniątko) oraz wspaniałym przyjaciołom, którzy zadeklarowali się dostarczać domowe obiadki na moją rzecz, czy proponując świeżą dostawę kawy. Za co z całego serca baaaaaaardzo dziękuję ❤ Bo prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie 😘😘
Bidy nie ma, ale jest jakiś dyskomfort 😉

Radosne oczekiwanie

Jakbym miała powiedzieć, jaka apka na telefon przydałaby mi się w tym momencie najbardziej, powiedziałabym że jest to coś w formie grania na czekanie z zapętlonym nagraniem głosu Tomasza Knapika mówiącego „jeszcze nie urodziłam, nadal pozostaję w dwupaku”.

Myślę, że wtedy uniknęłabym zdecydowanej większości połączeń przychodzących, mogąc się tym samym skupić na rzeczach naprawdę istotnych, jak walenie rekordów w Candy Crush Saga.

Nie no żart.

Tak serio, to jestem obecnie jednym wielkim oczekiwaniem na znaki z kosmosu dotyczące zbliżającego się porodu, bo na własny organizm nie mam co liczyć, gdyż on wysyła mi jedynie sygnały o 2 kroplach moczu zalegających w pęcherzu, których to natychmiast trzeba się pozbyć #cokwadrans oraz o zwiększonym popycie na jakąkolwiek formę węglowodanów #cokwadrans.

Także czekamy.

A w tym oczekiwaniu zmieniam się w kłębek neurotycznych reakcji.

Każdy przewrót w jelitach traktuję jako oznakę zbliżającego się porodu, każdą ciążową zachciankę też. Obcy pasażer, bezczelnie zasłaniający mi widok na stopy, zadomowił się jednak na dobre i, póki co, nie daje znaków jakoby wybierał się w najbliższym czasie gdziekolwiek.

Swoją drogą stan ciążowy jest absolutnie magicznym okresem w życiu kobiety. Już nigdy kobieta nie przejdzie takiej ambiwalencji emocjonalnej, jakiej doświadczy podczas szalejącej burzy hormonów w jej organizmie. W jednej chwili czujesz się ultrakobiecą samicą sukcesu, noszącą w swym łonie absolutne doskonały byt, ktory dojrzewa, radośnie wciska Ci stopy gdzieś między żebro a przełyk, wywołując tym samym turbozgagi (jakich nigdy wcześniej i w żadnym innym stanie nie będzie Ci dane uświadczyć). A już za chwilę masz ochotę sturlać się ruchem prostoliniowym jednostajnie przyspieszonym z najbliższego pagórka pokrzykując „wyjdź, no wyjdź już, WYYYYYYYYYYYYŁAAAAAAAAAAŹ!!!!”.

#cudownyczas

Stajesz się też chodzącą encyklopedią ginekologiczno-położniczą, zwłaszcza w zakresie naturalnych metod wywoływania porodu. Ty już wiesz, że liść maliny, tuptanie po schodach, skoki na piłce, masowanie okolic ścięgna Achillesa i spacery nie dadzą Ci absolutnie nic… ale i tak z uporem maniaka powtarzasz każdą z tych czynności #allday #allnight.

Masz jakiekolwiek pytania? Wal do Szarasi!

Wpis tylko po to by się usprawiedliwić, że śmiałam jeszcze nie wydać na świat kolejnego genialnego miniczłowieka.

#soon

#beprepared

Z dziadkiem nie zginiesz

Myślę sobie, że w życiu człowieka przychodzi taki czas, kiedy sposób oceny sytuacji zmienia się conajmniej odczuwalnie.
Zatem całe życie podlegamy, lub sami narzucamy sobie, dyscyplinę, wpędzajac się i otoczenie w określone społeczne ramy.
Jesteśmy więc dobrze wychowani, kulturalni, zdrowi, spełnieni na wielu płaszczyznach. Posiadamy liczne zainteresowania, znamy się na wszystkim, łącznie z tabelą mikro i makroskładników w każdym produkcie spożywczym, nie zapominając o wrośniętym, w toku ewolucji, w nasz Ośrodkowy Układ Nerwowy, Detektorze Zła Najpodlejszego – glutenu #fuj.

Tak po paru dekadach życia pełnego ograniczeń, jak Bóg da, zostajemy dziadkami…
I nagle BAM!!

Po kontroli i zasadach społecznej koegzystencji, pozostają tylko marne resztki i rzewne wspomnienia.

Tak i dzisiaj, niesiona wygodną myślą, iż dziecko pod opieką dziadka, zje śniadanie pełne odżywczych składników i witamin, odkryłam że naiwnie jest myśleć, jakoby kochany senior rodziny nie ulegnie kulinarnym upodobaniom miniczłowieka.
Przypadkiem przechodząc obok, siedzących koło siebie, chłopaków, radośnie dyskutujących o sprawach pilnych, poruszających całe narody (#dziadkupuściłembąka), słyszę prośbę malucha bezpośrednio kierowaną do dziadka „poproszę jeszcze syneckę”.
Myślę sobie, kulturka, ą ę, poproszę syneckę, ależ bardzo proszę. Wyobrażam sobie tę syneckę na pełnoziarnistym chlebku, w towarzystwie pomidorków, ogóreczków, kto wie, może nawet awokado #zdrowenawykioddziecka. Kieruję więc mój wzrok na młode i mym oczom ukazuje się obraz następujący: dziecko, talerz, na talerzu plasterek sera, w jednej rączce rzeczony plasterek synecki, w drugiej natomiast, w większej części zjedzona już, jagodzianka.
#zdziadkiemniezginiesz
#itaksięwymiesza

Jak zaufać dziecku – podręcznik praktyczny

Nie wiem jak Wy, ale ja ostatnio sporo czasu spędzam w łazience.

I nie. Wcale nie w celach relaksacyjnych (patrz ostatnie notki).

Fizjologicznych też nie.

Po prostu, ponieważ miniczłowiek bardzo upodobał sobie wspomniane pomieszczenie, jako plac zabaw/toaletę/pokój prób śpiewaczych i recytatorskich/miejsce rozpaczy wszelakiej, ja chcąc niechcąc przyjmuję na klatę nowe, niespodziewane funkcje naszych pomieszczeń i spędzam tam dużą część tak zwanego wolnego czasu.
Także w łazience naszej dzieje się wiele.
Szczenię jest jednak w fazie emancypacyjnej i wszystko chce robić samodzielnie jako autonomiczny byt.
W sumie spoko, bo spędzanie całego popołudnia na pilnowaniu by młode nie wpadło do muszli klozetowej, nienależy do mojej listy top10 bezproduktywności? No i jest to sytuacja typu win win, bo dzieciak robi co chce, a ja mogę uzyskać chwile dla siebie, tłumacząc to usamodzielnianiem miniczłowieka.
Zatem przy ostatniej rekomendacji Szarątka („mama ić stomt!), postanowiłam rzeczywiście iść, chwycić byka za rogi i dać dzieciakowi luz, zostawiając go samego na kibelku.
Zamykając za sobą drzwi łazienki wpadłam w niekontrolowany popłoch, bo kompletnie nie byłam przygotowana na tą godzinę wolności (miniczłowiek postanawia zejść z kibelka dopiero po dwukrotnym odśpiewaniu całej płyty fasolek, wyrecytowaniu wszystkich znanych sobie wierszy oraz zrelacjonowaniu co też się ostatnio w jego życiu działo – z dokładnym reportażem na temat dotychczasowych posiłków na czele). Zaczęłam więc rozglądać się za wszelkimi sprokrastynowanymi sprawunkami, jakie w ostatnich latach wpełzły na listę „dedlajn na wczoraj”. Otworzyłam swój kalendarz, chcąc w końcu, w połowie października, dokonać jakiegoś pierwszego wpisu, ale tak się przyzwyczaiłam do życia na krawędzi – bez planu, że nawet nie wiedziałam co mogłabym tam zapisać…
Chwyciłam za książkę, bo mam ostatnimi czasy mocne postanowienie nadrobienia wydawniczych zaległości i nasłuchiwałam błogiej ciszy.

I tylko rodzic jest w stane zrozumieć, jak głęboki niepokój taka cisza potrafi wywołać. Co się dzieje w zdziczałym umyśle rodzica, kiedy słyszy z łazienki dudniące nic.
Jak mawiał klasyk, kiedy z pomieszczenia, w którym przebywa dziecko, nic nie słychać to znaczy, że firanki płoną.
Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do dwóch reakcji w chwili zagrożenia życia, nazwannych w behawiorystycznych koncepcjach zachowaniami typu fight or flight. Mój organizm jednak okazywał, w tym momencie, głębokie niezdecydowanie w tej materii. Z jednej strony chciałam czym prędzej wparować do łazienki i wkraczając niczym łondermama z falującą ścierką od naczyń na ramieniu, ratować miniczłowieka z opresji toaletowych niebezpieczeństw. Z drugiej jednak, rozsądek nakazywał mi się zatrzymać – odwlec nieco w czasie nadciągającą katastrofę ekologiczną.
Kiedy jednak w trakcie moich filozoficzno-egzystencjalnych rozważań, uslyszalam dźwięk puszczanej wody, odetchnęłam z ulgą, bo miałam tę pewność, że dziecko nie zjadło kostki toaletowej, nie poodkręcało rur i nie urządziło sobie z zasłonek huśtawki, bawiąc się w Tarzana.
– mamo, pomóż. Klulik mokjy- słyszę przez drzwi i już widzę oczami wyobraźni to 820 kilo cebuli, jakie musiałam zakupić w znanym dyskoncie, by rzeczonego klulika zdobyć (#zadarmo).
Wchodzę do łazienki, będąc w pełni przygotowaną na żałosny obraz tonącego w muszli klozetowej słodkiego klulika, który jednak nie tonie, a jest skrupulatnie oblewany wodą przez miniczłowieka, ktory informuje mnie, że mama już czysty. Biorę pluszaka do ręki i wącham, by stwierdzić miejsce jego wcześniejszego pobytu i ku mojemu zdziwieniu, odkrywam że pachnie on całkiem przyjemnie. Powoli rozglądam się po łazience i dopiero teraz odkrywam, że podłogi, pralka, szafka i ściany są jakby mokre.
– Tomusiu – zagajam delikatnie, bo nie chcę spłoszyć tej (#atrakcyjnej) zwierzyny – co tu zrobiłeś?
Młode patrzy mi ufnie w oczy, wskazuje na ekologiczny płyn do dezynfekcji zabawek i z dumą odpowiada
– psikłem

#jakietoszczere #bhp #dezynfekcja #poziomTomek