Featured

Wojny męsko-męskie, Freud, pułapka na faceta – czyli o porządkach słów kilka

Mam w domu dwa antagonistyczne obozy, zwalczające się z równą zaciekliwością.

Z jednej strony Mariusz – mąż mój, który jest raczej duszą pedantyczną. Może nie składa bokserek w kostkę przed snem (a nawet jakby to robił, to pozbawione byłoby to najmniejszego sensu, bo od kiedy Szarątko nauczyło się otwierać szuflady, samo ustala jak wyglądać ma ich wnętrze… i bynajmniej, nie uświadczymy tam niczego złożonego w kostkę), ale ma podejście perfekcjonistyczne do otaczającej go rzeczywistości, co przy mojej osobie jest jeszcze bardziej zauważalne, bo z pedantycznych rzeczy to ja bardzo poważnie podchodzę do kwestii doprowadzania kształtu mojego ciała do perfekcyjnej kuli.
W każdym razie Mariusz, jak tylko zbliża się jakaś bardziej znacząca data w naszym kalendarzu, to planuje porządki. Bo wiecie. Ja jestem na macierzyńskim. Codziennie sprzątam w mieszkaniu i mój mąż to bardzo docenia. Ale Mariusz, lubi jak posprzątane jest w jego stylu. Mi nic nie powie, bo wie, że obudziłby bestię, i potem foch przez trzy dni, na obiad ziemniaki z solą i zwracanie się do siebie w sposóbformalny, ale widzę, jak wielka walka czasem toczy się w jego czyściutkim serduszku, kiedy widzi, że po moich ostatnich kuchennych rewolucjach, ściany w kuchni pokryte są malowniczymi plamkami tłuszczu, kefiru, pomidorów, czy innych składników naszej strawy. Także jak już mój Mąż planuje porządki, to można spodziewać się fajerwerków z drobnymi pracami remontowymi włącznie. Po jego porządkach, można śmiało zapraszać gości na ucztowanie prosto z podłogi, bo żaden drobnoustrój nie ma prawa, ani najmniejszej szansy w starciu z filozofią pedantyzmu mojego męża.

Z drugiej strony Tomasz – syn nasz, który ewidentnie kieruje się w życiu filozofią chaosu. To nie jest tak, że damy Młodemu zabawkę, choćby i najbardziej multifunkcjonalną, i on momentalnie zostaje wciągnięty w wir zabawy na najbliższe godziny. Otóż nie. Tomasz lubi tworzyć wokół siebie przestrzeń pełną… wszystkiego. Czasami zastanawiam się, jak to małe urocze stworzonko, potrafi tak szybko przekształcić pustą podłogę w festiwal kolorów. Kiedy z pokoju Szarańczy nie wydobywa się żaden dźwięk, to my już wiemy, że prawdopodobnie młodzian demontuje panele, rozmontowuje okno, albo reorganizuje przestrzeń w naszej szafie. Cóż… Gen bałaganiarstawa… tfu… twórczego nieładu, ma ewidentnie po mamusi.

Dlatego, jeżeli kiedykolwiek chciałabym zastawić pułapkę, na któregoś z moich chłopaków to wystarczyłoby, albo zostawić na środku pokoju jakiegoś paprocha, albo pozostawić coś w idealnym porządku. Ani jeden, ani drugi, nie pozwoliłby sobie na taką zniewagę. I nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo swoich nieco rozbieżnych stanowisk w kwestii trzymania porządku, Mariusz i Tomek, doskonale się ze sobą dogadują… No chyba, że działa to na zasadzie istnego perpetuum mobile – Tomek rozwala, Mariusz układa, Tomek rozwala itd. I każdy ma co robić w tej relacji.

I tak o tym wzajemnym zwalczaniu się, dzisiejsza notka. Otóż, kiedy byłam jeszcze młodą, piękną i beztroską ptaszynką, szukającą swojej drogi życiowej, otarłam się o studia psychologiczne. Ostatecznie porzuciłam uczelnię, obrażając się na nią do odwołania, ale zamiłowanie do pewnych aspektów psychologii rozwojowej pozostało. A będąc na studiach psychologicznych nie sposób ominąć pewnego pana, który stał się niejako wizytówką współczesnej psychologii, niekoniecznie ją definiując. Mowa oczywiście o Zyziu Freudzie, który miał kilka teorii, które nieodwracalnie wryły się w historię psychologii. Między innymi stworzył, znaną chyba każdemu, choćby ze słyszenia, teorię Kompleksu Edypa (lub też Elektry, wprowadzoną przez pana Junga, do czego pan Freud nie podchodził zbyt entuzjastycznie). W skrócie, teoria ta opiera się na domniemaniu, iż na pewnym etapie rozwoju malucha pojawia się zazdrość o matkę, podszyta przesłankami seksualnymi. Stąd, na którymś etapie życia (dość wczesnym bo w okolicach 2-3 roku) synkowie roszczą sobie prawa do mam, chcąc eliminować rolę ojców. Z drugiej jednak strony pojawia się lęk kastracyjny – Maluch obawia się, że czyniąc sprzeciw ojcu, który jest silniejszy i ma większy autorytet, zostanie narażony na  pozbawienie swojej męskości. Dlatego też, przy odpowiednich relacjach matka – syn – ojciec, dziecko jest w stanie prawidłowo wykształcić w sobie składnik osobowości zwany superego (odpowiedzialny za moralność i kulturowe ideały), jeżeli konflikt ten nie zostanie prawidłowo rozwiązany, dziecko narażone jest w przyszłości na problemy osobowościowe, które przez pana Zygmunta były tłumaczone bardzo często właśnie nierozwiązanym kompleksem Edypa.
Z drugiej strony jest jeszcze Jungowska teoria Kompleksu Elektry, dotyczącego dziewczynek, które na podobnym etapie, co chłopcy, odkrywają różnice płciowe i pojawia się zjawisko zwane „zazdrością o penisa”. Tutaj z kolei rozpoczyna się rywalizacja między mamą, a córką o ojca. I według tej teorii, o ile chłopcy są w stanie całkowicie wyrosnąć z Kompleksu Edypa, o tyle dziewczynki nigdy do końca z tego nie wyrastają, przez co superego kobiet jest słabsze. Także wiecie kobitki…. Morale to u nas moooocno kuleją, i co gorsza, nie mamy za bardzo nadziei na poprawę.

Oczywiście teorie te nie mają żadnego naukowego potwierdzenia w prowadzonych badaniach. Są wręcz mocno krytykowane, chociażby przez psychologów ewolucyjnych, którzy zarzucają teoriom tym wiele nieścisłości oraz ewolucyjnych sprzeczności.

W każdym razie nie sugeruję, że moje dziecko wchodzi w etap ewentualnego kompleksu Edypa, bo trochę mi ta teoria nie podchodzi, a poza tym to jednak dużo za wcześnie. Rzeczywiście jednak przechodzimy etap totalnej mamozy, oraz zazdrości, która przejawia się w dość dosadny sposób – Rekiniątko, kiedy tylko Mariusz chce mnie pocałować, odpycha go rączkami, uwieszając się na mnie jak mała małpka, nie mówiąc już o sytuacjach kiedy widzi mnie w trakcie zabawy z tatą… Momentalnie rzuca wszystko i domaga się obecności mamy.
Dlatego też mimo, że moje chłopaki należą do dwóch przeciwległych obozów, zwalczających siebie nawzajem pod kątem wizji otoczenia, walczę jak lwica o to by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Dzięki temu, ja mam troszkę czasu dla siebie, a moi mężczyźni rozwiązują, ewentualne rozwojowe konflikty interesów 😊.

Reklamy
Featured

O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!

Featured

Olimpijskie złoto – czyli o zakupach z wózkiem

Naszła mnie ostatnio myśl i nie żeby to było byle jakie wydarzenie, bo po ciąży, podczas której podobno obkurcza się kora mózgowa, powrót do myślowej formy idzie mi nieco pod górkę.
Wracając jednak do tematu, naszła mnie ostatnio taka myśl, że ja i mój mąż, to jesteśmy wyjątkową parą. Bo widzicie, drodzy moi, jesteśmy tak skrajnie różni, ja i mój mąż, że chyba teoria o przyciągających się przeciwieństwach była wzorowana na naszym przykładzie.
Kiedy ja mówię, że coś zrobię, to owszem robię to, ale wtedy kiedy już nie mam innego wyjścia. Komputer kupuję jak mi się popsuje, ale już tak popsuje, że informatyk dostaje zawału i apopleksji na jego widok. Zaczynam się uczyć, kiedy termin egzaminu jest bliższy niż termin kolejnego mycia dziecka. Włączam okap, kiedy para z obiadu, zaczyna skraplać się do postaci wzburzonego oceanu na naszych panelach i tak dalej.
Mariusz z kolei nie pozwala sobie na czekanie, ani tym bardziej na sytuację zaskoczenia. Coś świszczy w samochodzie? Jeszcze tego samego dnia Mariusz bierze udział w porywającym panelu dyskusyjnym między trzema mechanikami a nim na temat genezy różnych samochodowych odgłosów, po czym decyduje się na natychmiastowe działanie naprawcze. Trzeba zapłacić rachunki? O każdej porze dnia i nocy, można podejść do mojego męża, zapytać o termin zapłaty rachunku za prąd, a on odpowie bez mrugnięcia oczkiem z podaniem kwoty należnej za miesiąc bieżący, oraz analizą tendencji wzrostowej opłat z ostatniego kwartału.

Sytuacja jest o tyle, dla mnie, pogrążająca, że miłość mojego życia, potrafi zajść mnie znienacka o 7 nad ranem i oświadczyć mi z wyrzutem, że za chwilę skończy się moja odżywka do włosów i dlaczego ja jeszcze sobie nie kupiłam nowej? Nie żebym narzekała, bo to szalenie miłe, ale ja chyba nigdy nie wyhoduję w sobie genu zapobiegawczości. Na szczęście mam męża!

I ostatnio tak mnie właśnie przyatakował mój mąż, że o kończy ci się peeling, że ten balsam co tak ładnie pachnie też jakby na wykończeniu i że, tak w ogóle, to by ci się chyba przydały jakieś nowe buty.

Ktoś ze zdumienia przeciera oczka? Otóż mój mąż właśnie taki jest, ale żeby nie było, że to taka idylla i że bomba, mąż sam mnie wysyła na zakupy, to ja akurat z zakupów to lubię tylko te w cukierni. Bo jakby on powiedział, że kochanie, tak coś za mną chodzi smak na sernik, albo kremówkę, to ja już, już biegłabym do najbliższego sklepu i opróżniałabym półki z całego cukierniczego asortymentu. Natomiast chodzenie, mierzenie, lamentowanie nad nieodwracalnością procesów jakie zaszły w moim ciele po 2-letnim odpuście, szukanie sklepów z plandekami na tira, bo tylko takie są w stanie okryć mnie w przyzwoitym stopniu, wybór wyszczuplającego printu na plandece… No dramat.

Dlatego jak już mam chodzić na zakupy, to wybieram te spożywcze, a resztę załatwiam przez Internet (omija mnie, przynajmniej, ten cały festiwal bolesnego upokorzenia w przymierzalni). A zakupy spożywcze, z małym Rekinem w wózku, można by śmiało zakwalifikować równocześnie do triathlonu, połączonego z turniejem sztuk walki, z elementami jazdy figurowej. Śmiganie z 2 wózkami jednocześnie, pchając jeden przed, a drugi ciągnąc za sobą, jest niebywałym  sprawdzianem koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej. Że niby kobiety mają problemy z parkowaniem, a w mikrowąskich alejkach sklepowych, potrafią zaanektować całą przestrzeń i się w niej doskonale odnaleźć.
Osobliwie musi wyglądać obraz Szarasi w tej pozycji, podśpiewującej dziaciarowi, po raz setny, piosenkę Majki Jeżowskiej, bo Rekiniątko czuje się już lekko poirytowane całym faktem robienia zakupów i z nudów zaczyna demontować sklep, na tyle na ile pozwalają mu pasy w wózku i jego krótkie, acz bardzo sprawne rączki.

I ja tak zwinnie lawiruję w tym sklepie, w tych maleńkich alejkach, doskonale odnajduję się w labiryncie kartonów i regałów, rozmawiając niby to z Rekiniątkiem, niby to z sobą, kto wie? No i jest. Zakupy zrobione, teraz tylko kasa i fru do domku.

Kasa… O matko z córką i wszystkimi rybkami! To jest dopiero walka o przetrwanie, bo w sklepie, z którego korzystam, tylko i wyłącznie dlatego, że jest najbliżej domu, w kolejkach dzieją się sceny dantejskie. Tutaj nie ma żadnych zasad. Tu jest wojna!
Także ja sobie stoję, jak ten mały pociąg z wagonikami przed i za sobą, śpiewam „wszystkie dzieci nasze są”, wokół lekko nerwowa atmosfera, pani stojąca za mną ciężko sapie i mruczy, że to jakiś żart, że codziennie to samo, że po co 6 kas jak zawsze tylko jedna otwarta, że ona ma rosół na gazie, żelazko na koszuli i kotkę w rui. Pan przede mną rozmawia przez telefon, w sensie krzyczy, bo zasięg słaby i może, jak będzie krzyczał głośniej, to go rozmówca usłyszy, w końcu mieszka parę ulic stąd. I nagle słyszę dzwonek. Ja nie do końca obyta w tych sklepowych zwyczajach, sygnał ten zignorowałam, ale nie mogłam zignorować nagłej zmiany atmosfery w kolejce. Gwar jakby ucichł, pan z telefonem, w końcu uznał, że dalsza konwersacja nie ma sensu, pani od koszuli na gazie i kotki na żelazku zaczyna nerwowo się rozglądać, a dalsza część kolejki uważnie stroszy uszy. I nagle wyłania się zza winkla pani kasjerka z kasetką drobnych i z pieśnią na ustach „zapraszam do kasy numer 6”. Świat dookoła zamiera na jakieś pół sekundy….

I jak nie ruszą! Wyłamują się z kolejki. Ostatni będą pierwszymi. Naiwnie stwierdzam, że skoro stoimy w jednej kolejce, to rozłożymy się po równo i wszystko pójdzie szybciej. O ja głupia! O ja naiwna! Manewruję więc wózkami tak, by przejść grzecznie do kasy numer 6, już prawie ustawiam się za panem od telefonu, i jak mnie nie przepchnie pan Janusz, Wojownik z Dyskontu, jak się nie wepchnie… Lekko zaskoczona mówię, naiwnie, że chyba jakaś kolejka obowiązuje, zwłaszcza że szanowny pan to chyba stał na samiutkim końcu. Sklepowy Conan Barbarzyńca patrzy na mnie jak na kosmitkę, prycha (autentycznie prycha, jak kotek) i woła „Halina!!! Chodź no tu szybko, bo ja kolejkę zajęłem”. A Halina potulnie podchodzi, zwinnie omija mój kompleks wózków i zaczyna wykładać zgrzewkę mleka i całą paletę kefirów na taśmę. Wzdycham więc i czekam, bo mimo, iż dziecko mi zaczyna ciężko rozpaczać w związku z jednostajnością otaczającego go obrazu, nie będę przecież wchodziła w konflikt z lokalnymi, nabiałowymi potentatami.

Nachodzi mnie jednak taka refleksja,  że ja to wolałabym, żeby zakupy spożywcze, były tak samo dostępne przez Internet jak inne usługi, bo wojowanie z Januszami w dyskontach jest nie na moje nerwy. Na szczęście zakupy tylko w poniedziałki!

20170311_120118

To już poniedziałek?!

Featured

O wykastrowanym pudelku – czyli Instamatki celebrytki

Moi drodzy, oto ja, powracam!

Ostatni weekend upłynął mi pod hasłem Blog Conference Poznań, a że działo się tam wiele, to i mi udzielił się klimat bycia influencerem (tak jakbym już nie wpływała znacząco na Wasze życie).

W każdym razie, nie wiem który to już raz czytacie u mnie na blogu, ale…

Uwaga, uwaga!

Będą zmiany.

Może nie w formie, bo całkiem swobodnie się w takiej, a nie innej, czuję, ale w systematyce (w założeniu 1-2 posty na tydzień) oraz po trochu w tematyce, ale wiadomo, ja już dawno udzieliłam sobie mandatu na wypowiadanie się w każdym możliwym temacie, także od czasu do czasu mogę odskoczyć na chwilę z tematów okołodziecięcych, ale nie martwcie się, nie na długo.

Tyle w kwestii formalnej.

Ostatnio postanowiłam podreperować swoje braki w kwestiach niecierpiących zwłoki, czyli poprzeglądać portale plotkarskie. Szusuję ja sobie między szalenie istotnymi wiadomościami ze świata celebrytów, gdzie spora część artykułów poświęcona jest frywolnemu penisowi Roberta Lewndowskiego oraz nieudanym próbom znalezienia nowej, życiowej miłości przez Edytę Herbuś, aż tu nagle… moje oczy zatrzymują się na tytule bliskim memu sercu: „Internetowa strona macierzyństwa. Tak instamatki sprzedają swoją prywatność”. Czytam ja sobie ten tytuł i mówię do siebie „Oho! Zaczyna się! Pudelek wziął się i za mnie, w końcu moja oszałamiająca liczba obserwatorów na Instagramie, w postaci 70, z pewnością nie przeszła bez echa w świecie instamatek celebrytek”. Ostatecznie okazało się jednak, że jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności, pozostałam pominięta przez autora wspomnianego artykułu.

W tej, jakże porywającej i edukacyjnej, literackiej przygodzie przeczytałam o tym, że celebryci, tacy których znamy z nagłówków poczytnych gazetek, dzielą się z nami swoim nudnym życiem, i że nagle, zwykłe kobiety odkryły, iż dzielenie się swoją prywatnością może przynosić pieniądze, poprzez promowanie różnych produktów na swoich profilach i, kto wie, może kiedyś uda im się zarabiać na swoich dzieciach, jak to aktualnie czyni żona najpopularniejszego polskiego piłkarza. Najbardziej wzruszył mnie jednak fragment opisujący owe, zwykłe, kobiety, jakoby jedynym ich osiągnięciem życiowym było urodzenie dziecka.

Otóż, kochana redakcjo Pudelka, jeżeli bierzecie się już za profile zwykłych, jak sami określacie, kobiet, w celu analizy krytycznej ich działalności, powiedzcie proszę gdzie Wy się do tej pory uchowaliście, skoro kwestia ewoluującej reklamy, wychodzącej poza schematy sztucznych celebrytów z gadającego pudełka, jest Wam obca? Skoro krytykujecie już kobiety bez większych osiągnięć, poza urodzeniem dziecka, to zorientujcie się, czy czasem, poza wrzucaniem zdjęć na portale społecznościowe, kobiety te, nie zajmują się przekazywaniem bardziej merytorycznych i wartościowych treści niż Wy, droga Redakcjo.

Wśród instamatek celebrytek wymieniliście między innymi Martę z bloga Superstyler, którego prowadziła na długo przed pojawieniem się dzieci. Owszem pokazuje ona dużą część swojego życia prywatnego, ale nie bawi się w pudrowanie rzeczywistości, poprzez kreowanie nierealnych obrazków codzienności. Że ludziom się to podoba, a to z kolei prowadzi, nieuchronnie, do zainteresowania reklamodawców, to jest jej wina? Cóż. Takie mamy czasy. Reklamy wyszły już dawno ze standardowych ram i z coraz większą śmiałością, wchodzą w nasze życie codzienne.
Druga instamatka celebrytka na waszej liście to Nicole z Mamaginekolog. Pozostawię tę kwestię bez większego komentarza… Nicole pisze o sprawach szalenie istotnych i robi to w sposób przystępny dla każdego. Skoro dzielenie się z milionami kobiet (i nie tylko) wiedzą ginekologiczną, głównie ciążową, nie jest większym sukcesem życiowym, to przyjrzyjmy się temu co Ty nam proponujesz szanowna Redakcjo.

Oto kilka tytułów z Waszej głównej strony:

  • Dekolt Edyty Herbuś na imprezie z „wiecznym pacjentem” z „Daleko od noszy” [ZDJĘCIA]
  • Nieruchoma twarz Mai i fryzura Krzysztofa na imprezie [ZDJĘCIA]
  • Magda Gessler prawie jak diabeł [FOTO]
  • Paris Hilton w bikini tęskni za Ibizą [ZDJĘCIA]
  • Pupa brazylijskiej gwiazdy… ZGNIŁA od nadmiaru wypełniaczy [FOTO]
  • Lara Gessler pozuje w toalecie [FOTO]
  • Jessica Mercedes pokazała stopy na tle Monako [ZDJĘCIA]
  • Kinga Rusin i Rozenek nadal się nie lubią
  • Koroniewska siedzi okrakiem na Dowborze [FOTO]

 

Tak drogi Pudelku, oto są osiągnięcia godne nagrody Pulitzera i największego społecznego uznania.

Wiadomo, media społecznościowe sprzedają nam zakrzywioną wersję rzeczywistości. Instamatki pokazują macierzyństwo jako najpiękniejsze lukrowane ciasteczko, które jest tylko i wyłącznie przyjemnością. I z zasady jest. Nie znam jednak żadnej matki, która ma życie jak z takiego internetowego obrazka. Dzieci, poza tym, że są słodkie jak małe tabliczki czekolady z karmelem, masłem orzechowym i wszelkimi innymi dobrami natury, potrafią też być męczące, złośliwe, marudne, czasem nawet śmierdzą, ale to tak śmierdzą, że wycieczki, jakie odbywałam w ramach studiów, do obory pełnej świnek, krówek i całej reszty zwierząt gospodarskich, wydawały się być, przy możliwościach małego Rekina, wycieczką do perfumerii. Dodając zdjęcia przerzucone przez pierdyliard filtrów i okraszone bazylionem hasztagów, nie liczę na to, że ktoś mi uwierzy w to, że moje macierzyństwo jest tak słodkie, łatwe i przyjemne, ale w przyszłości, kiedy będę już jeść masło przez kroplówkę, miło będzie wrócić do takiej właśnie wizji przeszłości.

20170526_095834

Featured

Macierzyństwo – oczekiwania a rzeczywistość

W końcu wiosna!

Wymieniamy rajstopki na skarpetki. Czyli teraz oprócz ciągłego chronienia potomka przed popełnianiem typowych błędów dzieciństwa, jak wkładanie języka do kontaktu, biegam za Rekiniątkiem i naciągam mu skarpety, które po 30 sekundach od nałożenia, w towarzystwie triumfalnych okrzyków radości, lądują 3 metry dalej.

I tak się zastanawiam… Czy to tak miało wyglądać?

Myślałam, że błąd obliczeniowy, dotyczący oczekiwań, jak coś ma wyglądać, został daleko za nami – na Sali porodowej (Klik), czyli, że nie było radośnie merdających jamniczymi ogonkami szczeniaczków oraz rozmów na poziomie o rozwoju kultury wysokiej w okresie międzywojennym, przy jednoczesnym uczestniczeniu w bajkowym Cudzie Narodzin. Była natomiast próba ucieczki ze szpitala, oceany łez oraz przysięganie, że następnym razem tylko cesarka.

Cóż… Każdy się może delikatnie pomylić.

 jennifer lawrence oops yikes mistake uh oh GIF

Jednak, kiedy byłam młodą, pląsającą po beztroskim życiu sarenką, wyobrażałam sobie macierzyństwo, jako mistyczne doświadczenie, gdzie dziecko jest wiecznie rozkoszne, nie ma humorków, codziennie uczy się nowych rzeczy, ja przykładam najwyższą uwagę do jego rozwoju, dostarczam mu tylko intelektualnych rozrywek, tak by jego komórki nerwowe były wiecznie stymulowane w kierunku superzrównoważonego rozwoju. Jak maleństwo płacze, to zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu, codziennie jest stylowo ubrane i otoczone hipertrendywypasionymi gadżetami. W tej wizji macierzyństwa ja malowałam siebie, jako elegancką, uśmiechniętą, bardzo cierpliwą supersexy mamę, która już w 2 tygodnie po porodzie wróci do wagi sprzed 4 lat.

Nie żeby coś, ale chyba nie wszystko pyknęło. Bo dziecko ma humorki, czasem płacze bez jakiegokolwiek powodu (ot powód prosto sprzed 2 minut – Tomek wpadł w szał dzikiej rozpaczy po tym, jak magnes lodówkowy nie chciał przyczepić się do drewnianej łyżki, a do nogi od taboretu, już owszem), ulubiona zabawa to gryzienie butów, albo lizanie okna, ubranka są wiecznie poplamione, bo hektolitry śliny płyną rwącymi strumieniami po całym mieszkaniu, a najbardziej funkcjonalnym gadżetem jest karton po jakimś wypasionym, dziecięcym sprzęcie (który oczywiście nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu). Ja, jako mama, staram się jak mogę, ale to wracanie do formy to nie jest wcale taka bułeczka z masełkiem (mmmmm…. Węglowodany…  Tłuszcze… stop! Szarasiu, nie daj się ponosić emocjom!!!  mniam…), bo jak tu ćwiczyć, kiedy Maluch widząc matę do ćwiczeń i mamę na niej, zaczyna toczyć się po całej długości tej drugiej albo wyrywać włosy, bo w końcu jak już się nadarza odpowiednia okazja, to czemu nie? Albo, jak trzymać się diety, kiedy co chwilę jest jakaś okazja do podjadania (bo urodziny, bo święta, bo goście, bo wtorek)?  Ja się pytam jak? No jak? Nie da rady!

 funny baby window licking GIFTak to mniej więcej wygląda 🙂

Ale czy to, że coś nie idzie zgodnie z moimi wyobrażeniami, sprawia, że jest gorzej?

Na przykładzie chociażby porodu, który był raczej traumatycznym (na tamte chwile) przeżyciem (szczególnie dla mojego Męża, który musiał trzymać fason, w przeciwieństwie do swojej żony, która zachowywała się jak amatorska wersja filmu „Egzorcysta”), uważam, że nie. Bo nie wykluczam, a wręcz nastawiam się na poród naturalny przy kolejnych Rekiniątkach (po przeczytaniu tych słów, prawdopodobnie w Mariuszu toczy się zażarta walka między zgrozą a rozpaczą).
I tak samo jest z macierzyństwem, bo co mi po tym, że moje dziecko będzie jak z najpiękniejszego zdjęcia na instagramie otoczone pastelowymi kolorami, ubrane w ciuszki droższe niż cała garderoba rodziców razem wzięta? Co mi po otoczeniu pełnym edukacyjnych, naturalnych, ekologicznych, politycznie poprawnych przedmiotów? Czy moje dziecko, albo ja będziemy dzięki temu szczęśliwsi?

 parks and recreation beautiful scary makeup april ludgate GIFTak było. True story.

Jestem wdzięczna za to, co mam, za to, że Tomek pokazuje cały wachlarz emocji, za to, że często muszę ruszyć głową, żeby zrozumieć, o co mu chodzi, że mam wieczny bałagan w domu, bo pisklę nauczyło się otwierać wszystkie nadające się do otwierania meble w domu i z szewską pasją reorganizuje nam przestrzeń.
Jestem wdzięczna za naukę płynącą z macierzyństwa, bo nigdy, w żadnej innej sytuacji nie nauczyłabym się tak kreatywnego myślenia, nie potrafiłabym tak bez niczego zebrać się w sobie i pomyśleć nad tym, jaki przykład daję swojemu dziecku, nie podchodziłabym aż tak refleksyjnie do wszystkiego, co robię, nie pracowałabym nad swoją organizacją aż tak bardzo. Przede wszystkim nie myślałabym o wielu konsekwencjach różnych działań.

Macierzyństwo zmienia kobietę diametralnie i mimo, że czasem mam wrażenie, że mamusieję, to wiem, że jest to okres przejściowy, który pozwoli mi być coraz lepszym człowiekiem w przyszłości. Także oczekiwania a rzeczywistość to są dwie różne bajki, ale z tym samym Happy Endem :).

Featured

Jak podróżować z dzieckiem i nie zwariować?

Pierworodny nauczył się mówić „Mama”, ale nie że mama, mamusia, moja ukochana mateczka, która w bólach wydawała mnie na świat przez kilka godzin.

Nie.

Mama w słowniku Rekiniątka oznacza „jestem głodny, weźże mnie nakarm kobieto”. I dochodzę do wniosku, że sąsiadów oszukam, znajomych oszukam, nawet męża słynącego z ponadprzeciętnej dociekliwości oszukam, ale dziecka nie oszukam.
Dziecko zauważy, że moja dieta istnieje bardziej w teorii niż w praktyce. Trudno zresztą nie zauważyć, jak wiecznie coś w jamie gębowej przeżuwam i mogę, logicznym ciągiem myślowym, kojarzyć się mojemu malutkiemu Pączuszkowi tylko z żarciem. A że siła genów psychopatycznej adoracji jedzenia jest wielka, Tomek przez cały dzień, w różnej tonacji i z godnym podziwu entuzjazmem, odśpiewuje hymn pod tytułem „Mama!”.

Także osnuta melodyjnością syna mojego (póki co) jedynego, postanowiłam ruszyć szare komórki i napisać notkę.

Paramount Movies movies thinking think clueless GIF

Dzisiaj miał być temat harmonogramu dnia 10 – miesięczniaka, ale jesteśmy aktualnie w trakcie reorganizacji naszych przyzwyczajeń, łącznie z nauką samodzielnego zasypiania (co idzie nam dosyć horrorystycznie) i dlatego ten temat przesunę na bliższą przyszłość, jak już w pełni będę mogła dumnie zakrzyknąć, że tak, moje metody wychowawcze są jedyne i niepodważalne i przynoszą spektakularne efekty, Tomek jest całkowicie samodzielny, potrafi komunikować się w 3 językach nowożytnych oraz języku migowym, a my z Mariuszem mamy czas na łechtanie naszego kulturalnego ducha w operze, możemy w spokoju zjadać ciepłe posiłki, a kawa nigdy nie ma szansy ostygnąć.

W związku z tym, będzie o podróżowaniu.

Bo wiecie. Zasadniczo są 2 teorie.

Pierwsza mówi o tym, że jak się ma małe dziecko, to siedzi się na dupsku w domku i czeka aż młodzież, chociażby usiądzie, co by w samochodzie nie odkształciły mu się plecki w foteliku. I o ile zgadzam się z kwestią pozycji wymuszonej w foteliku, o tyle nie jestem fanką całej teorii, że jak dziecko to koniec, the end, finito, ende zamykamy się na świat i wyłonimy się, MOŻE, jak młody wejdzie w okres dojrzewania.

 feel free to use GIFPo tych wszystkich latach, w końcu wolność!

Druga mówi, że nie należy się ograniczać. Że żyjemy w XXI wieku, a nie w średniowieczu. Że nie przewozimy już dzieci w skrzynkach po burakach, tylko w przetestowanych fotelikach z atestami wszelkich możliwych organizacji. Że owszem, pozycja wymuszona jest szkodliwa, ale dla dorosłego człowieka również, dlatego warto podróżować z głową! I ta teoria przemawia do nas w 100%.

Przez pierwszy miesiąc życia Tomka postanowiliśmy, że nigdzie dalej jechać nie będziemy. Byłoby to zresztą dosyć problematyczne ze względu na ilość posiłków oraz zmian pieluch. Jednak od drugiego miesiąca wyruszyliśmy na podbój świata.
Tak się nasze, moje i Mariusza, ścieżki przecięły, że spotkaliśmy się akurat w Poznaniu, ale ja pochodzę z miejscowości oddalonej od Poznania o 100 km, a Mariusz z miejscowości 170 km w zupełnie przeciwległą stronę. Tym sposobem jedni dziadkowie od drugich oddaleni są od siebie o niespełna 300 km. Wiedzieliśmy, że musimy to jakoś pogodzić, chociażby ze względu na święta, które naturalnie chcemy spędzać z jednymi i drugimi.
Dlatego postanowiliśmy przyzwyczajać Rekiniątko do podróży stopniowo. Najpierw wycieczka na 20 km, później na 40 km i tak dalej. W końcu udało nam się bez większych problemów doprowadzić do sytuacji, że i jedni i drudzy seniorzy zostali zaszczyceni naszą obecnością. Sukces!

Oczywiście w trakcie takich podróży, musieliśmy liczyć się z licznymi przystankami, nie tylko ze względu na potrzeby fizjologiczne bejbika, ale również zwykłe przystanki, tak żeby młody mógł chwilę odpocząć od fotelika. Ale udało się! Tomek tak przyzwyczaił się do podróżowania, że przeważnie jak tylko usłyszy dźwięk odpalanego silnika, zapada w sen, czasami nawet na kilka godzin i nie przeszkadza mu wtedy, że już dawno dojechaliśmy, został wyjęty z fotelika, rozebrany i nieświadomie zapozował do pierdyliarda śmiesznych (tylko w naszym uznaniu) zdjęć, którymi będziemy go szantażowali, kiedy przyjdą mroczne czasy buntu nastolatka. Nevermind.

W podróżowaniu z dzieckiem jest jeszcze jeden aspekt. Warto wyrobić sobie papiery na prowadzenie samochodów ciężarowych, ponieważ ilość gadżetów, jakie TRZEBA zabrać ze sobą, często nie mieści się w standardowym bagażniku. Kiedy wyjeżdżaliśmy na weekend (2 dni, jedna noc, jakby ktoś nie wiedział) do rodziców, starsza sąsiadka z naprzeciwka, widząc nas uwijających się przy samochodzie z całym podróżnym pierdolnikiem, z troską zapytała „Państwo znowu się przeprowadzacie?”.
Znowu, bo kiedyś w porywie naszych idealistycznych serc zapakowaliśmy cały (!) dobytek i wyprowadziliśmy się ze wszystkim (!!) na 4 dni (!!!), czule pielęgnując w naszych umysłach wizję sielankowego życia w porcie nad rzeką, jak jacyś amisze, gdzie ja codziennie witałabym dzień rytualnym patroszeniem, złowionego przez Mariusza, dorsza, a mój (wtedy jeszcze) narzeczony heroicznie zarzucałby kotwicę, pomagając zbłądzonym statkom znaleźć bezpieczną przystań. Zrezygnowaliśmy, jak tylko okazało się, że przysłowiowe życie amiszów, okazało się być boleśnie prawdziwe. I o ile życie bez ogrzewania bylibyśmy w stanie jakoś przeboleć, o tyle brak wody bieżącej, zdatnej do jakiegokolwiek użytku okazał się być przeszkodą nie do przeskoczenia. Więc, zapakowaliśmy z powrotem nasz dobytek i wróciliśmy do naszego cudownego podpoznańskiego mieszkanka z ogrzewaniem, wodą i innymi  ekskluzywnymi dobrami.

Wracając do tematu, samo łóżeczko turystyczne, wózek i zwykły bagaż zajmują ¾ samochodu, a weź tu jeszcze fotelik do karmienia, bujaczek, zabawki, ulubiony kocyk, pół metrowego Misiaka, podgrzewacze do butelek, zapas mleka, kaszek i kleików. Dorzuć do tego jeszcze całą apteczkę (na wszelki wypadek) i kilkanaście pozycji wydawniczych dla najmłodszych. Siłą rzeczy, zabraknie miejsca dla Ciebie. Dlatego nasz bagaż to mała tytka z biedry wypełniona, zasadniczo, tylko majtkami na zmianę, bo reszta i tak by się nie zmieściła. Dziecko doskonale nauczyło nas jednej ważnej rzeczy- nie potrzebujemy 90% rzeczy, które wydawały nam się niezbędne przed pojawieniem się naszego małego Robaczka. Ubrania na zmianę? Po co? I tak za chwilę, mała łapka wytaplana w bananie odbije się na samym środku koszulki. Kosmetyczka? Żeby młody zlizywał ze mnie warstwy tapety? Perfumy? Jak młody zrzuci bombę, to choćby i najintensywniejsze olejki eteryczne, nie pomogą…


Piątek, piąteczek, piątunio- czyli jedziemy na weekendzik (zdjęcie TU)

A jakie są Wasze doświadczenia z podróży?

 

 

Featured

Internetowe mamy – czyli dajcie mie strzelbę bo nie wytrzymię

Ostatnimi czasy przechodzimy, w sensie ja i Mariusz, poważne zmiany życiowe. Otóż postanowiliśmy zamienić opony zimowe na letnie. I już, już, pewnie, co wierniejsi czytelnicy bloga, podnoszą się z impetem z krzeseł i zakrzykują: „ale jak to? Przecież to już miało następować dawno! Co najmniej od nowego roku!”.
Owszem.
Miało.
I nawet tak się działo… Dzieje.
Co tydzień.
Od poniedziałku do czwartku.

A potem przychodzi weekend…

Bo młodzi rodzice formalnie nie mają weekendów. Bo do maluchów nie bardzo dociera filozofia piątku, piąteczku, piątuniunia. Bo i tak rytm dnia i nocy pozostaje taki sam. Bo na nic nam radość z wolnych dni, bo ich po prostu NIE MA!

Dlatego nasze, mój i Mariusza, sprytne organizmy wraz z nadejściem czwartkowego wieczoru, nagle przestawiają się na tryb weekendowego obżartuszka.
Po czterech dniach heroicznego wysiłku umysłowego, pod tytułem „z czym by zjeść ten topinambur na kolację oraz jak przyrządzić polędwiczki z piersi kurczaka, tak by były jak najbardziej bez kalorii”, wycieńczony głodówką mózg postanawia podjąć ostateczną próbę buntu. Niestety udaną. I tak przez kolejne 3 dni pływamy w oceanie węglowodanów, z radością nacieramy się różnymi olejami (z palmowym na czele), a w przerwach skaczemy po trampolinach sztucznych konserwantów i barwników.

HULU tv snl saturday night live nbc GIF

I przychodzi poniedziałek. Płacz i zgrzytanie zębów, że olaboga, dlaczego ja, ukryta prawda i szpital w jednym.

No.

Także od dzisiaj walczymy i w czwartek uprzejmie prosimy o wyjątkowo mocne trzymanie za nas kciuków, co by nasze postanowienia nie utonęły w hałdach tkanki tłuszczowej, która to ostatnimi czasy szturmem opanowuje okolice moich ud i podbródka.

I ja tak sobie siedzę i gmeram w Internecie, w poszukiwaniach szybkich i tanich sposobów na chudnięcie. Nieoceniony jest oczywiście stary, dobry wujaszek Google, ale ciocia Forum Internetowe bardzo zgrabnie dotrzymuje mu kroku.

Każdy, kto kiedykolwiek korzystał z Internetu wie, że wystarczą nanosekundy, chwila nieuwagi, leciuteńkie zboczenie z kursu myślowego i nagle znajdujemy się w tej części globalnej sieci, w jakiej nigdy znaleźć byśmy się nie chcieli, a nawet nie bardzo chcielibyśmy wiedzieć, że taka część istnieje. W związku z tym, ja na przykład nie bardzo wiem jak z tematu o detoksie organizmu, znalazłam się w tej części forum gdzie ludzie wysyłają zdjęcia różnych części swoich członków z pytaniami, czy ta plamka w okolicy lewego pośladka, to nie jest czasem objaw policystycznych jajników, a pytanie zadane jest przez użytkownika o tajemniczej nazwie „królewicz_rozkoszy69”.

 reaction wtf wut steve harvey dumbfounded GIF

I generalnie wszystko byłoby ok, bo co ja się będę mądrzyła, w końcu, od kiedy tylko istnieje Internet, ludzie szukają tam odpowiedzi na każde możliwe pytanie, łącznie z tymi dotyczącymi kwestii zdrowotnych, ale… No właśnie jest to ale. Bo o ile dorosły człowiek bierze pełną odpowiedzialność za siebie i swoje wybory, o tyle, jak widzę pytania mam, albo też tat, z całą galerią zdjęć pupek, cipuszek, penisków, z całą gamą pytań, czy konsystencja kupki jest prawidłowa, czy wysypka na policzkach jest ok, czy ta ropiejąca rana jest normalna, to natychmiast wpływa na moje usta soczyste KURWA MAĆ!

 fuck frustrated table flip fuck this shit GIF

Ludzie! Co jest z wami?! Czy konsultacja z lekarzem parzy?! Czy to naprawdę taki wielki problem, spiąć poślady i przejść się do pediatry, jak macie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące Waszych dzieci?! Ja rozumiem, że czasami lepiej nie panikować, i owszem nie mam nic przeciwko szukaniu w internecie możliwych diagnoz, ale na litość boską, serio myślicie, że mama, czy tata, czy ktokolwiek tam jest po drugiej stronie kabla, ma większe kompetencje od lekarza, by ocenić, na podstawie zdjęcia kupy Waszego Szkraba, czy wszystko z nim w porządku?! Serio?! SERIO?! NA PODSTAWIE ZDJĘCIA KUPY?!

Quo vadis świecie? Quo vadis??!!

I byłabym hipokrytką jakbym powiedziała, że nie korzystam z takich stron. Należę do chyba każdej możliwej grupy zrzeszającej mamy z różnymi artefaktami macierzyństwa. Fitmamy, Mamy z Warszawy/Poznania/Gdańska/Koszalina/Starej Dziedziny (bo w każdym z tych miejsc gdzieś kiedyś byłam, choćby przejazdem), rozszerzanie diety po 4 miesiącu, rozszerzanie diety po 6 miesiącu (obydwie grupy zwalczają się nawzajem z determinacją godną rolnika zwalczającego stonkę ziemniaczaną), mamy z włosami blond, mamy bez kolczyków, naturalne mamy, plastikowe mamy, mamy alergików, mamy żarłoczków, mamy niejadków i wiele, wiele innych. I zasadniczo uważam, że każda z tych grup ma ogromną wartość merytoryczną i można bardzo wielu rzeczy z nich się dowiedzieć, ale niektórzy mocno przeceniają ich możliwości.

Błagam, zatem! Jak widzicie zbłąkaną duszyczkę w internetowym świecie, wysyłającą zdjęcia części intymnych swojego dziecka, proszę zareagujcie, postarajcie się jej uświadomić, że Internet to nie jest idylliczne miejsce, w którym puchate króliczki, żyją w zgodzie z mądrymi wilczkami. Nie! Tak nie jest! Internet to ciemny las pełen nieprzyjaznych bestii i to, że zdarzają się miłe i pomocne stworzonka, nie znaczy, że zaraz nie trafimy na wilka w owczej skórze, który ze zdjęcia naszego Skarbeńka zrobi bardzo brzydki użytek.

Notka tak ku przestrodze, bo mnie już strzela.