Czytam z dziecka jak z otwartej księgi – o ewolucji języka dzieciowego

Kiedyś.

Kiedy byłam jeszcze młodym i beztroskim dziewczęciem, myślącym, że macierzyństwo to taka wisienka na torcie kobiecości, upiększająca życie samic wiecznym wzruszeniem i adoracją każdego bezzębnego uśmiechu. Myślącym, że dzieci to takie bezobsługowe, hipersłodkie stworzonka, wyprodukowane tylko po to, by je podziwiać i chwalić się nimi przed całym światem. Myślącym, że cokolwiek by się z owych dzieci nie wydobywało, jakimkolwiek otworem ich mikrych ciałek, nie może być przecież takie złe, i że jak ktoś jest tak słodki to przecież wszystko, co z niego wyjdzie też musi być, co najmniej, przyzwoite.

Nie rozumiałam jednego.

baby licking GIF by America's Funniest Home Videos

Nie rozumiałam, jak rodzice takich mikrych człowieków, są w stanie zrozumieć, co te istotki do nich przemawiają. Jak ze zlepku kilku, zdawać by się mogło, przypadkowych sylab, są w stanie rozszyfrować wielokrotnie złożoną prośbę?
Była to dla mnie wiedza tajemna, której, na tamten moment, nie umiałam w  żaden sposób przyswoić.

Do czasu.

Rekiniątko, w ostatnim kwartale, stało się krasomówcą absolutnym. Nadaje non stop. Relacjonuje dosłownie wszystko, co zobaczy, szczególnie (oczywiście) ku skrępowaniu jego rodziców. Bo cóż można więcej powiedzieć, po wyjściu z publicznej toalety w towarzystwie młodego reportera, który parę sekund wcześniej z zaangażowaniem przeprowadzał relację live z tego co działo się wewnątrz kabiny („ooo tata łaaał siusiu oooo koniec uuu papa”)?

Animated GIF

Nie zawsze jednak komunikaty Rekiniątka są tak obrazowe. W większości, posługuje się on językiem własnym, którego logika często wybiega ponad naszą inteligencję.
Co prawda, nauczyliśmy się, po trosze, dekodować jego zawiłe wypowiedzi, ale przy natłoku słów jakie wydobywa z siebie pierworodny, czasami potrzebowalibyśmy protokolanta, który na bieżąco spisywałby wszystkie dźwięki tworzone przez Szarańczę z odpowiednim oznakowaniem akcentów oraz tłumacza przysięgłego, który na szybko relacjonowałby nam komunikaty małego obywatela.

Wspominałam coś o akcencie?

Ma on niebagatelne znaczenie. Kiedy młody Szar wchodził w zawiły świat komunikacji werbalnej miał jeden, dosyć elastyczny wyraz, zmieniający swoje znaczenie w zależności od położonego akcentu.

Baba – teraz babcia, ale kiedyś
Baba – babcia
Babaaa – bajka
Baaaba – papa
Babba – banan

I wtedy, zrozumienie młodego, było całkiem możliwe, a nawet edukujące, zakładając, że kiedyś chcielibyśmy zgłębiać meandry filologii chińskiej, gdzie kwestia akcentu i melodyjności wypowiedzi ma znaczenie kluczowe.


Jednak dziecko, jak to dziecko, dość szybko chłonie płynące z otoczenia słowa, przetwarza je w swojej twarzoczaszce, po czym stosuje według własnego klucza.

I tak, co może znaczyć zdanie:

„Mamo bani nie babuszka nie głono oddaj”?

Nic prostszego. Otóż powyższe zdanie znaczy tyle co: najkochańsza mamusiu, odłóż proszę, tego banana, nie mam na niego ochoty, jak i na jabłuszko, które w swojej łaskawości mi proponujesz, nie pogardzę natomiast kilkoma kulkami winogrona.

Albo:

„Tato mamo tam tań fłuni ako łafa popatrz”

Znaczy: Tatusiu, proszę, podejdź do mamy i poproś ją by wstała byście mogli razem podziwiać moje dzieło pod postacią upchniętego słonika oraz żyrafy do autka lego.

Czy to nie jest logiczne?

I po całym dniu kiedy, dzieciok przy kolejnej próbie uśpienia, jeździ miękką szczotką po ścianie, po czym komentuje sprawę krótkim „czysto”, to ja już wiem, że gdziekolwiek mnie życie nie poprowadzi, zawsze jest szansa, że odnajdę się w nauce jakiegokolwiek języka.

Nawet dzieciowego.

Rzecz o człowieczeństwie, szczepionkach, nocnikowaniu – czyli z życia wzięte

Ktokolwiek twierdzi, że przy dziecku, omijają go wszelkie przyjemności życia – podróże, kultura, rozrywka, ten jeszcze nie wie, jak bardzo jest w błędzie.

Ktokolwiek uważa, że przy dziecku, na jego ścieżce samorozwoju pojawia się  rozsypane ziarno i stado strajkujących rolników, ten jeszcze nie wie, że bardziej mylić się nie może.

Ktokolwiek mówi, że wraz z wkroczeniem w elitarne grono rodziców, gubimy gdzieś login i hasło do świata normalnego myślenia, ten jeszcze nie wie… że w sumie to ma rację

damn right walter white GIF by Breaking Bad

Ale do brzegu. Ja na przykład, od kiedy pierworodny poszedł do żłobka, nie stałam w miejscu, o nie, ja obeszłam cały atlas chorób dziecięcych wzdłuż i wszerz. Zaczęło się od niewinnej wycieczki w głąb Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli choroby bostońskiej…. A potem to już poszło po pełnej petardzie. Wszelkie odmiany kataru – koloryt, konsystencja, zapach czy kleistość – umiem rozpoznać i zakwalifikować do odpowiedniej jednostki chorobowej na momencie. Kaszel – suchy, mokry, oskrzelowy czy krtaniowy – no problemo, znam ludzi, którzy znają ludzi, którzy znają leki, które temu zaradzą. Swędzi oczko – jako doświadczony rodzic, wiem dokładnie jak w wyszukiwarce, ukochanego doktora rodziców – doktora Googla – odsiać ziarna od plew i odpowiednio zdiagnozować u dziecka alergię. Jestem jak pies myśliwski, który za pomocą jednego ruchu nozdrzy, wyczuwa skitraną w niewielkim ciałku, chorobę i reaguję na momencie. Lekarze? Potrafią wyrecytować pesel mojego dziecka z pamięci, a dziecko wchodzi do ich gabinetów, jak do swojego miejsca pracy, pozdrawiając ich nonszalancko uniesioną rączką i hasłem „sześć”, po czym, nie bawiąc się w konwenanse, siada po drugiej stronie biurka i bez zbędnych pytań, częstuje się cukierkiem. Także w dziedzinie opieki zdrowotnej i wszelkich aspektów działania Narodowego Funduszu Zdrowia mogłabym, powoli robić specjalizację.

like a boss wave GIF by Red Bull

Jeżeli zaś chodzi o kwestie normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, to rzeczywiście ostatnimi czasy niepokojąco często nachodzi mnie myśl, że coś tutaj mogło pójść nie tak jak powinno. Złapałam się na tym ostatnio, przy intensywnym procesie nauczania Rekiniątka korzystania z nocnika. Poniesiona falą totalnej euforii, po udanej próbie posadzenia pierworodnego na nocniku, kiedy to, mówiąc metaforycznie, jedyneczka gładko wpłynęła do portu, obfotografowałam, z każdej strony, owo dzieło okraszając wiadomość multimedialną ckliwym opisem, że zobacz, co owoc naszej miłości dzisiaj zrobił, i już już miałam klikać paluszkiem opcję „wyślij do mąż”, kiedy przez moją głowę przemknął taki dawno niewidziany błysk, który daje nadzieję, że być może jeszcze kiedyś uda mi się porozmawiać z kimkolwiek na inny temat niż wady i zalety metody montessori, że… hej, halo Szarasiu, zawróć. To chyba pułapka. Jak chcesz wysyłać mężowi mmsa, który ma wywołać w nim poruszenie i chęć szybszego powrotu z pracy, to są chyba lepsze treści niż zdjęcia moczu waszego dziecka… niezależnie czy ciecz ta znalazła ujście w pieluszce, nocniku czy podłodze… Serio.
I zastanawia się człowiek, w takim momencie, że jak to się stało, kiedy, w którym momencie swojego jestestwa w branży rodzicielskiej, zatraciłam swoje człowieczeństwo? Człowieczeństwo, w sensie bycia człowiekiem zdolnym do jakiejkolwiek formy współegzystowania z innymi człowiekami w jednej przestrzeni, bez oceniania, bez nachalnego wpajania im zalet posiadania osobistych kopii awaryjnych w postaci małych człowieków, bez wywrzaskiwania po prawo i lewo o relacji bliskości, jako jedynej słusznej drodze wychowania, czy też bez męczeńskiego wojowania o wolność karmiących cycków i absolutny zakaz wprowadzania w małe istoty zabójczych szczepionek.

W akcie desperacji, postanowiliśmy, jako jednostki dorosłe i odpowiedzialne, poczynić pewne kroki, które będą w stanie usprawiedliwić nas i naszą monotematyczność, w otaczającym nas społeczeństwie. Droga była jedna.

Skoro już i tak będą mówić, że jesteśmy dziwni, dajmy im niezaprzeczalny powód. Zostańmy weganami!

vegan GIF

Tak. Znaczy to, że mogą tu się pojawiać treści nieodpowiednie dla zadeklarowanych mięsożerców 😊, ale nie żeby od razu robić  z siebie blogerkę kulinarną, bo na to jestem zbyt leniwą bułą. Także proszę się nie dziwić, jak nagle na blogu pojawią się przepisy na wegańskie burgery z komosy ryżowej i fasoli na delikatnej pierzynce z batatów, albo przydługa dywagacja na temat wyższości diety roślinnej nad dietą mięsną. Nie no żart. Będą różne treści, bez indoktrynacji 😉.

Ps. Kolejnym krokiem, idąc tokiem naszego myślenia, będą najpewniej studia prawnicze.

 

Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg

Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉