Dlaczego nie słucham ekspertów?

Kiedy Twoje zatoki rozpalają się do czerwoności, przypominając Tobie, w małym pierwiastku, o piekle jakie mogłaś przechodzić w trakcie porodu – stajesz się osobą szalenie produktywną. Ot taka ja. Trawiona wewnętrznym bólem, postanowiłam oderwać swoje myśli od cierpień, mimo że, jako Polka uwielbiam skupiać się na swoim nieszczęściu.
No bo ile można ględzić o tym, że boli?
Boli i ma boleć. Jak się bagatelizuje delikatne oznaki infekcji, która przeradza się w krótkim czasie w ziejący złem wulkan wewnątrz Twojej głowy, to musi boleć.
Stąd moja decyzja o kolejnej notce. Rozkręcam się, nie?

inspired i love me GIF by Collider

Ok, a dzisiaj podyskutujemy o pewnym zjawisku, które sprawia, że człowiekowi, któremu się chciało zdobywać szczyty, przenosić kontynenty, zawracać biegi rzek, czy oduczać dziecko grzebania w pępku, nagle wszystkiego się odechciewa.

Żyjemy w ciekawych czasach. Internet, który miał być źródłem rzetelnej wiedzy, pomocą naukową, wylęgarnią pomysłów i narzędziem gotowym nieść pomoc w każdej sytuacji, stał się jednym wielkim śmietnikiem, pełnym fakenewsów, propagandy i samozwańczych specjalistów. Nie żeby przed dobą globalnej sieci takich zjawisk nie było, ale teraz osiąga to jakieś niewyobrażalne rozmiary. Wystarczy wpisać jakiekolwiek hasło w wyszukiwarce by zrobić doktorat w dziedzinie medycyny, farmakologii, fizjoterapii i chemii stosowanej i to z jednego wyniku wyszukiwania. Bo akurat trafiliśmy na forum internetowe, gdzie pierwotnym pytaniem było „czy ktoś dodaje dziecku kaszkę do mleka na noc i czy takie dziecko lepiej przesypia noce”. Mój Boże. Ile to się człowiek z takiego tematu może dowiedzieć, to tylko ja i milion użytkowniczek samosi możemy sobie wyobrażać. Że kaszka to zło bo posiada cukier. Że jak to mleko na noc u 1,5 rocznego dziecka, toż to już dawno nie powinno pić mleka na noc. Że jak to mleko modyfikowane u dziecka, przecież tylko pierś jest w stanie zapewnić mu studia na Harvardzie. Że jakie picie na noc w ogóle, dziecko będzie pobudzone i będzie aktywne całą noc. Że mnie to chyba w szafie chowali, bo jak ja mogę mówić, że można dodawać dziecku (!) kaszkę (!) do mleka (!), że policja już do mnie jedzie i że odbiorą mi męża, dziecko i wszystkie formy życia z kuchennego odpływu. No, ale nic, fora internetowe rządzą się swoimi prawami, są tam moderatorzy, którzy przynajmniej z założenia, dbają o poprawne stosunki między dyskutującymi.

penguin slapping GIF

Kiedy w telewizji trwa od kilku dni jakaś gorąca dyskusja na temat dosyć wyspecjalizowanej dziedziny życia, w internetach, nagle z ukrycia wychodzą eksperci w absolutnie każdym temacie m.in. himalaizmu, etyki, polityki, gospodarki, służby zdrowia, prokreacji, aborcji, antykoncepcji i zdrowego trybu życia, a te wszystkie specjalizacje, przeważnie kryją się w jednej tylko osobie. Ostatnio dowiedziałam się, że jestem starą kwoką oraz zostałam pozdrowiona czułymi życzeniami zdychania w trakcie porodu bez nikogo przy mojej duszy, kiedy napisałam, że nie rozumiem afery z tatą niewpuszczonym na oddział położniczy po godzinach odwiedzin. Notabene nadal nie rozumiem.

W swoich planach prowadzenia lepszego, zdrowszego życia, postanowiłam wykorzystać kulistą formę mojego ciała do przemieszczania się w terenie, w szybszym tempie – postanowiłam zacząć biegać.
Ok.
Bieganie to może nazbyt duże słowo. Powiedzmy, że tuptam sobie w tempie odrobinę szybszym niż wolny spacer osoby, o przeciętnie długich nogach. No ale liczy się fakt. A że przy jakiejkolwiek formie aktywności fizycznej wolę mieć jakiś cel i wytłumaczenie dla tego absurdu jaki sama sobie czynię, postanowiłam przygotowywać się do biegu na 10 km.

super bowl GIF

Tym sposobem przeglądałam całkiem spore ilości stron, blogów, artykułów dedykowanych biegaczom i przygotowaniu do biegu na średnim dystansie. Pod jednym artykułem ktoś zapytał, czy jest szansa, żeby zmieścił się w czasie 1:20 w biegu na 10 km, w sytuacji gdy jest kompletnym amatorem i fizycznie nie daje rady biec szybciej. Odpowiedzi były, że owszem jest to możliwe tylko po co. Z takim czasem to nie ma sensu wyrzucać pieniędzy na pakiet startowy, że w takich biegach to się bierze udział dla wyniku, a nie dla idei.
No i cóż ja, człowiek od zawsze gardzący bieganiem miałam sobie pomyśleć? Oczywiście, że warto brnąć w kierunku totalnej kompromitacji mojej osoby. Nie żebym nigdy wcześniej w te kierunki nie zmierzała.
W każdym razie słowo się rzekło i pakiet startowy został kupiony, a ja, wbrew całej mojej prokrastynatorskiej naturze, regularnie trenowałam, zwiększając co tydzień dystans. I już, już nadeszła wiekopomna chwila. Szarasia miała stanąć na starcie i z triumfalnym uśmiechem na ustach przetoczyć się przez miasto na dystansie ćwierćmaratońskim i… głowa wybuchła. Przez zatoki Szarasi przetoczyła się fala uderzeniowa, niosąc ze sobą zniszczenie i cierpienia postronnych. W sensie – zapalenie zatok. Ostatecznie mogłam tylko się pocieszyć odebraniem pakietu startowego i chwilowym kibicowaniem uczestnikom biegu. I kiedy już się miałam zbierać do powrotu, myśląc że wszyscy już przebiegli, na horyzoncie pojawiła się ona! Starsza pani, biegaczka, w wieku około 80 lat, powolutku przebierająca nóżkami, ale z pełnym uśmiechem na ustach. Zamykała cały ten wyścig i całym swoim jestestwem epatowała hasłem „niech się w dupę hakną wszyscy internetowi specjaliści w dziedzinie kultury fizycznej, którzy to biorą udział w biegach tylko dla wyniku!”. Bo tutaj efekt był o wiele większy niż przebiegnięcie tego dystansu w 30 minut. Starsza pani zrobiła wrażenie na wszystkich bez wyjątku, natomiast, mimo swojego zainteresowania tematem, o zwycięzcy nie wiem nic, prócz tego, że był mężczyzną.

I dlatego nie ufam ekspertom. Szczególnie tym internetowym.

Jednak jest coś w powiedzeniu, że jak się czegoś nie da zrobić w korporacji, to trzeba dać to stażyście, który o tym nie wie – będzie chciał się wykazać. I z takim podejściem do życia należałoby się zabierać do realizacji każdego celu 😊.

Czas zatem na trening!

Do boju! 😊

Reklamy

Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉