Jak uśpić rekina – czyli mini poradnik o zasypianiu

Wiem, że mój blog zmienił życie nie jednej osoby, ale nie pomyślałabym, że jestem aż tak wpływową postacią w świecie blogerów światopoglądowych. Ja piszę o poważnej potrzebie zmian w swoim życiu, a tu Brytyjczycy biorą to do swoich arystokratycznych serduszek i organizują sobie Brexit, Amerykanie wybierają na prezydenta pomarańczowego Donalda Trumpa, a moje osobiste dziecko postanowiło przestać spać w nocy.

Siłą rzeczy i ja musiałam przystosować się do nowych porządków ustalanych przez pierworodnego.

Ale ale…

Mimo, że jestem osobą raczej uległą i dosyć elastyczną, to nie dam sobie odebrać dwóch jakże wspaniałych czynności w moim życiu: jedzenia i snu.

Obydwie kwestie, wraz z pojawieniem się Tomka, musiały zostać w dużym stopniu okrojone (pierwsze z mojej inicjatywy, drugie już nie ;(), ale walczę jak wygłodniała lwica, o kawałek jędrnej antylopy, aby jednak zachować jakąś równowagę w życiu.

W związku z powyższym musiałam opracować kilka metod usypiania potomka, a jako że jestem superwspaniałomyślna, postanowiłam podzielić się moimi sposobami z całym światem. Tym sposobem żadna mama na Ziemi nie będzie musiała borykać się już z problemem nieprzespanych nocy, wszyscy tatusiowe będą z zadowoleniem patrzeć na swoje wyspane, świeże i urocze partnerki, dzieci z całego globu będą rosły zdrowo i szczęśliwie, a dookoła latać będą bajeczne słowiki, śpiewając pochwalne pieśni na moją cześć .

Nie ma za co. To drobiazg.

Także przejdźmy do rzeczy.

Sposób I: Żarełko

Tomek po urodzeniu okazał się być małym klonem swojego taty. Absolutnie WSZYSTKO na jego mikrociałku można było odnotować, w większej wersji, na moim lubym. Nie było NIC, co mogłabym uznać za „swoje”. Oczy, uszy, usta, miny, gesty a nawet paluszki na małych stópkach – Mariusz w wersji kieszonkowej. Czułam lekką frustrację po 9 miesiącach ciąży, 7 godzinach porodu oraz wielu nieprzespanych godzinach na karmieniu i lulaniu, że to małe słodkie stworzenie wizualnie nie za bardzo się ze mną identyfikuje.
I, w końcu, odkryłam, że Tomek, ma coś po mnie – kocha jeść w równie dużym, o ile nie większym, stopniu co jego mamusia. Wystarczy, że gdzieś, przez nanosekundę, synek znajdzie się w okolicy (nawet nie bezpośredniej) mojej piersi, od razu jego źrenice kurczą się do rozmiaru główki od szpilki, w kącikach ust pojawiają się pierwsze krople śliny, a z buzi wydobywa się okrzyk bojowy nawołujący do ataku.

Jak tylko dopadnie swojej ofiary, od razu zmienia się nie do poznania – jest łagodny jak baranek, przytulaśny i generalnie najkochańszy mały rekinek na świecie.
Kiedy zestawiam karmienie z wyciszeniem, szumem i delikatnym światłem, sukces mamy prawie murowany.

Czasami niestety jednak to nie działa. Wtedy wchodzą pozostałe metody.

Sposób II: Kołysanki

W sytuacji gdy popyt przerasta podaż, trzeba szukać szybkich rozwiązań. I spokojne, powtarzalne zwrotki kołysanek powinny działać kojąco.

I pewnie działają.

Tylko nie na naszego pierworodnego. Dlaczego zatem uznałam to za skuteczny sposób?

Zawsze kiedy nie działa sposób pierwszy, przechodzę do wałkowania „Na Wojtusia z popielnika”. Śpiewam to w kółko, przez 30 minut do 2 godzin. Po drodze napotykam kolejno:
– spokój
– rozbudzenie
– zaciekawienie
– zaczepianie (poprzez plucie)
– zniecierpliwienie
– rozpacz
– dziką rozpacz
– czarną rozpacz
– pełne wyrzutu piski
– rozpacz
– uspokojenie
– marudzenie
– sen

I cokolwiek by się nie działo, ja dalej spokojnie piłuję Wojtusia. Po takiej walce pierworodny przeważnie śpi już do samego rana.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak, zdarzają się noce kiedy sposób drugi nie przynosi efektu. Wtedy przechodzę do kolejnego półsposobu.
Pół, bo rzadko się zdarza, że wtedy Tomek zasypia, ale jest dobrym podłożem pod kolejną metodę.

(Pół)Sposób III: Zmęczenie przeciwnika

Tutaj pozwalam sobie na absolutny spontan. Robię to co mi przyjdzie do głowy. Tańczymy, bawimy się, wygłupiamy, przedrzeźniamy, rozmawiamy (po swojemu), ćwiczymy… Cokolwiek! Byle mały się zmęczył.

Przeważnie mała krewetka doskonale się bawi przez jakieś 5 minut, po czym zaczyna płynnie przechodzić do dzikiej rozpaczy. Wtedy mam dwa wyjścia, albo wrócić do sposobu nr I (na tyle na ile pozwalają mi możliwości przerobowe moich piersi), albo przejść do sposobu odkrytego przez mojego męża.

Sposób IV: Leżące rodeo na kolanach

Absolutna bomba w usypianiu. Kiedy pierworodny jest już zmęczony, ale jego buntownicza natura nie pozwala mu na coś tak nudnego jak sen, mój mąż podąża z odsieczą.

Kładzie rekiniątko na swoich kolanach, główką do dołu i zaczyna delikatnie podrygiwać.

Uwierzcie mi, to jest absolutna petarda!

Działa niemal w każdej sytuacji. Dziecko zasypia w mniej niż 5 minut. I jedyne co trzeba później zrobić to, przenieść młodzież do łóżeczka, a następnie wytrzeć kałużę śliny z miejsca, nad którym wisiała przed chwilą główka.

Mariusz jest tak zachwycony swoim odkryciem, że postanowił w przyszłości napisać o swojej autorskiej metodzie książkę. Najpierw jednak chce przetestować ją na reszcie naszego przyszłego narybku.

W każdym razie ja już polecam – Szarasia.

Poniżej sposób IV w praktyce:
20161021_193136

Jak widać – działa.

Reklamy