Deska do krojenia – czyli dlaczego nie hejtuję Ani Lewandowskiej

Powracam!

Chwilę mnie nie było, ale moja nieobecność miała solidne usprawiedliwienie.

Otóż cały zeszły tydzień upłynął nam pod znakiem maratonu urodzinowego Rekiniątka, które to właśnie skończyło roczek!. Zaplanowane mieliśmy trzy spotkania celebrujące to ważne wydarzenie w życiu całej naszej rodziny, w związku z czym moje zdolności logistyczno-organizacyjne wystawione były na poważną próbę. Szczególnie, że w tak zwanym międzyczasie, górale orali nam balkony, bo wspólnotowo cały pion postanowił remontować. I fajnie, będziemy mieli piękne balkony, nie będziemy ryzykować, że przy jednej osobie więcej na tarasie, możemy przez przypadek zorganizować sobie mieszkanie dwupoziomowe, będziemy mogli urządzać beach party w pianie na dworze… tylko czemu teraz?! Czemu orzecie mi balkon w momencie, kiedy ja po raz pierwszy w życiu robię torta?! Dlaczego ja?! Dlaczego nie w grudniu?! Naprawdę tego nie rozumiem.

W każdym razie żyć trzeba i krem do tortu tweż się sam nie ukręci, także działamy!

Dodatkowo calusieńki przedostatni tydzień pochłonięta byłam światem finansów, a dokładniej księgowości, ponieważ na stare lata postanowiłam dokonać cudu i wyrobić sobie papiery na księgową. Rozumiecie? Ja Szarasia, której pani od matematyki tłumaczyła zawiłości liczbowe na przykładach bardziej zoologicznych (bo pół osiołka plus 1 osiołek, nie daje 2 osiołków!) postanowiłam zostać księgową. Co więcej, na egzaminie zawodowym zdobyłam MAKSYMALNĄ ilość punktów, rozwiązując zadania BEZBŁĘDNIE, zdobywając ocenę CELUJĄCĄ.
Nie żebym się chwaliła.

I w tym wszystkim musiałam też pozostać na bieżąco ze sprawami najwyższej wagi w świecie matek polek. Także, jakby ktoś nie wiedział, to świat ten jest szalenie elitarnym klubem, do którego zapisać się można tylko wtedy, kiedy pozjada się wszelkie rozumy w kwestii szczepionek, karmienia piersią, porodów naturalnych oraz powrotu do formy po ciąży. I, na przykład, ostatnio w świecie mamusiek miało miejsce kilka rewolucyjnych kwestii, które totalnie poprzewracały ład i porządek panujący w naszym mamowym grajdołku. Między innymi, wprowadzenie ABSOLUTNEGO ZAKAZU przykrywania wózka pieluchą, informacja o MORDERCZYM oleju kokosowym, karygodnej wypowiedzi jakiejś NIEDOUCZONEJ doktórki o rozszerzaniu diety, o zgrozo, od 4. miesiąca życia oraz, oczywiście, doniesieniom o brzuchu Ani Lewandowskiej, który zdążył już osiągnąć poziom, którego nigdy nie osiągną nawet deski w mojej kuchni, nie mówiąc już, o czymkolwiek należącym do mojej zacnej osoby . I lawina ruszyła…

Że łejery, promowanie zasuszonych modelek, że to niezdrowe, że dajmy tym biednym, uciemiężonym matkom dojść do siebie, że kim ta Lewandowska jest, że wjechała na plecach swojego sławnego męża do biznesu i nagle bach, robimy interesy na wszystkim co z dziećmi związane. Z drugiej strony obrońcy, że hola hola, Ania jest przecież mistrzynią, że promuje zdrowy tryb życia, że te maciory obleśne, co to nic z sobą nie robią, to najlepiej jakby zdechły (autentyczny cytat), że trzeba być fit fit fit…

I co ja, Szarasia, kobieta kształtna, której najbliżej, tą kształtnością, jest do perfekcyjnej kuli, mam do powiedzenia w tym temacie?

Zasadniczo to nic.

No bo, wiadomo. Ja próby czyniłam. Ceregiele z tą wariatką Mel B odwalałam (ci co są ciekawi, dlaczego od czasu do czasu, nie patrzę w lewą stronę, mogą przeczytać o przyczynach TUTAJ). Dietuję się w sumie non stop. Wprowadzam dzikie zasady fit jedzonka w domu. Rezygnujemy w dużym stopniu z jedzenia mięska na co dzień. Tak, my Szarki, w tygodniu prawie nie jemy mięsa. My, którzy potrafiliśmy jeść białko pochodzenia zwierzęcego, o każdej porze dnia i nocy, na śniadanie, obiad, kolację i na deser też, a dziecku, do zabawy, dawaliśmy gicz cielęcą. Teraz w tygodniu jesteśmy wege. Także, ja generalnie staram się, chociażby w diecie, być na czasie. Z ruchem bywa różnie, bo moje ciało, po prostu, odmawia jakiegokolwiek posłuszeństwa i jak tylko wykonam, choćby najmniejszy, nanoruch, który kwalifikuje się pod wysiłek fizyczny, od razu łapię kontuzję. Serio.

20170306_141935

Rekiniątko przestawia się z giczy cielęcej na zabawki wege

Nie mam jednak nic do samej Ani Lewandowskiej, której organizm przyzwyczajony jest do wysiłku, możliwości jej ciała zaraz po wydaniu na świat córeczki, pozwalają jej na ćwiczenia, czyli coś z czego żyje, i z czego zrobiła swoją markę. Nie rozumiem tej nagonki na nią, ale nie rozumiem też nagonki na resztę niefit społeczeństwa.

Ciało kobiety po ciąży zmienia się diametralnie. Wierzcie mi. Ja tam prawie zawsze na większe wyjścia zakładałam hula hop i przeważnie pasowało, także może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tym temacie, ale jako że jestem blogerką parentingową, to mogę.
Nie znam kobiety, która po ciąży byłaby w 100% zadowolona ze swojego ciała. Nawet jak na jej ciele nie uświadczymy nawet mikrograma tłuszczu, to tutaj luźna skóra, tu cellulit, tu znowu rozstępy, a tam pociążowa lawina wypadających włosów. I trzeba się z tym pogodzić, że Anią Lewandowską to my nie jesteśmy, że deska do krojenia warzyw pozostanie w kuchni i nie pojawi się nagle, magicznym sposobem, pod naszym biustem. Wszystko trzeba wypracować, i na wszystko potrzeba odpowiedniego czasu. Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, by zaraz po wydaniu na świat latorośli, truchtać prosto na siłownię, rób to, ale nie zapomnij że medialny hype na ciało modelki fitness, to tylko odpowiednie ciało do obróbki przez całą armię grafików komputerowych. Pamiętaj o tym, że powrót do formy to proces, a nie jednodniowa akcja. Najlepiej w tej kwestii skonsultować się ze specjalistami, a nie z internetowymi trollami, które żywią się nienawiścią do wszystkiego co niemedialne i co medialne zresztą też.
Nie masz natomiast ciśnienia na bycie fit? Ok, tylko pamiętaj, że zdrowie masz tylko jedno. Maluch będzie coraz bardziej ruchliwy, coraz bardziej wymagający i uwierz mi, zorganizuje Tobie, nie raz, maraton fitness, po którym nie będziesz wiedziała, że pewne partie mięśni w ogóle istnieją. Dlatego dobrze jest, zawczasu, wypracować formę, co by nadążyć za małymi tuptami 😉.

20161001_142640

Dowód na to, że próby czyniłam

Zostawiam Was z tą kwestią, a sama wracam do ubijania śmietany, bo my Słowianki wiemy jak… nananananana…. 😉

Macierzyństwo – oczekiwania a rzeczywistość

W końcu wiosna!

Wymieniamy rajstopki na skarpetki. Czyli teraz oprócz ciągłego chronienia potomka przed popełnianiem typowych błędów dzieciństwa, jak wkładanie języka do kontaktu, biegam za Rekiniątkiem i naciągam mu skarpety, które po 30 sekundach od nałożenia, w towarzystwie triumfalnych okrzyków radości, lądują 3 metry dalej.

I tak się zastanawiam… Czy to tak miało wyglądać?

Myślałam, że błąd obliczeniowy, dotyczący oczekiwań, jak coś ma wyglądać, został daleko za nami – na Sali porodowej (Klik), czyli, że nie było radośnie merdających jamniczymi ogonkami szczeniaczków oraz rozmów na poziomie o rozwoju kultury wysokiej w okresie międzywojennym, przy jednoczesnym uczestniczeniu w bajkowym Cudzie Narodzin. Była natomiast próba ucieczki ze szpitala, oceany łez oraz przysięganie, że następnym razem tylko cesarka.

Cóż… Każdy się może delikatnie pomylić.

 jennifer lawrence oops yikes mistake uh oh GIF

Jednak, kiedy byłam młodą, pląsającą po beztroskim życiu sarenką, wyobrażałam sobie macierzyństwo, jako mistyczne doświadczenie, gdzie dziecko jest wiecznie rozkoszne, nie ma humorków, codziennie uczy się nowych rzeczy, ja przykładam najwyższą uwagę do jego rozwoju, dostarczam mu tylko intelektualnych rozrywek, tak by jego komórki nerwowe były wiecznie stymulowane w kierunku superzrównoważonego rozwoju. Jak maleństwo płacze, to zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu, codziennie jest stylowo ubrane i otoczone hipertrendywypasionymi gadżetami. W tej wizji macierzyństwa ja malowałam siebie, jako elegancką, uśmiechniętą, bardzo cierpliwą supersexy mamę, która już w 2 tygodnie po porodzie wróci do wagi sprzed 4 lat.

Nie żeby coś, ale chyba nie wszystko pyknęło. Bo dziecko ma humorki, czasem płacze bez jakiegokolwiek powodu (ot powód prosto sprzed 2 minut – Tomek wpadł w szał dzikiej rozpaczy po tym, jak magnes lodówkowy nie chciał przyczepić się do drewnianej łyżki, a do nogi od taboretu, już owszem), ulubiona zabawa to gryzienie butów, albo lizanie okna, ubranka są wiecznie poplamione, bo hektolitry śliny płyną rwącymi strumieniami po całym mieszkaniu, a najbardziej funkcjonalnym gadżetem jest karton po jakimś wypasionym, dziecięcym sprzęcie (który oczywiście nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu). Ja, jako mama, staram się jak mogę, ale to wracanie do formy to nie jest wcale taka bułeczka z masełkiem (mmmmm…. Węglowodany…  Tłuszcze… stop! Szarasiu, nie daj się ponosić emocjom!!!  mniam…), bo jak tu ćwiczyć, kiedy Maluch widząc matę do ćwiczeń i mamę na niej, zaczyna toczyć się po całej długości tej drugiej albo wyrywać włosy, bo w końcu jak już się nadarza odpowiednia okazja, to czemu nie? Albo, jak trzymać się diety, kiedy co chwilę jest jakaś okazja do podjadania (bo urodziny, bo święta, bo goście, bo wtorek)?  Ja się pytam jak? No jak? Nie da rady!

 funny baby window licking GIFTak to mniej więcej wygląda 🙂

Ale czy to, że coś nie idzie zgodnie z moimi wyobrażeniami, sprawia, że jest gorzej?

Na przykładzie chociażby porodu, który był raczej traumatycznym (na tamte chwile) przeżyciem (szczególnie dla mojego Męża, który musiał trzymać fason, w przeciwieństwie do swojej żony, która zachowywała się jak amatorska wersja filmu „Egzorcysta”), uważam, że nie. Bo nie wykluczam, a wręcz nastawiam się na poród naturalny przy kolejnych Rekiniątkach (po przeczytaniu tych słów, prawdopodobnie w Mariuszu toczy się zażarta walka między zgrozą a rozpaczą).
I tak samo jest z macierzyństwem, bo co mi po tym, że moje dziecko będzie jak z najpiękniejszego zdjęcia na instagramie otoczone pastelowymi kolorami, ubrane w ciuszki droższe niż cała garderoba rodziców razem wzięta? Co mi po otoczeniu pełnym edukacyjnych, naturalnych, ekologicznych, politycznie poprawnych przedmiotów? Czy moje dziecko, albo ja będziemy dzięki temu szczęśliwsi?

 parks and recreation beautiful scary makeup april ludgate GIFTak było. True story.

Jestem wdzięczna za to, co mam, za to, że Tomek pokazuje cały wachlarz emocji, za to, że często muszę ruszyć głową, żeby zrozumieć, o co mu chodzi, że mam wieczny bałagan w domu, bo pisklę nauczyło się otwierać wszystkie nadające się do otwierania meble w domu i z szewską pasją reorganizuje nam przestrzeń.
Jestem wdzięczna za naukę płynącą z macierzyństwa, bo nigdy, w żadnej innej sytuacji nie nauczyłabym się tak kreatywnego myślenia, nie potrafiłabym tak bez niczego zebrać się w sobie i pomyśleć nad tym, jaki przykład daję swojemu dziecku, nie podchodziłabym aż tak refleksyjnie do wszystkiego, co robię, nie pracowałabym nad swoją organizacją aż tak bardzo. Przede wszystkim nie myślałabym o wielu konsekwencjach różnych działań.

Macierzyństwo zmienia kobietę diametralnie i mimo, że czasem mam wrażenie, że mamusieję, to wiem, że jest to okres przejściowy, który pozwoli mi być coraz lepszym człowiekiem w przyszłości. Także oczekiwania a rzeczywistość to są dwie różne bajki, ale z tym samym Happy Endem :).