O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!

Macierzyństwo – oczekiwania a rzeczywistość

W końcu wiosna!

Wymieniamy rajstopki na skarpetki. Czyli teraz oprócz ciągłego chronienia potomka przed popełnianiem typowych błędów dzieciństwa, jak wkładanie języka do kontaktu, biegam za Rekiniątkiem i naciągam mu skarpety, które po 30 sekundach od nałożenia, w towarzystwie triumfalnych okrzyków radości, lądują 3 metry dalej.

I tak się zastanawiam… Czy to tak miało wyglądać?

Myślałam, że błąd obliczeniowy, dotyczący oczekiwań, jak coś ma wyglądać, został daleko za nami – na Sali porodowej (Klik), czyli, że nie było radośnie merdających jamniczymi ogonkami szczeniaczków oraz rozmów na poziomie o rozwoju kultury wysokiej w okresie międzywojennym, przy jednoczesnym uczestniczeniu w bajkowym Cudzie Narodzin. Była natomiast próba ucieczki ze szpitala, oceany łez oraz przysięganie, że następnym razem tylko cesarka.

Cóż… Każdy się może delikatnie pomylić.

 jennifer lawrence oops yikes mistake uh oh GIF

Jednak, kiedy byłam młodą, pląsającą po beztroskim życiu sarenką, wyobrażałam sobie macierzyństwo, jako mistyczne doświadczenie, gdzie dziecko jest wiecznie rozkoszne, nie ma humorków, codziennie uczy się nowych rzeczy, ja przykładam najwyższą uwagę do jego rozwoju, dostarczam mu tylko intelektualnych rozrywek, tak by jego komórki nerwowe były wiecznie stymulowane w kierunku superzrównoważonego rozwoju. Jak maleństwo płacze, to zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu, codziennie jest stylowo ubrane i otoczone hipertrendywypasionymi gadżetami. W tej wizji macierzyństwa ja malowałam siebie, jako elegancką, uśmiechniętą, bardzo cierpliwą supersexy mamę, która już w 2 tygodnie po porodzie wróci do wagi sprzed 4 lat.

Nie żeby coś, ale chyba nie wszystko pyknęło. Bo dziecko ma humorki, czasem płacze bez jakiegokolwiek powodu (ot powód prosto sprzed 2 minut – Tomek wpadł w szał dzikiej rozpaczy po tym, jak magnes lodówkowy nie chciał przyczepić się do drewnianej łyżki, a do nogi od taboretu, już owszem), ulubiona zabawa to gryzienie butów, albo lizanie okna, ubranka są wiecznie poplamione, bo hektolitry śliny płyną rwącymi strumieniami po całym mieszkaniu, a najbardziej funkcjonalnym gadżetem jest karton po jakimś wypasionym, dziecięcym sprzęcie (który oczywiście nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu). Ja, jako mama, staram się jak mogę, ale to wracanie do formy to nie jest wcale taka bułeczka z masełkiem (mmmmm…. Węglowodany…  Tłuszcze… stop! Szarasiu, nie daj się ponosić emocjom!!!  mniam…), bo jak tu ćwiczyć, kiedy Maluch widząc matę do ćwiczeń i mamę na niej, zaczyna toczyć się po całej długości tej drugiej albo wyrywać włosy, bo w końcu jak już się nadarza odpowiednia okazja, to czemu nie? Albo, jak trzymać się diety, kiedy co chwilę jest jakaś okazja do podjadania (bo urodziny, bo święta, bo goście, bo wtorek)?  Ja się pytam jak? No jak? Nie da rady!

 funny baby window licking GIFTak to mniej więcej wygląda 🙂

Ale czy to, że coś nie idzie zgodnie z moimi wyobrażeniami, sprawia, że jest gorzej?

Na przykładzie chociażby porodu, który był raczej traumatycznym (na tamte chwile) przeżyciem (szczególnie dla mojego Męża, który musiał trzymać fason, w przeciwieństwie do swojej żony, która zachowywała się jak amatorska wersja filmu „Egzorcysta”), uważam, że nie. Bo nie wykluczam, a wręcz nastawiam się na poród naturalny przy kolejnych Rekiniątkach (po przeczytaniu tych słów, prawdopodobnie w Mariuszu toczy się zażarta walka między zgrozą a rozpaczą).
I tak samo jest z macierzyństwem, bo co mi po tym, że moje dziecko będzie jak z najpiękniejszego zdjęcia na instagramie otoczone pastelowymi kolorami, ubrane w ciuszki droższe niż cała garderoba rodziców razem wzięta? Co mi po otoczeniu pełnym edukacyjnych, naturalnych, ekologicznych, politycznie poprawnych przedmiotów? Czy moje dziecko, albo ja będziemy dzięki temu szczęśliwsi?

 parks and recreation beautiful scary makeup april ludgate GIFTak było. True story.

Jestem wdzięczna za to, co mam, za to, że Tomek pokazuje cały wachlarz emocji, za to, że często muszę ruszyć głową, żeby zrozumieć, o co mu chodzi, że mam wieczny bałagan w domu, bo pisklę nauczyło się otwierać wszystkie nadające się do otwierania meble w domu i z szewską pasją reorganizuje nam przestrzeń.
Jestem wdzięczna za naukę płynącą z macierzyństwa, bo nigdy, w żadnej innej sytuacji nie nauczyłabym się tak kreatywnego myślenia, nie potrafiłabym tak bez niczego zebrać się w sobie i pomyśleć nad tym, jaki przykład daję swojemu dziecku, nie podchodziłabym aż tak refleksyjnie do wszystkiego, co robię, nie pracowałabym nad swoją organizacją aż tak bardzo. Przede wszystkim nie myślałabym o wielu konsekwencjach różnych działań.

Macierzyństwo zmienia kobietę diametralnie i mimo, że czasem mam wrażenie, że mamusieję, to wiem, że jest to okres przejściowy, który pozwoli mi być coraz lepszym człowiekiem w przyszłości. Także oczekiwania a rzeczywistość to są dwie różne bajki, ale z tym samym Happy Endem :).