Jak przeżyć roczek dziecka – mistrzyni organizacji w natarciu

Cześć, witam i czołem!

Po chwilowej nieobecności powracam z nową energią!

Dzisiaj temat, którym żyłam co najmniej przez ostatnia dekadę – czyli… Roczek Tomka!

Łe jery! Ile to było myślenia, a co, a jak, a motyw, a jedzenie, a tort, a prezent, a ubrać by też wypadało, a przystrojenie, a miejsce i generalnie dużo by tu mówić o kulisach przemyśleń. W każdym razie, mając za męża Generała Organizację, poszło niemal jak z płatka.

Niemal, bo Pułkownik Dezorganizacja (psst… jakby co to o mnie chodzi) oczywiście MUSIAŁ coś tam poczarować, żeby znów tak idealnie nie było.

 no memes sloth funny memes no gif GIF

Także planowanie pierwszych urodzin Rekiniątka rozpoczęliśmy oczywiście, od niczego innego, jak wizyty u naszych wschodnich przyjaciół z Aliexpress.
Przeszukując azjatycki wynalazek ludzkości, postawiliśmy na motyw niebiesko groszkowy. Balony, zastawa plastikowa (bo przecież nie będziem myli tych naczyń!), słomki, ozdóbki i cała reszta  chińskich bubelków, płynęła do nas równy miesiąc. My zadowoleni, bo udało się zaoszczędzić jakieś 5,50 w polskiej walucie, Chińska Republika Ludowa chyba również, więc działamy dalej.

Logistyka!

Chcieliśmy aby w urodzinach naszego pierworodnego uczestniczyli wszyscy nam najbliżsi, stąd decyzja o podzieleniu obchodów na 3 dni, tak by w zasobach naszego mieszkania móc zmieścić odpowiednią ilość gości. I powiem Wam był to jeden z lepszych, a zarazem też, najgorszych pomysłów ever.

Najlepszych, bo Tomek czuł się swobodnie na swoim terenie, ilość metrów kwadratowych na jednego gościa była wystarczająca by mógł on bez problemu wykonywać skomplikowane układy choreograficzne przy ogarnianiu małej trzódki, no i oczywiście wszyscy najbliżsi Tomeczka, mogli być z nami w te szczególne dni.

Najgorszych bo musiałam zrobić trzy razy (TRZY RAZY!!!) torta. A wiecie jak jest ze mną? Generalnie ja nie umiem w wypieki. Nie jestem mistrzynią babeczek, królową serników czy carycą fondantów. Wypieki to u mnie najlepiej na twarzy, po wypiciu o jeden kieliszek taniego wina za dużo. Wtedy, tak owszem, potrafię.

 drinking wine amy schumer happy hour adult humor GIF

I przy torcie numer 1 mogłam się w moim przekonaniu utwierdzić. Bo w mojej głowie to się dzieją czasem rzeczy dziwne. Np. jak czasem coś sobie wymyślę, to czuję taki dziki przypływ, niczym niezmąconej, wiary we własne, nigdy nieodkryte, umiejętności.
Przy poszukiwaniu inspiracji na projekt tortu dla Rekiniątka, natknęłam się na artykuł, jak samemu przygotować piękne, smaczne, i przede wszystkim, spektakularne ciasto na roczek.

Ding ding ding ding ding!!!!
Zadźwięczało w mojej głowie, że tak Szarasiu, oto Twoje 5 minut, pokaż jaka z Ciebie Martha Stewart macierzyństwa, wszyscy będą Cię chwalić i smarkać po kątach, że dobry Boże, czemu ja nigdy nie osiągnę takiego mistrzostwa ogarniętości w swoim życiu, a Ty będziesz dystyngowanie sunąć między gośćmi, jak ta Królowa Elżbieta, pozdrawiając wszystkich skromnym uśmiechem i dobrym słowem.

 emily blunt costumes perioddramaedit queen victoria the young victoria GIF

Och jak ja się myliłam.

27 czerwca skoro świt (w sensie zaraz po złożeniu życzeń Rekiniątku, ogarnięciu go, nakarmieniu i doprowadzeniu do stanu używalności – czyt. Pozbyciu się kupy) ruszyłam do centrum dowodzenia wszechrzeczą, czyli kuchni i zabrałam się do pracy. A było tego trochę, bo oprócz rzeczonego tortu, wypadało nakarmić też gości czymś bardziej wytrawnym.

Impreza numer 1 była przeznaczona dla dziadków Rekiniątka. Tu było dosyć prosto – obiad dla wszystkich nie stanowił wielkiej filozofii, chociaż w ostatecznym rozrachunku byłam zadowolona raczej połowicznie, ale wiadomo, skupiłam się na torcie.

Tort.
Zamysł był prosty – zrobię wszystko sama. O wschodzie słońca zbiorę pszenicę na okolicznych polach, następnie siłą własnych mięśni przemielę ją w przydomowym młynie, zręcznie wydoję krowę Milenę, po czym jak na prawdziwą Słowiankę przystało, ubiję masło odziana w głębokie dekolty, oblewając się kankami mleka. W drodze powrotnej do domu zbiorę jajka od ekologicznie hodowanych kurek i wytłoczę olej z rzepaku rosnącego nieopodal.

I generalnie wszystko by się udało, gdyby nie to, że zaspałam i nie miałam kanek odpowiedniej objętości.

 waking up alarm clock oversleep overslept overlseeping GIF

Dlatego skorzystałam z ułatwień płynących z konsumpcyjnego życia i użyłam marketowych produktów. To jednak nie to było ową porażką.
Porażką okazał się być krem, który osiągnął konsystencję rozwodnionego budyniu i mimo moich próśb, gróźb, rytualnych tańców do księżyca by raczył współpracować,  ni chu chu… nie chciał tej konsystencji zmienić.

Co w takich sytuacjach robi Szarasia? Otóż Szarasia staje wtedy na środku kuchni rzuca kilka mało poetyckich słów, po czym wybucha niekontrolowanym płaczem. Co wtedy robi mąż Szarasi, który zajmował się równie istotnymi detalami, takimi jak organizacja helu do balonów, stałe dostarczanie brakujących produktów czy przystrajanie mieszkania? Bierze na siebie trudy bycia mężem Szarasi i wymyśla rozwiązanie „na szybko”. Dosłownie na szybko, bo kupuje krem do tortu instant, który ratuje sytuację.

Tadam! Reszta przyjęcia przebiega bez większych kryzysów.

Kolejne imprezy nauczyły mnie, by nie podchodzić z takim hurra optymizmem do moich kulinarnych umiejętności. Tylko co skomplikowanego może być w pizzy? Zasadniczo nic, prawda?

 wrong GIF

Otóż nie.

Impreza numer 2. Tort zrobiony, krem tym razem się udał i nie był z papierka. Kolejny sukces życiowy!
Skoro wszystko idzie tak perfekcyjnie, może by tak coś zepsuć? W końcu zrobiłam tort, to chyba zasłużyłam na małe ułatwienie, nie? Kupmy zatem gotowe ciasto do pizzy wyrabiane w jednym z francuskich marketów! To jest takie szybkie, takie wygodne, takie ZORGANIZOWANE! A przecież o to nam chodzi! To dobry plan!

Cóż… ciasto okazało się być nieco innego zdania. Postanowiło nie współpracować.

Kiedy więc przyszli wspaniali goście, nadszedł też czas na mój kulinarny triumf. No Szarasiu, udowodnijmy wszystkim, że gdyby była tu z nami Madzia Gessler, zapewne wydałaby z siebie jeden ze swoich firmowych odgłosów paszczą, po czym uroniłaby szczere łzy wzruszenia nad moim kulinarnym kunsztem, przypominając sobie szczenięce lata na kolanach Fidela Castro.

Skończyło się na tym, że marketowe ciasto, które miało być szybkim, zgrabnym i wygodnym rozwiązaniem, pochłonęło na dobry kwadrans 4 perfekcyjne matki, żony i singielki, by wspólnie orzec sromotną porażkę.

 stephen colbert popcorn the late show with stephen colbert disaster this is going to be a disaster GIF

Nie żebym w głębi duszy się tego nie spodziewała.

Impreza numer 3 okazała się być sukcesem. Tort się udał, pizza została z góry zamówiona, balony i reszta wystroju pozostała po poprzednich celebracjach. Nawet jakbym bardzo chciała coś zepsuć… To się nie dało.

Wniosek płynie z tych historii jeden. Po co sobie niepotrzebnie komplikować? Nie upierajcie się, że zrobicie wszystko same, kiedy ktoś oferuje pomoc, przyjmijcie ją, kiedy możesz coś odpuścić – odpuść, będziesz mogła skupić się na innych detalach.

Także jeżeli przed Wami roczek Waszych skarbów – Powodzenia! 😊

 

Ps. Wszystkim, którzy zaszczycili nas swoją obecnością w te niezwykle ważne dni w życiu naszej rekiniej rodziny, bardzo, BARDZO dziękujemy! Jesteście najwspanialszą rodziną dla naszego małego Skarba! ❤ 😊

20170703_084914.jpg

Wojny męsko-męskie, Freud, pułapka na faceta – czyli o porządkach słów kilka

Mam w domu dwa antagonistyczne obozy, zwalczające się z równą zaciekliwością.

Z jednej strony Mariusz – mąż mój, który jest raczej duszą pedantyczną. Może nie składa bokserek w kostkę przed snem (a nawet jakby to robił, to pozbawione byłoby to najmniejszego sensu, bo od kiedy Szarątko nauczyło się otwierać szuflady, samo ustala jak wyglądać ma ich wnętrze… i bynajmniej, nie uświadczymy tam niczego złożonego w kostkę), ale ma podejście perfekcjonistyczne do otaczającej go rzeczywistości, co przy mojej osobie jest jeszcze bardziej zauważalne, bo z pedantycznych rzeczy to ja bardzo poważnie podchodzę do kwestii doprowadzania kształtu mojego ciała do perfekcyjnej kuli.
W każdym razie Mariusz, jak tylko zbliża się jakaś bardziej znacząca data w naszym kalendarzu, to planuje porządki. Bo wiecie. Ja jestem na macierzyńskim. Codziennie sprzątam w mieszkaniu i mój mąż to bardzo docenia. Ale Mariusz, lubi jak posprzątane jest w jego stylu. Mi nic nie powie, bo wie, że obudziłby bestię, i potem foch przez trzy dni, na obiad ziemniaki z solą i zwracanie się do siebie w sposóbformalny, ale widzę, jak wielka walka czasem toczy się w jego czyściutkim serduszku, kiedy widzi, że po moich ostatnich kuchennych rewolucjach, ściany w kuchni pokryte są malowniczymi plamkami tłuszczu, kefiru, pomidorów, czy innych składników naszej strawy. Także jak już mój Mąż planuje porządki, to można spodziewać się fajerwerków z drobnymi pracami remontowymi włącznie. Po jego porządkach, można śmiało zapraszać gości na ucztowanie prosto z podłogi, bo żaden drobnoustrój nie ma prawa, ani najmniejszej szansy w starciu z filozofią pedantyzmu mojego męża.

Z drugiej strony Tomasz – syn nasz, który ewidentnie kieruje się w życiu filozofią chaosu. To nie jest tak, że damy Młodemu zabawkę, choćby i najbardziej multifunkcjonalną, i on momentalnie zostaje wciągnięty w wir zabawy na najbliższe godziny. Otóż nie. Tomasz lubi tworzyć wokół siebie przestrzeń pełną… wszystkiego. Czasami zastanawiam się, jak to małe urocze stworzonko, potrafi tak szybko przekształcić pustą podłogę w festiwal kolorów. Kiedy z pokoju Szarańczy nie wydobywa się żaden dźwięk, to my już wiemy, że prawdopodobnie młodzian demontuje panele, rozmontowuje okno, albo reorganizuje przestrzeń w naszej szafie. Cóż… Gen bałaganiarstawa… tfu… twórczego nieładu, ma ewidentnie po mamusi.

Dlatego, jeżeli kiedykolwiek chciałabym zastawić pułapkę, na któregoś z moich chłopaków to wystarczyłoby, albo zostawić na środku pokoju jakiegoś paprocha, albo pozostawić coś w idealnym porządku. Ani jeden, ani drugi, nie pozwoliłby sobie na taką zniewagę. I nie wiem, jak to się dzieje, ale mimo swoich nieco rozbieżnych stanowisk w kwestii trzymania porządku, Mariusz i Tomek, doskonale się ze sobą dogadują… No chyba, że działa to na zasadzie istnego perpetuum mobile – Tomek rozwala, Mariusz układa, Tomek rozwala itd. I każdy ma co robić w tej relacji.

I tak o tym wzajemnym zwalczaniu się, dzisiejsza notka. Otóż, kiedy byłam jeszcze młodą, piękną i beztroską ptaszynką, szukającą swojej drogi życiowej, otarłam się o studia psychologiczne. Ostatecznie porzuciłam uczelnię, obrażając się na nią do odwołania, ale zamiłowanie do pewnych aspektów psychologii rozwojowej pozostało. A będąc na studiach psychologicznych nie sposób ominąć pewnego pana, który stał się niejako wizytówką współczesnej psychologii, niekoniecznie ją definiując. Mowa oczywiście o Zyziu Freudzie, który miał kilka teorii, które nieodwracalnie wryły się w historię psychologii. Między innymi stworzył, znaną chyba każdemu, choćby ze słyszenia, teorię Kompleksu Edypa (lub też Elektry, wprowadzoną przez pana Junga, do czego pan Freud nie podchodził zbyt entuzjastycznie). W skrócie, teoria ta opiera się na domniemaniu, iż na pewnym etapie rozwoju malucha pojawia się zazdrość o matkę, podszyta przesłankami seksualnymi. Stąd, na którymś etapie życia (dość wczesnym bo w okolicach 2-3 roku) synkowie roszczą sobie prawa do mam, chcąc eliminować rolę ojców. Z drugiej jednak strony pojawia się lęk kastracyjny – Maluch obawia się, że czyniąc sprzeciw ojcu, który jest silniejszy i ma większy autorytet, zostanie narażony na  pozbawienie swojej męskości. Dlatego też, przy odpowiednich relacjach matka – syn – ojciec, dziecko jest w stanie prawidłowo wykształcić w sobie składnik osobowości zwany superego (odpowiedzialny za moralność i kulturowe ideały), jeżeli konflikt ten nie zostanie prawidłowo rozwiązany, dziecko narażone jest w przyszłości na problemy osobowościowe, które przez pana Zygmunta były tłumaczone bardzo często właśnie nierozwiązanym kompleksem Edypa.
Z drugiej strony jest jeszcze Jungowska teoria Kompleksu Elektry, dotyczącego dziewczynek, które na podobnym etapie, co chłopcy, odkrywają różnice płciowe i pojawia się zjawisko zwane „zazdrością o penisa”. Tutaj z kolei rozpoczyna się rywalizacja między mamą, a córką o ojca. I według tej teorii, o ile chłopcy są w stanie całkowicie wyrosnąć z Kompleksu Edypa, o tyle dziewczynki nigdy do końca z tego nie wyrastają, przez co superego kobiet jest słabsze. Także wiecie kobitki…. Morale to u nas moooocno kuleją, i co gorsza, nie mamy za bardzo nadziei na poprawę.

Oczywiście teorie te nie mają żadnego naukowego potwierdzenia w prowadzonych badaniach. Są wręcz mocno krytykowane, chociażby przez psychologów ewolucyjnych, którzy zarzucają teoriom tym wiele nieścisłości oraz ewolucyjnych sprzeczności.

W każdym razie nie sugeruję, że moje dziecko wchodzi w etap ewentualnego kompleksu Edypa, bo trochę mi ta teoria nie podchodzi, a poza tym to jednak dużo za wcześnie. Rzeczywiście jednak przechodzimy etap totalnej mamozy, oraz zazdrości, która przejawia się w dość dosadny sposób – Rekiniątko, kiedy tylko Mariusz chce mnie pocałować, odpycha go rączkami, uwieszając się na mnie jak mała małpka, nie mówiąc już o sytuacjach kiedy widzi mnie w trakcie zabawy z tatą… Momentalnie rzuca wszystko i domaga się obecności mamy.
Dlatego też mimo, że moje chłopaki należą do dwóch przeciwległych obozów, zwalczających siebie nawzajem pod kątem wizji otoczenia, walczę jak lwica o to by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Dzięki temu, ja mam troszkę czasu dla siebie, a moi mężczyźni rozwiązują, ewentualne rozwojowe konflikty interesów 😊.