Czytam z dziecka jak z otwartej księgi – o ewolucji języka dzieciowego

Kiedyś.

Kiedy byłam jeszcze młodym i beztroskim dziewczęciem, myślącym, że macierzyństwo to taka wisienka na torcie kobiecości, upiększająca życie samic wiecznym wzruszeniem i adoracją każdego bezzębnego uśmiechu. Myślącym, że dzieci to takie bezobsługowe, hipersłodkie stworzonka, wyprodukowane tylko po to, by je podziwiać i chwalić się nimi przed całym światem. Myślącym, że cokolwiek by się z owych dzieci nie wydobywało, jakimkolwiek otworem ich mikrych ciałek, nie może być przecież takie złe, i że jak ktoś jest tak słodki to przecież wszystko, co z niego wyjdzie też musi być, co najmniej, przyzwoite.

Nie rozumiałam jednego.

baby licking GIF by America's Funniest Home Videos

Nie rozumiałam, jak rodzice takich mikrych człowieków, są w stanie zrozumieć, co te istotki do nich przemawiają. Jak ze zlepku kilku, zdawać by się mogło, przypadkowych sylab, są w stanie rozszyfrować wielokrotnie złożoną prośbę?
Była to dla mnie wiedza tajemna, której, na tamten moment, nie umiałam w  żaden sposób przyswoić.

Do czasu.

Rekiniątko, w ostatnim kwartale, stało się krasomówcą absolutnym. Nadaje non stop. Relacjonuje dosłownie wszystko, co zobaczy, szczególnie (oczywiście) ku skrępowaniu jego rodziców. Bo cóż można więcej powiedzieć, po wyjściu z publicznej toalety w towarzystwie młodego reportera, który parę sekund wcześniej z zaangażowaniem przeprowadzał relację live z tego co działo się wewnątrz kabiny („ooo tata łaaał siusiu oooo koniec uuu papa”)?

Animated GIF

Nie zawsze jednak komunikaty Rekiniątka są tak obrazowe. W większości, posługuje się on językiem własnym, którego logika często wybiega ponad naszą inteligencję.
Co prawda, nauczyliśmy się, po trosze, dekodować jego zawiłe wypowiedzi, ale przy natłoku słów jakie wydobywa z siebie pierworodny, czasami potrzebowalibyśmy protokolanta, który na bieżąco spisywałby wszystkie dźwięki tworzone przez Szarańczę z odpowiednim oznakowaniem akcentów oraz tłumacza przysięgłego, który na szybko relacjonowałby nam komunikaty małego obywatela.

Wspominałam coś o akcencie?

Ma on niebagatelne znaczenie. Kiedy młody Szar wchodził w zawiły świat komunikacji werbalnej miał jeden, dosyć elastyczny wyraz, zmieniający swoje znaczenie w zależności od położonego akcentu.

Baba – teraz babcia, ale kiedyś
Baba – babcia
Babaaa – bajka
Baaaba – papa
Babba – banan

I wtedy, zrozumienie młodego, było całkiem możliwe, a nawet edukujące, zakładając, że kiedyś chcielibyśmy zgłębiać meandry filologii chińskiej, gdzie kwestia akcentu i melodyjności wypowiedzi ma znaczenie kluczowe.


Jednak dziecko, jak to dziecko, dość szybko chłonie płynące z otoczenia słowa, przetwarza je w swojej twarzoczaszce, po czym stosuje według własnego klucza.

I tak, co może znaczyć zdanie:

„Mamo bani nie babuszka nie głono oddaj”?

Nic prostszego. Otóż powyższe zdanie znaczy tyle co: najkochańsza mamusiu, odłóż proszę, tego banana, nie mam na niego ochoty, jak i na jabłuszko, które w swojej łaskawości mi proponujesz, nie pogardzę natomiast kilkoma kulkami winogrona.

Albo:

„Tato mamo tam tań fłuni ako łafa popatrz”

Znaczy: Tatusiu, proszę, podejdź do mamy i poproś ją by wstała byście mogli razem podziwiać moje dzieło pod postacią upchniętego słonika oraz żyrafy do autka lego.

Czy to nie jest logiczne?

I po całym dniu kiedy, dzieciok przy kolejnej próbie uśpienia, jeździ miękką szczotką po ścianie, po czym komentuje sprawę krótkim „czysto”, to ja już wiem, że gdziekolwiek mnie życie nie poprowadzi, zawsze jest szansa, że odnajdę się w nauce jakiegokolwiek języka.

Nawet dzieciowego.

Reklamy

Rzecz o człowieczeństwie, szczepionkach, nocnikowaniu – czyli z życia wzięte

Ktokolwiek twierdzi, że przy dziecku, omijają go wszelkie przyjemności życia – podróże, kultura, rozrywka, ten jeszcze nie wie, jak bardzo jest w błędzie.

Ktokolwiek uważa, że przy dziecku, na jego ścieżce samorozwoju pojawia się  rozsypane ziarno i stado strajkujących rolników, ten jeszcze nie wie, że bardziej mylić się nie może.

Ktokolwiek mówi, że wraz z wkroczeniem w elitarne grono rodziców, gubimy gdzieś login i hasło do świata normalnego myślenia, ten jeszcze nie wie… że w sumie to ma rację

damn right walter white GIF by Breaking Bad

Ale do brzegu. Ja na przykład, od kiedy pierworodny poszedł do żłobka, nie stałam w miejscu, o nie, ja obeszłam cały atlas chorób dziecięcych wzdłuż i wszerz. Zaczęło się od niewinnej wycieczki w głąb Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyli choroby bostońskiej…. A potem to już poszło po pełnej petardzie. Wszelkie odmiany kataru – koloryt, konsystencja, zapach czy kleistość – umiem rozpoznać i zakwalifikować do odpowiedniej jednostki chorobowej na momencie. Kaszel – suchy, mokry, oskrzelowy czy krtaniowy – no problemo, znam ludzi, którzy znają ludzi, którzy znają leki, które temu zaradzą. Swędzi oczko – jako doświadczony rodzic, wiem dokładnie jak w wyszukiwarce, ukochanego doktora rodziców – doktora Googla – odsiać ziarna od plew i odpowiednio zdiagnozować u dziecka alergię. Jestem jak pies myśliwski, który za pomocą jednego ruchu nozdrzy, wyczuwa skitraną w niewielkim ciałku, chorobę i reaguję na momencie. Lekarze? Potrafią wyrecytować pesel mojego dziecka z pamięci, a dziecko wchodzi do ich gabinetów, jak do swojego miejsca pracy, pozdrawiając ich nonszalancko uniesioną rączką i hasłem „sześć”, po czym, nie bawiąc się w konwenanse, siada po drugiej stronie biurka i bez zbędnych pytań, częstuje się cukierkiem. Także w dziedzinie opieki zdrowotnej i wszelkich aspektów działania Narodowego Funduszu Zdrowia mogłabym, powoli robić specjalizację.

like a boss wave GIF by Red Bull

Jeżeli zaś chodzi o kwestie normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, to rzeczywiście ostatnimi czasy niepokojąco często nachodzi mnie myśl, że coś tutaj mogło pójść nie tak jak powinno. Złapałam się na tym ostatnio, przy intensywnym procesie nauczania Rekiniątka korzystania z nocnika. Poniesiona falą totalnej euforii, po udanej próbie posadzenia pierworodnego na nocniku, kiedy to, mówiąc metaforycznie, jedyneczka gładko wpłynęła do portu, obfotografowałam, z każdej strony, owo dzieło okraszając wiadomość multimedialną ckliwym opisem, że zobacz, co owoc naszej miłości dzisiaj zrobił, i już już miałam klikać paluszkiem opcję „wyślij do mąż”, kiedy przez moją głowę przemknął taki dawno niewidziany błysk, który daje nadzieję, że być może jeszcze kiedyś uda mi się porozmawiać z kimkolwiek na inny temat niż wady i zalety metody montessori, że… hej, halo Szarasiu, zawróć. To chyba pułapka. Jak chcesz wysyłać mężowi mmsa, który ma wywołać w nim poruszenie i chęć szybszego powrotu z pracy, to są chyba lepsze treści niż zdjęcia moczu waszego dziecka… niezależnie czy ciecz ta znalazła ujście w pieluszce, nocniku czy podłodze… Serio.
I zastanawia się człowiek, w takim momencie, że jak to się stało, kiedy, w którym momencie swojego jestestwa w branży rodzicielskiej, zatraciłam swoje człowieczeństwo? Człowieczeństwo, w sensie bycia człowiekiem zdolnym do jakiejkolwiek formy współegzystowania z innymi człowiekami w jednej przestrzeni, bez oceniania, bez nachalnego wpajania im zalet posiadania osobistych kopii awaryjnych w postaci małych człowieków, bez wywrzaskiwania po prawo i lewo o relacji bliskości, jako jedynej słusznej drodze wychowania, czy też bez męczeńskiego wojowania o wolność karmiących cycków i absolutny zakaz wprowadzania w małe istoty zabójczych szczepionek.

W akcie desperacji, postanowiliśmy, jako jednostki dorosłe i odpowiedzialne, poczynić pewne kroki, które będą w stanie usprawiedliwić nas i naszą monotematyczność, w otaczającym nas społeczeństwie. Droga była jedna.

Skoro już i tak będą mówić, że jesteśmy dziwni, dajmy im niezaprzeczalny powód. Zostańmy weganami!

vegan GIF

Tak. Znaczy to, że mogą tu się pojawiać treści nieodpowiednie dla zadeklarowanych mięsożerców 😊, ale nie żeby od razu robić  z siebie blogerkę kulinarną, bo na to jestem zbyt leniwą bułą. Także proszę się nie dziwić, jak nagle na blogu pojawią się przepisy na wegańskie burgery z komosy ryżowej i fasoli na delikatnej pierzynce z batatów, albo przydługa dywagacja na temat wyższości diety roślinnej nad dietą mięsną. Nie no żart. Będą różne treści, bez indoktrynacji 😉.

Ps. Kolejnym krokiem, idąc tokiem naszego myślenia, będą najpewniej studia prawnicze.

 

O tym, jak fasolka szparagowa uświadomiła mi, że nie jestem idealną mamą

Nie wiem jak Wy, ale my przechodzimy ostatnio chwile przełomowe. Właściwie to epokowe.
Pewien rozdział naszego wspólnego życia, został na zawsze zamknięty. Dokładniej, to wylądował w koszu na odpady zmieszane.
Otóż wbiegam ja ostatnio do kuchni, radośnie niczym źrebię na leśną polanę, rozglądam się po tym całym przybytku, pełna wzruszenia i radości, że codziennie mam tu co robić, patrzę ja patrzę, i im bardziej patrzę, tym bardziej coś mi nie pasuje. Niby stos naczyń do mycia, stoi jak stał każdego poranka, niby resztki rozsypanego mleka modyfikowanego, leżą na blacie przywodząc na myśl wspomnienia z wypadu na narty do malowniczego Aspen, niby szuflady rozbebeszone przez małą szarańczę, jak zawsze, a jednak coś nie gra. No więc zaczynam dzielić wzrokiem kuchnię na strefy, co by odkryć cóż to zaburza mój spokój wewnętrzny w tym pięknym obrazie. Stoję tak na środku kuchni, w mojej głowie zachodzą szalone procesy analityczne, każdy element jest dokładnie klasyfikowany do odpowiedniej kategorii oraz miejsca, gdzie aktualnie powinien się znajdować, gdyby nie był aktualnie na blacie, i na to wszystko wchodzi mój Mąż – Oświecenie. Roztacza on cały swój majestat po pomieszczeniu, dumnie staje obok mnie, jak ten Mufasa obok swojej Sarabi na Lwiej Skale, rozgląda się na boki, by upewnić się, że nic jego samicy nie grozi, po czym zauważa, że we mnie dzieją się rzeczy dziwne. „Co robisz Kitku?” pyta swym głębokim, męskim do testosteronowych granic, głosem. „Myślę” odpowiadam enigmatycznie, zastanawiając się jak sklasyfikować patelnię do grillowania – czy do szafki z garnkami, czy do szuflady ze sprzętem mniej używanym. Mariusz, znany ze sw/ojej dociekliwości, ostrożnie zadaje kolejne, jakże ważne w naszej konwersacji, pytanie „A nad czym?”.
Odrywam wzrok od miseczki po owsiance Rekiniątka i spoglądam w zamyśleniu na Męża mojego „coś mi tu nie gra” i wskazuję na blat kuchenny. Mariuszowi wystarczyło przelotne spojrzenie na blat, żeby rozwiązać zagadkę trawiącą mnie przez ostatni kwadrans i spokojnym głosem odpowiada „No wiem. Fasolka szparagowa”.

Olśnienie! Rzeczywiście, wśród całego porannego majdanu schował się duży słoik fasolki szparagowej, który był w tym mieszkaniu zanim ja jeszcze pojawiłam się w życiu mojego męża. „A czemu tu stoi?” pytam podejrzliwie. „Bo ją wyrzucamy. Pół roku temu straciła ważność” odpowiada Mariusz, rozwiewając wszelkie moje wątpliwości i wychodzi z kuchennego przybytku. A we mnie coś płacze. Bo przecież ta fasolka była tu przede mną, widziała ona nasze wzloty i upadki, nasze radości i smutki, naszą słynną przeprowadzkę do nadrzecznego portu w celu odmiany swego życia na sielankę wśród płoci i sandaczy, ba ona przeprowadziła się tam razem z nami, i razem z nami wróciła. I tak nagle, ni z tego ni z owego, bach, ląduje w koszu na śmieci. Zawsze myślałam, że ta fasolka to z nami tak na zawsze. Że zobaczy narodziny kolejnych rekiniątek, zobaczy jak dorabiamy się milionów na mojej działalności twórczej i Mariusza żyłce do interesów, zobaczy jak zakładamy hodowlę jamników szorstkowłosych, jak nasze dzieci będą osiągały spektakularne sukcesy na arenie międzynarodowej w dziedzinie fizyki kwantowej i medycyny praktycznej, że będzie widziała nasze kolejne kroki milowe w życiu, a tu taki cios… taki cios…

Cóż, jak już wspominałam, Mariusz nie lubi być zaskakiwany, więc to on pilnuje u nas dat przydatności do spożycia, bo nie chciałby doświadczyć nagłej niespodzianki w postaci zatrucia pokarmowego. Dlatego co najmniej raz w tygodniu robi generalny przegląd lodówki, kwartalnie sprawdza przyprawy, a co pół roku przegląda leki i inne produkty spożywcze niesklasyfikowane we wcześniejszych kategoriach. Tym razem padło na fasolkę. A tak się człowiek zdążył z nią zżyć…

Także, aktualnie przechodzę zespół złamanego serca, związany z pozbyciem się z życia tak ważnej relikwii i zastanawiam się, czy czasem nie powinnam brać przykładu ze swojego męża. W sensie z tym przeprowadzaniem ogólnego remanentu. Bo u mnie z analizą i wyciąganiem wniosków to bywa różnie. Macierzyństwo uczy mnie dociekliwej obserwacji, ale zanim ja coś zakoduję, przetrawię, znajdę rozwiązanie i wprowadzę w życie, to dziecko samo się orientuje w sytuacji i przeprowadza akcję rozwojową w pożądanym kierunku. Także pozostaje sobie zadać pytanie, czy jestem idealną mamą?

I moja odpowiedź nie wymaga żadnego głębszego przemyślenia. Otóż nie! Nie jestem idealną mamą. Co więcej, nie chcę nią być. Ciągłe dążenie do niedoścignionego ideału, budzi tylko niepotrzebną irytację, a to przekładałoby się na moje dziecko. Wiem, że nie daję Rekiniątku najlepszego przykładu, staram się go karmić zdrowo, sama pozwalając sobie na pomyłki, nie jestem na każde jego zawołanie, czasami nawet pozwalam mu popatrzeć na mój telefon (o ja wyrodna). Kiedy jestem zmęczona jego krzykami, daję mu chrupki, bo, ma to po mamusi, jedzenie potrafi zająć go na jakiś czas do tego stopnia,  że zapomina o wszelkich swoich utrapieniach. Nie zawsze mam wyszorowane podłogi, czy pozmywane naczynia. Nie zawsze jestem konsekwentna i czasem odpuszczam. Nie otaczam dziecka tylko edukacyjnymi zabawkami, czasem pozwalam mu się bawić tym co znajdzie.

I wiem, że na każdym etapie rozwoju Tomka, będę miała wiele sobie do zarzucenia. Nie jestem perfekcyjną mamą, ale jestem najlepszą mamą jaką potrafię i wiem, że mam szczęśliwe dziecko, bo jestem dla niego 😊.

20170605_185050-e1497029932662.jpg

Gdzie mnie z tym ustrojstwem? Kiedy ja Ci porządki w szufladzie robię, mame!